cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

wtorek, 31 maja 2016

Żubr Pompik: Tropy na śniegu, Zapach wiosny


Dwie pierwsze części serii "Żubr Pompik": "Tropy na śniegu" i "Zapach wiosny", to książki, na które zwracają uwagę i dziadkowie, i rodzice, i sami zainteresowani, czyli najmłodsi czytelnicy. O pierwszym wrażeniu decydują ilustracje, proste i sympatyczne niczym u Bohdana Butenki, choć kreska jest oczywiście inna. Okładka działa elektryzująco, a i zawartość książki utrzymuje uwagę i zainteresowanie czytelnika. "Tropy na śniegu" i "Zapach wiosny" będą zrozumiałe i ciekawe już dla najmniejszych przedszkolaków, ale i mój dziesięcioletni syn chował zakładkę, by przeczytać ze mną jeszcze jeden rozdział, a potem jeszcze jeden tom.
Jak komiks "Ostatni żubr", tak i opowiadania "Żubr Pompik" doczekały się edycji godnej postaci tego formatu: właśnie duży format, wyraźne obrazki oraz czytelna czcionka odróżniają nowe wydanie "Pompika" (Media Rodzina) od poprzedniego, które kiedyś wypożyczaliśmy z biblioteki. Wiemy, że były jeszcze dwie odsłony przygód żuberka i jego rodziny, miejmy nadzieję, że w nowych warunkach Pompik doczeka się kolejnych.
Prostota ilustracji harmonizuje ze zwyczajnością sytuacji i postaci opisanych przez Tomasza Samojlika. Podstawą humoru są codzienne zachowania zwierząt i ich typowe cechy. To, co zwykłe, okazuje się najzabawniejsze, oczywiście w ujęciu utalentowanego artysty słowa i obrazu.

Ach, żuberek. Witaj, Pompiku – powiedział łoś. – A ja to łoś.
Łoś myśliciel? – zgadywał Pompik.
Nie, po prostu łoś – odparł łoś.
Wydawało mi się, że jest pan pogrążony w rozmyślaniach nad najważniejszymi sprawami świata – wytłumaczył Pompik.
Ależ nie, mój mały przyjacielu. Ja po prostu bardzo słabo widzę. A w taką deszczową pogodę to prawie nic nie widzę. Starałem się więc przypomnieć sobie, którędy mam wrócić na moje bagno – wyjaśnił z westchnieniem łoś.

Książki o Pompiku są znakomitym materiałem na przedszkolne i wczesnoszkolne zajęcia oraz rodzinne czytanie. Proste opowiadania z krótkimi kwestiami dialogowymi, onomatopeje, dynamiczna akcja – to wszystko sprawia, że "Tropy na śniegu" i "Zapach wiosny" bardzo dobrze czyta się na głos, angażując małych słuchaczy. A wspólne oglądanie obrazków zajmie członków rodziny w każdym wieku.

Tego dnia niebo miało tak niebieski odcień, że trudno sobie wyobrazić bardziej odpowiedni kolor nieba. Po tym głębokim błękicie leniwie płynęły skłębione, puszyste, pulchne i miękkie obłoki. Na żubrzej polanie Polinka bawiła się z Poradą w zgadywanki, Pomruk przeżuwał spokojnie pierwsze śniadanie, a Pompik podglądał dwie rude nornice podczas porannej rozgrzewki. Wiosnę było już widać w całej puszczy. Co prawda ranki nadal były bardzo zimne, a w lesie leżały placki starego śniegu, nie przeszkadzało to jednak Pompikowi cieszyć się z nadejścia nowej pory roku.

W świecie Pompika życie codzienne jest oczywiście stopione z przyrodą. Książki o żuberku są nie tylko bardzo udane pod względem literackim oraz plastycznym, ale też stanowią cenne źródło informacji o środowisku naturalnym w naszym kraju. Czytelnik poznaje zwyczaje zwierząt z polskiego lasu: żubrów, wilków, wiewiórek, łosia, nietoperzy, jeleni, pająków, bobrów, dzięciołów, raków, lisów, rysi, dzików, borsuków, pojawia się i ryjówka, najsłynniejsza bohaterka komiksów Tomasza Samojlika ("Saga o ryjówce"). Każda postać ma swój charakter lub charakterek, nawet jeśli pojawia się tylko na chwilę, zapamiętujemy ją i obdarzamy sympatią.

Żuberki nie uszły daleko, bo tuż za polaną drogę zagrodziło im leżące drzewo. Wokół pnia było mnóstwo świeżych trocin. A nieco dalej, przy innym drzewie, krzątał się bóbr. Długimi zębami wygryzał z pnia tuż nad ziemią kawałki drewna. Gdy został już tylko cieniutki ogryzek, bóbr podniósł głowę, krzyknął UWAGA! i pchnął drzewo. To zaskrzypiało SKRIII!, zaszumiało liśćmi SZUSZUSZU i spadło na ziemię z głuchym UMPPF! Bóbr otrzepał się z trocin, wydłubał kawałek drewna spomiędzy zębów i zabrał się za odgryzanie gałązek i gałęzi z powalonego drzewa.

Jednym z najciekawszych, choć nieco usuniętych w cień bohaterów, jest tata Pompika, władca puszczy Pomruk. Opiekuńcza mama od pierwszych dni życia żuberka pomaga mu w zaspokajaniu ciekawości świata, tymczasem tata jest dla Pompika wzorem, zajętym swoimi żubrzymi sprawami, groźnym, ale też pełnym wsparcia i ciepła.

Byłeś bardzo dzielny, mały – powiedział. – Dziękuję, że mnie ostrzegłeś.
Pompik uśmiechnął się szeroko i dumnie wyprężył całą swa niewielką postać.
Jak chcesz, możesz poćwiczyć ze mną groźne pozy. Pokażę ci, jak można łatwo każdemu napędzić stracha – zaoferował Pomruk.
Jasne, tato – Pompik z zapałem pokiwał głową.

W życiu małego bohatera codzienność przeplata się z kontemplacją przyrody i istnienia, ale nie, nie znajdziemy w tych książkach przydługich opisów krajobrazu i natrętnych pouczeń o tym, co dobre, a co niewłaściwe. Historyjki toczą się w naturalnym tempie, są pełne zrozumienia dla natury i miłości do niej. To wystarczy naszym dzieciom, by pokochać i przyrodę, i Pompika. Ciekawski żubr pomaga lub stara się pomóc wszystkim dookoła, a dzięki rozmaitym spotkaniom i poznawaniu punktu widzenia innych zwierząt, jakby mimochodem uczy dzieci relatywizmu, a oducza egocentryzmu.

Kim ty jesteś? – zapytał żubr.
Wilkiem. To znaczy, jeszcze szczeniakiem – odparło szare stworzenie. – A ty jesteś żubrem, wiem. Mama mówiła, że mam nie zbliżać się do żubrów, bo mogą mnie stratować racicami – dodał wilczek, cofając się odrobinę przed Pompikiem.
A moja mama mówiła, że mam uważać na wilki, bo mogą mnie zjeść – przypomniał sobie żuberek.
Ja tam nie mam zamiaru nikogo zjadać – odparł wilczek.
A ja nie mam zamiaru nikogo tratować – obiecał Pompik.

"Już niedługo będę gwiazdą serialu!" informuje Pompik na okładkach książek. To kolejna dobra wiadomość na temat polskich bohaterów literackich w filmie dla dzieci. Równocześnie powstają animacje o Basi, której "mamami" są Zofia Stanecka i Mariana Oklejak, o Kacprze z "Kacperiady" Grzegorza Kasdepke, o Smoku Diplodoku, bohaterze komiksu Tadeusza Baranowskiego, dalej "Tymek i Mistrz" według komiksu Rafała Skarżyckiego i Tomka Leśniaka, a także filmy fabularne na podstawie prozy dla dzieci i młodzieży – "Za niebieskimi drzwiami" Marcina Szczygielskiego oraz "Dnia czekolady" Anny Onichimowskiej, podobno jest też szansa na ekranizację kolejnego tomu "Magicznego drzewa" Andrzeja Maleszki. Ten wspaniały ruch w środowisku filmowym bardzo, bardzo nas cieszy, i choć wiemy, że twórcom nie jest łatwo i przygotowania są czasochłonne, trzymamy kciuki za szybkie premiery, sale kinowe pełne widzów oraz półki uginające się od statuetek festiwali filmowych.
Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Tropy na śniegu, Żubr Pompik. Zapach wiosny, Media Rodzina, Poznań 2016.

Mój Stach, machina i ja


Mamy znajomych zwiedzających świat z dziećmi, innych, którzy podróżowali po różnych kontynentach przed narodzinami pociech, i takich nadal co jakiś czas wyruszających na samotne, "bezdzietne" wyprawy. My za to odbywamy egzotyczne wędrówki kiedy chcemy, i to w towarzystwie oraz pod wodzą Łukasza Wierzbickiego: kiedyś tropem Kazimierza Nowaka ("Afryka Kazika", wyd. BIS), teraz śladami Haliny i Stanisława Bujakowskich ("Machiną przez Chiny", wyd. Poradnia K). W tej ostatniej włóczędze pomocnikiem przewodnika była Marianna Oklejak, autorka ilustracji, kolaży i całej oprawy graficznej. To właśnie tryskające kolorami ilustracje zestawione z czarno-białymi fotografiami wpłynęły na nasze pierwsze wrażenie. Dawno chcieliśmy mieć "Machiną przez Chiny" właśnie dlatego, że już pod względem plastycznym książka ta jest małym dziełem sztuki.
Bardzo lubimy prace Marianny Oklejak i nie spodziewałam się, że coś w tej książce może wywrzeć na mnie i na synu silniejsze wrażenie od rysunków i barw. Jednak, czy to z uwagi na wiek młodego czytelnika, jego wyrastanie z książek obrazkowych, czy nasze preferencje (treść ponad formę), grunt że w naszym domu prawdziwym hitem okazały się dopiero literackie przygody Haliny i Stacha.

Skąd jedziemy? Z Polski – westchnął Stach, podobnie jak ja wykończony jazdą.
Z Polski? Takim motocyklem taki kawał drogi... To niemożliwe! – Chłopak zrobił wielkie oczy.
Stach ściągnął czapkę pilotkę i z dumą poklepał kierownicę machiny.
Niemożliwe?! Nie znam takiego słowa. Wszystko jest możliwe, jeśli naprawdę chcesz. – Wyciągnął z kieszeni plik fotografii i podetknął młodzieńcowi pod nos. – To nasz motocykl na pustyni, to nasz namiot w górach Persji, a tu jedziemy przez dżunglę...

Porwały nas opisy wrażeń i emocji, jakich doświadczali podróżnicy: trudów, zachwytów, zwątpienia, nadziei. Czy te bajkowe spotkania odbyły się naprawdę? Właściwie czytelnik nie czuje potrzeby sprawdzania, które historie są prawdą, a które fikcją literacką (ale autor na końcu książki daje wskazówki, jak to sprawdzić), słucha żarliwie i wnika w opowieść.

Wychyliłam się za burtę. Wielki oślizły łeb wynurzył się z mętnej wody i rozdziawił najeżoną ostrymi kłami paszczękę. Wyłupiaste ślepia wpatrywały się we mnie bezczelnie. Cóż to za stwora! Syrena? Smok? Gigantyczne żabsko?

A opowieść snuje się od Druskiennik, przez Turcję, Persję Indie, Birmę, aż do Chin, w jej toku doświadczamy niemal dotyku i zapachu roślin, zwierząt, wody, powietrza, ziemi. Dowiadujemy się co nieco o mentalności narodów, z którymi zetknęli się bohaterowie, ale przede wszystkim podziwiamy ciepło bijące od tej niezwykłej pary, wzajemną miłość, ich wspólną drogę. Autor pisze o uczuciach w sposób prosty, a przejmujący.

Daleko jeszcze do tego Szanghaju?
Stach rozłożył mapę.
Sto... dwieście... mmm... tysiąc... – mruczał pod nosem, liczył, dodawał, mnożył, wreszcie oznajmił: – Trzy tysiące! Do Szanghaju zostały nam trzy tysiące kilometrów. Gdybyśmy dalej posuwali się w tym tempie, dotrzemy do mety za szesnaście lat, pięć miesięcy, tydzień i trzy dni...
Szesnaście lat?!
... pięć miesięcy, tydzień i trzy dni.
Pięknie, wrócę do domu jako stara babcia – westchnęłam i pocałowałam Stacha w policzek. Ten buziak, jak się okazało, posiadał wielką moc: dodał sił mojemu chłopcu. Stach podskoczył i krzyknął:
Mam pomysł! Za chwilę wrócę – co powiedziawszy, zniknął w gąszczu.

Bliskość rodziny jest naczelną wartością we wszystkich krainach odwiedzanych przez Stacha i Halinę. Czytając tę książkę ma się ochotę nie tylko wybiec z domu (bez chusteczki) i ruszyć jak najdalej, ale też przytulić najbliższych.

Siadajcie, proszę. Częstujcie się. Przygotowałem pędy bambusa w sosie sojowym, zupę szpinakową i ryż jaśminowy. Wszystko zebrałem w moim ogrodzie. Wybaczcie nie nazbyt wyszukaną kolację, ale kucharz odszedł dziesięć lat temu i od tej pory sam pitraszę – wyjaśnił.
Gospodarzu, mieszkasz zupełnie sam w tym ogromnym pałacu? – spytałam.
Tak. Swego czasu byłem jednym z najbogatszych ludzi w Chinach. Zbudowałem ten pałac dla mojej rodziny, a w nim dziesięć sypialni i dziewięć łazienek. Dobrze było dopóty, dopóki mieszkaliśmy razem. Niestety, którejś zimy żona zachorowała. (...) Zmarła, a ja z żalu straciłem ochotę do życia. Zaniedbałem interesy. Nie wiem, jak i kiedy przepadły pieniądze. Synowie rozjechali się po świecie. Służba i kucharze odeszli. Przyjaciele zapomnieli. Zostałem sam, a z całego bogactwa został mi jedynie ten pałac i ogród pełen orchidei. (...) Możesz stracić wszystko, ale dopóki masz kogoś bliskiego u boku, dopóty będziesz szczęśliwy...

Wielką zaletą opowieści jest sposób, w jaki traktuje ona o historii, zwłaszcza Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Nienachalnie, w odpowiednich momentach Łukasz Wierzbicki tłumaczy wszystko, co trzeba: kiedy wybuchła II wojna światowa i jak wpłynęła na zwyczajnych ludzi, jak zniszczyła lub poprzesuwała o setki i tysiące kilometrów ich domy. Młody czytelnik powoli dowiaduje się, na terenie jakiego państwa leżały, a gdzie teraz są Druskienniki, oraz co to oznaczało dla bohaterów – wiedzy towarzyszą bowiem emocje, bardzo wiarygodnie ujęte przez autora. Przeczytamy więc jak ojciec Haliny, stateczna głowa rodziny, zareagował na powojenną zmianę granic państwowych, gdzie i z jakiego typu pasją (desperacją!) powstawały pamiętniki Hali, a także do jakiej Polski nie chciał wracać Stach.
"Machiną przez Chiny" to wspaniała, przygodowa i podróżnicza książka dla całych rodzin. Dzieci wciąga, dorosłych wzrusza, wszystkich do siebie zbliża, bo też w wielu domach może wywołać wspomnienia dziadków i rodziców – o miłości, młodości, świecie, przyrodzie, historii. Jest jedną z wiecznych, ponadczasowych książek, które czynią nieśmiertelnymi również swoich bohaterów; i ja uważam, że "Kiedyś porcelanowy pałac rozsypie się w proch, mój ogród porośnie dżungla, ale wspomnienie waszej wizyty pozostanie na zawsze".
Bożena Itoya

Łukasz Wierzbicki, Machiną przez Chiny, ilustracje Marianna Oklejak, Poradnia K, Warszawa 2014.

13- i 26-piętrowy domek na drzewie


W "13-piętrowym domku na drzewie" i "26-piętrowym domku na drzewie" króluje zabawa formą. Autorzy serii działają trochę jak w komiksie, niby są postaciami, które co i rusz pukają do nas z drugiej strony opowiastki, zwracają się bezpośrednio do czytelnika, komentują powstawanie książki. Te zabiegi mogą być zaskakujące i zabawne dla dzieci nieobeznanych z bardziej rozrywkowymi typami publikacji, czyli tych czytelników, którym wszystkie książki kojarzą się z nudnymi lekturami szkolnymi. Andy i Terry (bohaterowie serii) na pewno ich rozruszają i zachęcą do lżejszych czytadeł.
"13-" i "26-piętrowy domek na drzewie" są zdecydowanie lekkimi, szybkimi, krótkimi książeczkami do śmiechu. Tekst zajmuje w nich mniej niż połowę objętości, rysunki ciągną się czasem przez kilka stron (jak w przypadku prezentacji powoli spływającej kropli – 3,5 strony, 42 obrazki; albo szczekającego pieska – 4 strony bez tekstu, 48 obrazków), niejednokrotnie wielkiej ilustracji towarzyszy tylko jedno krótkie zdanie.
Obok rysunkowych "wypełniaczy", autor stosuje także humorystyczne dłużyzny słowne, zazwyczaj będące przeniesieniami lub odniesieniami do innych partii tekstu.

Ale jak w ogóle trafiłaś na korwetę kapitana Drewnogłowego? – spytał Terry.
O, to dość smutna historia – powiedziała Jill.
O, jak fajniusio! – ucieszył się Terry. – Wprost uwielbiam smutne historie.
No dobra – oznajmiła Jill – ale musisz poczekać do następnego rozdziału.
A to bardzo niefajnie... – Terry spochmurniał.
Nie martw się – pocieszyła go Jill. – Nie będziesz czekać długo, tylko do następnej strony.
A to bardzo fajnie! – rozpogodził się Terry.

Pojawiają się również spulchniacze hybrydyczne: tekstowo-rysunkowe, nie wnoszące niczego nowego do akcji, takie sobie mrugnięcia do czytelnika.

Pamiętacie tę drewnianą głowę, którą znaleźliśmy w rekinie? Jeśli nie, wróćcie na stronę siedemdziesiątą pierwszą.
[rysunek drogowskazu: Do strony 71 tędy]
A jeśli nie zapomnieliście, jakie to było paskudztwo, możecie przejść prosto do następnego – i wtedy naprawdę zobaczycie, dlaczego tak nie cierpimy piratów.
[rysunek drogowskazu: Do następnego akapitu tędy]

Poczucie humoru autorów jest bardzo proste, nieco absurdalne, ale absurd ten określiłabym jako ugłaskany, mało wymagający. Przygody bohaterów są dość przewidywalne, co w połączeniu z bazgrołkowatymi rysunkami daje całość imitującą opowiadanie dziecka.
W obu częściach bohaterowie męczą się nad napisaniem i zilustrowaniem książki. Czy im się to udało? Na pewno jakichś publikacji doświadczyliśmy, coś powstało, trafiło na rynek i spędziliśmy trochę czasu (godzina, góra dwie na jedną odsłonę serii) zapoznając się z tymi produktami. Jednak, według mnie, nie są to pełnowartościowe utwory literackie ani komiksowe, bardziej książeczki-zabawki, niczym te miękkie, gumowe, jakie daje się niemowlętom do kąpieli i obgryzania.
O fabule "13-" i "26-piętrowego domku na drzewie" nie można powiedzieć wiele więcej. Jest dwóch głównych bohaterów w nieokreślonym wieku, jedna bohaterka drugoplanowa, poza tym antypatyczny wydawca i pirackie zbiry, różne zwierzęta. Wszystko dzieje się gdzieś, raz teraz, raz kiedy indziej, naprawdę lub nie całkiem. Postaci i zdarzenia istnieją niezbyt dokładnie, często są ledwie zarysowane i autorzy natychmiast przeskakują gdzieś dalej. Cóż, Andy Griffiths i Terry Denton postawili nie na treść literacką, ale na formę publikacji, czy raczej konwencję typograficzną oraz koncept zabawki, których konsekwentnie się trzymają.
Bożena Itoya

Andy Griffiths, 13-piętrowy domek na drzewie, 26-piętrowy domek na drzewie, ilustracje Terry Denton, przełożyła Maciejka Mazan, Nasza Księgarnia, Warszawa 2015, 2016.

A kto to? Kot ty jesteś?

Wierszyki o kotach były pierwszymi i nadal należą do ulubionych książek mojego dziecka ‏– czy to "Chory kotek" (Stanisław Jachowicz), czy "O kocie huncwocie" (Zbigniew Śląski, wyd. Foibos), czy wreszcie "Kocia gwiazda" (Gianni Rodari, Wydawnictwo Literackie), strofy te są niezawodnym sposobem na zabawę słowem i rytmem. Jeśli do czytania, najlepiej głośnego, dodać odnajdywanie podobieństw między kotami poetyckimi a własnymi (lub znajomymi), to kocie wiersze okażą się lekturą bardzo angażującą, jedną z tych, do których wraca się wielokrotnie.
Niektóre książeczki szczególnie zapadają w pamięć i umilają dzieciństwo dzięki mistrzowskim ilustracjom. Tak dzieje się w przypadku włóczkowo-filcowych kotów Elżbiety Wasiuczyńskiej, bohaterów tomiku "Kot ty jesteś?", spisanego przez Marcina Brykczyńskiego. Urocze, ciepłe, czasem poetyckie mruczki artystki zachwycą młodsze dzieci, a wierszyki wpadną w ucho także starszym czytelnikom.

Oto galeria przemiłych kotków,
Lecz każdy dziką bestią jest w środku,
W jednym lew ryczy, w drugim pantera,
W innym się tygrys odzywa nieraz.

W tej książce wiersze sprawiają wrażenie dopisanych do obrazów, stąd właściwie nie jest to tylko ładnie zilustrowany tomik poezji, tylko niemal album prac Elżbiety Wasiuczyńskiej opatrzony rymowanym komentarzem Marcina Brykczyńskiego. Na okładce i stronie tytułowej twórcy wymieniani są jako równorzędni autorzy.
Piętnaście krótkich utworów opowiada miedzy innymi o kocie-syrence, królu, melomanie, kocie gwiezdnym i elektrokocie (znacie go? my – owszem!). Zarówno w tekście jak w warstwie plastycznej zdarzają się delikatne metafory i żarty, kiedy indziej przekaz jest dosłowny i nawiązuje do zwyczajnych kocich zachowań. Całość czytało nam się i oglądało bardzo przyjemnie. Mięciutkie materiałowe mruczki aż wyrywały się do nas z obrazków, a opisane przez Marcina Brykczyńskiego charakterki znamy z autopsji.

Bez wysiłku byłbym w stanie
Wziąć świat cały we władanie,
Ale sprawy większej wagi
Wymagają mej uwagi.

Najkomiczniejsze i najbardziej nietypowe wydały mi się osobistości wyszyte przez ilustratorkę przy wierszyku "A ja mam kota", a zupełnym faworytem jest kot schowany, widoczny tylko częściowo. Od dziś zaczynamy rysować własnych tajnych kocich agentów, koty-świnki, -mandarynki i wszelkie inne mruczące landrynki.

Każdy lubi głaskać kotka,
Głaskać kotka to rzecz słodka,
Lecz uwaga, jeśli łaska,
Łatwo można go zagłaskać.

Bożena Itoya

Marcin Brykczyński, Elżbieta Wasiuczyńska, Kot ty jesteś?, Media Rodzina, Poznań 2016.

Aniołki kota Cagliostro w Warszawie


Czwarta książka o Aniołkach kota Cagliostro jest ciekawym akcentem w serii Jarosława Mikołajewskiego. Dotychczas autor wysyłał dwunastoletnie "detektywki" w różne rejony Włoch, tym razem miejscem akcji uczynił stolicę Polski. Dodatkowo we wcześniejszych tomach, mimo baśniowej atmosfery, śledztwo miało racjonalne korzenie i prowadziło do konkretnego winnego (bo niekoniecznie złoczyńcy). Ta sprawa jest bardziej metaforyczna, uniwersalna, dotyczy wręcz kondycji naszej cywilizacji.

Dziwne w całym tym marszu było to, że nikt nie zwracał na nich uwagi. Ludzie mijali grupkę dziewcząt z kotem na czele obojętnie, jakby to była wycieczka szkolna pod opieką nauczyciela przyrody. W wagonie metra – to samo. Każdy siedział z nosem wbitym w gazetę albo w telefon komórkowy, zaprogramowany na obwieszczenie, że kolejka dojechała na stację Świętokrzyska. Dopiero wtedy, wciąż z nosem w gazecie albo w komórce, pasażerowie wstawali z miejsc.

Pomimo przeniesienia historii w rzeczywiście istniejące punkty na mapie współczesnej Warszawy, zagadka nie jest osadzona w kulturze miasta w takim stopniu, jak miało to miejsce w "Uśmiechu Bambola", "Szklanych oczach" i "Zwycięskim koniu". Może po prostu nasza stolica nie jest tak charakterystyczna, jak tradycje Rzymu, Sieny czy Wenecji. Na szczęście jednak mamy swoje legendy, które wciąż inspirują pisarzy.

Nie tylko w Kopenhadze jest Syrenka! – znów z dumą zawołała Marta. – My też mamy swoją Syrenkę. Legenda mówi, że żyła w Wiśle i pięknie śpiewała.
O czym? – spytała Olga.
O wolności. Bo cieszyła się swoją wolnością, i to ona sprawiała jej największą radość. Robiła to, na co miała ochotę. Niestety, pewnemu chłopakowi przyszło do głowy, żeby ją złowić i uwięzić.

Miejskie lokalizacje zostały dobrze dobrane, do Centrum Nauki Kopernik i na Stare Miasto naprawdę pielgrzymują wycieczki krajowe i zagraniczne, a "Patelnia", czyli plac przed wejściem do stacji metra Centrum, bywa miejscem nie tylko prywatnych spotkań, ale również artystycznych (a nawet politycznych) akcji – tych zaplanowanych i spontanicznych, jak w "Syrenim śpiewie". Jako warszawiacy czuliśmy się podczas lektury niczym na jednym z naszych miejskich spacerów. Znakomity ilustrator (Marcin Bruchnalski) zadbał nawet o obecność mniej chlubnych, ale bardzo znamienitych elementów warszawskiego krajobrazu, jak gigantyczna reklama przy słynnej Rotundzie.
Opowieść, choć krótka, przekazuje dużo informacji o dwudziestowiecznej historii Warszawy. Bywa poważnie, ale przy lekturze można się też roześmiać, i to nie raz. Wesołymi akcentami "Syreniego śpiewu" są postacie warszawskich kocich cwaniaków oraz kocie ciocie, opiekunki i idolki bezpańskich mieszkańców piwnic.

Otóż te cztery warszawskie kocury, leniuchy i obiboki, zauważyły coś bardzo dziwnego. Jeszcze do niedawna, kiedy wylegiwały się rano na podwórku, prawie od świtu wychodziły do nich kocie ciocie, czyli starsze panie. Przynosiły im mięsko, rybki, łakocie. Niektóre na ich oczach otwierały puszki pewnej znanej firmy, której nazwy nie wymienię, żeby nie robić jej reklamy, i z takim uśmiechem, jakby same zabierały się do jedzenia, wykładały ich zawartość na talerzyki. I nagle – nic. Ani puszek, ani rybek.

Dobrze czyta się tę książkę, nieco poetycką, skłaniającą do refleksji i bliskości z ludźmi (i podwórzowymi kotami). Jednak nie możemy się doczekać powrotu do odleglejszych nam miejsc oraz zwyczajów, tym bardziej, że następne śledztwo Aniołków kota Cagliostro odbędzie się na Sycylii ("Kot w worku").
Bożena Itoya

Jarosław Mikołajewski, Syreni śpiew, ilustracje Marcin Bruchnalski, Media Rodzina, Poznań 2016.

Tymek mistrz!


Fascynacja komiksami w naszym domu kwitnie i rozrasta się, choć syn równolegle czytuje dużo powieści, opowiadań i książek popularnonaukowych, ma też na co dzień kontakt z poezją. Kolorowe zeszyty nie są więc towarem zastępczym dla niechętnie czytającego lub dopiero uczącego się czytać młodego człowieka, tylko świadomym wyborem i ulubionym typem lektury. Ostatnio wybraliśmy pozycję, która dla wielu jest już klasyką polskiego komiksu, ale dla nas zupełną świeżynką: "Tymka i Mistrza" autorstwa Rafała Skarżyckiego i Tomka Leśniaka. Popularni komiksiarze nam byli dotąd znani tylko jako para od "parakomiksu" – serii "Hej, Jędrek!". Teraz Jędrek ma w Tymku poważną konkurencję – na regale i w czytelniczych sercach, bo zdania rodziny co do tego, który jest fajniejszy i zasługuje na naszą honorową półkę, są podzielone.
Na pierwszy tom komiksu "Tymek i Mistrz" składa się ponad 60 odcinków. Historyjki przeważnie zajmują dwie strony, są ze sobą związane, ale tylko "leciutko" (słowa mojego syna), tak, że można je czytać właściwie w dowolnej kolejności, na wyrywki. Publikacja zawiera też dodatki: czary-mary dla każdego, okładki wcześniejszych wydań komiksu oraz pierwszy odcinek w innej wersji fabularnej i językowej.
Wydawnictwo Kultura Gniewu dobrze zadbało o nową edycję "Tymka i Mistrza": komiks jest obszerny (147 stron), opatrzony twardą oprawą, zabezpieczony solidnym papierem przed zniszczeniami wynikającymi z wielokrotnego użytkowania. Potencjalny czytelnik staje się fanem "Tymka i Mistrza" już za sprawą okładki – te zawijasy i dobór kolorów! Format pasuje do innych książek wydanych w serii Krótkie Gatki – "Sagi o ryjówce", "Ostatniego żubra" (Tomasz Samojlik) i dwóch "Misiów Zbysiów na tropie" (Piotr Nowacki, Maciej Jasiński, Norbert Rybarczyk). Bardzo się cieszymy, że oferta Krótkich Gatek się rozrasta, mamy już całkiem pokaźną kolekcję, z której można wybrać coś na każdy wiek i rozmaite okazje. Album "Tymek i Mistrz" sprawdza się na przykład w autobusie, pociągu i na przerwach w szkole.

Komiks ma tę zaletę, że nie wymaga od czytelnika wielkiego skupienia, można go pochłaniać mimo hałasu dookoła. Odcinki są krótkie, w sam raz na przerwę śniadaniową czy kilkuprzystankową trasę. Równocześnie całości wcale nie czyta się błyskawicznie, lektury starcza na wiele takich podróży czy pauz. Wybierając w księgarni książkę dla syna zastanawiam się, czy będzie ją długo czytał i często do niej wracał – "Tymek i Mistrz" to właśnie taka pozycja.
Samej fabuły, jak w przypadku każdego podobnego komiksu, nie ma sensu streszczać. Mistrz, którego mistrzostwo czasem ogranicza się do autoprezentacji i przytakiwania bystremu uczniowi – Tymoteuszowi, oraz rzeczony adept czarnoksięstwa, to charakterne, śmieszne postacie, mierzące się z magicznymi wyzwaniami i "swoimi złymi odpowiednikami", jak określił Psuja i Popsuja mój syn. Resztę warto poznać samemu, nim dziecko opowie nam każdą scenkę po kolei (ja zostałam zasypana tak zwanymi "spoilerami").
Ten komiks to pozytywny, pełen mocy utwór, gładko wpisujący się w tradycję polskich i europejskich kolorowych zeszytów. Nietrudno znaleźć w "Tymku i Mistrzu" nawiązania do najpopularniejszych twórców komiksowych, podobnie jak po kartach spacerują nieobce kulturze popularnej fantastyczne istoty: yeti, wampir, troll i inne, zazwyczaj dobrotliwe persony.


Warto zwrócić uwagę na warstwę językową albumu. Rafał Skarżycki urządza nie byle jakie zabawy językowe, proponując najfajniejsze (anty)definicje polskich frazeologizmów (na przykład "strugać wariata", "radzić się gwiazd"), z jakimi się spotkałam. To poważna (choć z przymrużeniem oka) konkurencja dla lektur szkolnych nauczania początkowego, wałkowanych we wszelakich konkursach polonistycznych i przez nauczycieli (chyba głównie dlatego, że książki te są już w bibliotekach i mają po -naście wydań). Potencjał "Tymka i Mistrza" najwyraźniej został dostrzeżony "na górze", bo podobno kadry komiksu znalazły się w podręczniku do czwartej klasy szkoły podstawowej.
Kartkując książkę łatwo dostrzec, gdzie zaczynają i kończą się poszczególne odcinki, bo każdy ma określoną kolorystykę – raz dominuje róż pracowni złego czarnoksiężnika Psuja, kiedy indziej bladoniebiesko-białe tła w krainie wiecznych lodów lub granat kosmosu. Żywe, wesołe barwy cieszą oko, tak samo działają na czytelnika charakterystyczne, z lekka szalone postacie z wyłupiastymi oczami, wystającymi zębami, wielkimi ustami i kudłatymi czuprynami czy brodami (zazwyczaj łącznie występują dwie, góra trzy wymienione cechy). Karykaturalne i wybuchowe rysunki idealnie pasują do scenariusza. Panowie jak jeden mąż powalają nas humorem na kolana.
Jako nowi wyznawcy Tymka i Mistrza nie możemy się doczekać kontynuacji ich przygód, choć równie mocno tęsknimy za Psujem i Popsujem. No właśnie, oznaczenie "tom 1" zapowiada ciąg dalszy, a my mieliśmy okazję dowiedzieć się u źródła, jak przedstawiają się dotychczasowe i przyszłe losy tego znakomitego projektu.
Kultura Gniewu opublikowała wydanie zbiorcze, zawierające materiał z sześciu tomów wcześniejszej edycji. Drugi i trzeci tom "Tymka i Mistrza" mają się ukazać nakładem Krótkich Gatek w ciągu roku, jak zapowiedzieli autorzy podczas spotkania, w którym wzięliśmy udział na początku maja 2016 roku. Przy tej samej okazji obejrzeliśmy premierowy, pierwszy z 13 odcinków serialu animowanego "Tymek i Mistrz" – ponad 10 minut świetnego kina dla młodszych i starszych widzów! Oby nasi komiksowi bohaterowie zawitali na przeglądy filmów dla dzieci, kinowe poranki i płyty DVD. Wygląda więc na to, że czeka nas jeszcze wiele zabawy z gwiazdami polskiego komiksu – przyłączcie się i Wy, śledźcie ich postępy, wynalazki oraz potyczki, w kadrach i na ekranie.
Bożena Itoya

Rafał Skarżycki (scenariusz), Tomek Lew Leśniak (rysunki), Tymek i Mistrz. Tom 1, wydanie drugie (kompletne), Krótkie Gatki, Warszawa 2016.

piątek, 13 maja 2016

Krasnale i olbrzymy Asiuni

 

Dorosłym rzadko udaje się zainteresować swoimi wspomnieniami dzieci. Opowieści o dzieciństwie w "naszych czasach", kiedykolwiek by to nie było, bywają zbyt sentymentalne, wzruszające tylko dla opowiadającego (lub piszącego) i wygłaszane z własnej potrzeby, a według młodego słuchacza po prostu nudne. Inaczej jest z książką "Krasnale i olbrzymy", w której Joanna Papuzińska wspomina Warszawę z drugiej połowy lat 40. i początku lat 50. XX wieku.
Zaletą opowieści jest punkt widzenia dziecka, zabawny i przejmujący dla czytelnika w każdym wieku. Autorka, z innej, wojennej książki znana jako Asiunia, w "Krasnalach i olbrzymach" opowiada o dziecięcych zabawach (są nawet zasady gry w chłopka), spędzaniu czasu w miejskiej przestrzeni, własnym wróblowym drzewie, sąsiedzkiej atmosferze panującej na śródmiejskich ulicach. Główną bohaterką, na równi z dziewczynką, okazuje się właśnie jedna z ulic – Marszałkowska.
Joanna Papuzińska po raz kolejny dowodzi, że jest mistrzynią słowa. Kilkoma słowami nakreśla portrety sklepikarzy, robotnika, nauczycielki, a Maciej Szymanowicz uzupełnia je barwnymi, wesołymi i nieco karykaturalnymi obrazkami. Największą wartością publikacji jest uchwycenie dziecięcej wyobraźni oswajającej świat dorosłych – ten wojenny i ten stalinowski.

Kiedy jeszcze byłam nieduża i nie rozumiałam wielu słów, których używali dorośli, to pomagałam sobie wymyślaniem.

W tle dziecięcych spacerów i przyjaźni swój niezrozumiały spektakl odgrywa historia. Asiunia personifikuje front oraz inne strachy, czyniąc z nich jakby gigantyczne marionety depczące wrażliwość i bezpieczeństwo małych warszawiaków. Książka jest według mnie niemal gotowym scenariuszem przedstawienia teatralnego.

Później pojawiło się nowe tajemnicze straszydło w naszym życiu. Nikt z nas nigdy go nie widział, tylko ciągle się o nim słyszało. Ono się nazywało "Władza Ludowa". Najpierw mi się wydawało, że to chodzi o "Władzą Lodową", coś w rodzaju Królowej Śniegu, tej z bajki o Gerdzie i Kaju, która pędzi nocą na saniach, wszystko dookoła zamraża i mrozi ludziom serca. Ale potem się okazało, że nie "lodowa", tylko "ludowa". Ona była jeszcze bardziej tajemnicza – nawet dorośli mówili o niej szeptem. Czasami, w nocy, kiedy już wszyscy leżeli w łóżkach, przez otwarte okno słychać było z dołu, z ulicy, tupotanie ciężkich butów: łup, łup, łup, łup.
Ze strachem myślałam: O, to na pewno ona!
Ta wielka, okropna baba była bardzo silna i potężna. Nam samym niby nic specjalnego nie robiła – na początku zdawało się nawet, że lubi dzieci.
Ale w klasie, na przerwach, starsze koleżanki szeptały straszne rzeczy, że Władza zabiera tatusiów, którzy dopiero co wrócili z wojny, ze zabrała komuś starszego brata – po prostu zniknął i już.

Mała ojczyzna jest tu miniaturą dużej – Polski, takiej, jaką była tuż po wojnie: zniszczonej, odbudowywanej, zmienianej. Nowe okoliczności wywołują w dzieciach – Asiuni i jej koleżankach – szok, smutek i złość. Przecież wojna się skończyła, potworny front nawiedzał je już tylko w snach, a w rzeczywistości miał być pokój i spokój. Tymczasem okolica przygniatana jest przez olbrzymy i straszne baby. Ciepło i swojskość małych sklepików, własnych miejsc, znajomych ludzi i języka zastępuje się oziębłością, wyższością, sztucznością i niedostępnością nowych tworów architektonicznych, kulturowych, a nawet językowych.

W całym tym placu było coś dziwnego, obcego i sztucznego, co psuło nasze przyzwyczajenia i upodobania. Nie mieszkał tu nikt znajomy – sami obcy ludzie, nawet dzieci tamtejsze miały jakieś swoje nowe szkoły po drugiej stronie Marszałkowskiej.
W miejsce naszych ukochanych krasnali pilnujących bram, na ścianach domów pojawiły się olbrzymy. Stały przyklejone do muru, zapatrzone gdzieś wysoko w niebo. Ze ściany, akurat na wysokości naszych głów, sterczały ich ogromne nożyska w wielkich buciorach.
Co to ma być? – pytałam zdziwiona moich koleżanek.
Niby że robotnicy... ale czy ktoś widział kiedyś takiego robotnika?
Ta zduszona, szara, socrealistyczna Warszawa z "Krasnali i olbrzymów" jest ważnym świadectwem polskiego powojnia, co doceniono już przed opublikowaniem książki – jej współwydawcą zostało Muzeum Powstania Warszawskiego. Obok słodkich, wielkich lizaków, którymi dzieliło się kilkoro dzieci, zapamiętamy z niej gniew i koszmary gnębiące małe umysły. Groteskowe wyobrażenia wymownie zinterpretował ilustrator, zwłaszcza portret pozbawionego nóg architekta dodaje opowieści ostrzejszego smaczku.

Zdawało się, jakby ktoś wyciął cząstkę naszego terenu i wstawił w to miejsce kawał jakiegoś innego, obcego zupełnie miasta, którego tu nigdy przedtem nie było. Nasze znajome, wydeptane ulice – Koszykowa i Piękna – zostały przecięte wpół i ich odrąbane kawałki tkwiły teraz bez sensu po dwóch stronach placu. Byłyśmy wściekłe z powodu tych porozrywanych ulic. Przecież one też są żywe!
A jakby tak tym budowniczym placu ktoś pourywał nogi i zabrał gdzieś daleko, ciekawe, czy by im było przyjemnie? – pytałyśmy się nawzajem.

Poczytajcie "Krasnale i olbrzymy", jeśli chcecie poznać dawną Warszawę, warszawiaków, porozmyślać o architekturze i tożsamości miasta albo nauczyć się rozmawiać z dziećmi o przeszłości. Ta znakomita książka przyda się wielu osobom w rozmaitych celach, na pewno niejeden z nas potrafiłby ułożyć własną analogiczną historię o małej ojczyźnie, ale nikt nie napisze jej tak, jak zrobiła to Joanna Papuzińska.

Bożena Itoya

Joanna Papuzińska, Krasnale i olbrzymy, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Muzeum Powstania Warszawskiego, Łódź, Warszawa 2015.

Fruwajka


Poeta Piotr Sommer i odpowiedzialni za oprawę graficzną Frycz i Wicha przygotowali pod skrzydłami Wrocławskiego Wydawnictwa Warstwy książkę artystyczną, ale przystępną. "Fruwajka" zawiera wiersz, skromne ilustracje złożone z plączącej się nitki, wędrującego ze strony na stronę Słońca, potem księżyca, a poza tym dużo czystej bieli, szarości i czerni. Elementy plastyczne, wraz z ukrytym w kopercie "kreatywnym" załącznikiem, zachwyciły mnie prostotą i przestrzenią, którą zapełnić może sam czytelnik. W tej książce jest dużo miejsca na marzenia i wyobraźnię.
Twórczość Piotra Sommera znaliśmy już wcześniej z tłumaczeń (Brian Patten, "Skaczący Myszka", Biuro Literackie) i wierszy ("Przed snem", Biuro Literackie) dla dzieci. "Fruwajka" jest chyba naszym ulubionym dziełem, do którego przyłożył pióro ten poeta. Starsze dziecko (przynajmniej moje) chętnie słucha utworu, czyta go samodzielnie, "wyobraża" sobie ilustracje, trochę je współtworząc – załącznikiem, nie kredką.
Warto zapoznać początkującego czytelnika z poezją dla dzieci inną niż Brzechwa i Tuwim, a ta rytmiczna, przypominająca senne marzenie kompozycja świetnie nadaje się zarówno do przełamania pierwszych lodów (dla dzieci niemających kontaktu z poezją), jak i do delektowania się (dla bardziej zaawansowanych wierszożerców).

Otwieram ją ― i nie czytam,
ciekawsza jest kotki kita.

Gazeta niewiele warta,
ciekawsza od niej kokardka.

Nie czytam jej, kładę obok ―
wolę rozmawiać z Tobą.

Tylko proszę cię, mów coś
(nie słucha cię cała ludzkość).

Pod wieczór robi się ładnie,
znów widać świat niedokładnie.

Cacko wydane przez Warstwy kojarzy mi się z dzieciństwem, może dlatego, że wtedy przeżywałam podobne do "Fruwajki" rymowane przygody z Danutą Wawiłow czy Wandą Chotomską, a może po prostu taka krótka, pisana wierszem książka wciąż jest prototypem publikacji dla dzieci.

Bożena Itoya

Piotr Sommer, Fruwajka, projekt graficzny Frycz i Wicha, Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2015.

poniedziałek, 9 maja 2016

Drzwi. Opowieść o świętym Wojciechu

Biografia dla dzieci, której akcja rozpoczyna się w 1175 roku, by po chwili cofnąć się do połowy X wieku – to niełatwy projekt. Jak zainteresować współczesnego czytelnika tak szkolnym tematem? Przedsięwzięcie okaże się jeszcze trudniejsze, gdy zorientujemy się w rynku wydawniczym, ostatnio rozkwitającym opowiadaniami historycznymi. Adresatami wydawnictw tego typu, przeważnie bogato ilustrowanych, są czytelnicy w wieku od około 9/10 lat. Na naszej półce czekają w tej chwili cztery podobne książki, wszystkie osadzone w średniowieczu. Jak wyróżnić się w gąszczu młodzieżowej literatury historycznej?
Niezawodnym sposobem wydawnictwa Muchomor jest trzymanie się swojej marki, to jest opowieści biograficznych Anny Czerwińskiej-Rydel opatrzonych współczesnymi, modnymi grafikami i ilustracjami. "Drzwi. Opowieść o św. Wojciechu" są dziełem znanej pisarki i studia graficznego Acapulco (Agata Dudek i Małgorzata Nowak).
Książka została podzielona na 18 scen z życia świętego Wojciecha. Każdą stronę tekstu ozdabiają "seryjne" wzorki przypominające ludową wycinankę, często pojawia się również linia czasu, na której oznaczono ważniejsze wydarzenia z historii ówczesnej Europy (na przykład 988 – chrzest Rusi Kijowskiej, 987 – początek dynastii Kapetyngów we Francji). Samemu bohaterowi towarzyszymy od chwili narodzin aż do męczeńskiej śmierci, jesteśmy też świadkami późniejszych wydarzeń.

Wojciech – łkała Strzeżysława. – Nie wiem, co robić!
Co z nim?
Spuchł cały. Brzuch mu się zrobił wielki jak u niedźwiedzia. Pomarszczył się, twarz mu zsiniała i wykrzywiła się jak u jakiegoś starca. Ledwie oddycha i tak jakoś dziwnie charczy, jakby miał zaraz…
Cicho bądź! Nie miel tyle językiem! – fuknął na nią mąż. – A ty każ mamce przynieść dziecko – polecił służce.
Po chwili rozległ się rozdzierający płacz niemowlęcia, a do komnaty weszła młoda kobieta, niosąc posiniałego i opuchniętego chłopca.
Nic nie pomaga. Ani uroki, ani…
Zamilcz! Uroki to rzecz diabła! Może to jego sprawka, że nasz syn tak ciężko zachorował. Nie ma innej rady, trzeba Wojciecha zanieść do świątyni i ofiarować go na służbę Bogu. Może odwróci od nas swój gniew.
O Boże! Zlituj się nad nami! – zawodziła Strzeżysława. – I nad tym dzieckiem, które niczego złego nie uczyniło! Ukarz mnie, ale jego oszczędź.
Ubieraj małego – polecił jej tymczasem Sławnik. – Zaniesiemy go do kościoła i położymy na ołtarzu jako ofiarę. Może Matka Boska go przyjmie.

Treść książki jest przystępna, odpowiednio udramatyzowana. Historia świętego Wojciecha toczy się jak opowiadanie, przeważnie w formie dialogów, czyta się ja płynnie i lekko. Właściwa opowieść została spięta klamrą wstępu (rok 1175) i zakończenia (rok 2016), objaśniającą wprost znaczenie patrona Polski dla jej średniowiecznych i współczesnych dziejów oraz kultury.

Co cię trapi, miłościwy panie?
Święty Wojciech – westchnął książę. – Już najwyższy czas, żeby naszemu patronowi coś ufundować i jakoś go upamiętnić. Ów biskup praski, sam książęcego rodu, przybył kiedyś na dwór mego przodka, Bolesława Chrobrego. Szukał u niego schronienia, gdy wrogowie w pień wybili jego krewniaków. Pałał pragnieniem, by ruszyć na misję do Prus. Chciał nawracać pogan. Wszyscy wiemy, jak zginął. Zamęczyli go, ciało zmasakrowali i zbezcześcili bez litości. Boga się nie bali, a człowieka mieli za nic. Książę Bolesław
oburzył się na to, co się stało, ciało biskupa natychmiast wykupił od bezbożników i przywiózł do Gniezna. Do grobu naszego świętego pielgrzymują ludzie z całej Europy, a on obsypuje ich wszelkimi łaskami. Ojciec mój, Bolesław Krzywousty, przed swoją śmiercią wiele razy wspominał, że jakoś trzeba życie naszego wielkiego patrona upamiętnić. Teraz przyszedł na to czas. – Mieszko znowu spojrzał na zgromadzonych.
Co książę postanowił, my z pokorą przyjmiemy – ukłonili się mężczyźni.
Pomyśleliśmy, że ufundujemy zdobione wrota, które w naszej katedrze gnieźnieńskiej będą cieszyć oczy i serca wiernych, a i Panu na chwałę służyć – powiedział z dumą Mieszko. – Drzwi przecież symbolizują wejście człowieka do królestwa niebieskiego. Sam Jezus powiedział: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony”. Święty Wojciech, jako Chrystusowy sługa, swoją misją chciał wprowadzić Prusów przez bramę wiary na drogę wiecznego zbawienia. I zginął za to jak Chrystus – pokiwał głową książę.

Publikacja powinna zainteresować nauczycieli, rodziców oraz dziadków dbających, by historia nie kojarzyła się młodzieży tylko z nudnymi podręcznikami i Wikipedią. Anna Czerwińska-Rydel nie ubarwia naszych (europejskich) dziejów, nie czyni z nich powieści przygodowej, ale prezentuje w atrakcyjny, solidny sposób i z rzetelnością godną historyka. Obiektywnie rzecz biorąc, życiorys świętego Wojciecha jest gotową, porywającą fabułą, trochę w stylu "Gry o tron" George'a R.R. Martina, jeśli szukać analogii z kulturą popularną.

W tym samym czasie, kiedy Wojciech pobożnie spędzał dnie w klasztorze na Awentynie, w Czechach działy się rzeczy straszliwe. Ród Wrszowców – którego członkowie nienawidzili Sławnikowiców – napadł na dwór w Libicach i wymordował czterech braci Wojciecha wraz z ich żonami i dziećmi.
Boże mój – modlił się Wojciech. – Nie bierz im tego za złe. Oni nie wiedzieli, co czynią. Przyjmij do siebie moich braci, ich żony i dzieci. Ja udam się po raz kolejny do Rzymu, do Ojca Świętego, poprosić go o pozwolenie, by wyruszyć na misje. Będę poganom mówił o Tobie, Boże, aby i oni mogli Ciebie poznać i pokochać. Amen.
Wojciech zrobił tak, jak obiecał Bogu. Podążył do Rzymu i po raz kolejny stanął przed ojcem świętym.
Dokąd chcesz się udać? – zapytał papież. – Czy obrałeś sobie już kraj, w którym będziesz nawracał pogan?
Jeszcze nie, Wasza Świątobliwość – odpowiedział Wojciech. – Wiem tylko, że ruszę między pogan, do ludu bogatego w złoto i potężnego w bitwie, ale ubogiego duchem i błądzącego w ciemnościach niewiary. Tam będę nauczał.

Takie nawiązania podjęły też ilustratorki, w formie prostych elementów graficznych wymownie obrazując choćby krew, dekapitację i wagę człowieka. Całość ma spójną, surową i nieco mroczną atmosferę, zajmuje i przyciąga czytelnika. Książka wydała mi się też bardzo ciekawa pod względem kolorystyki – opowieść graficzna snuta jest bielą, złotem, czerwienią i (sporadycznie) czernią. Środki plastycznego wyrazu i ich wyrazistość nasuwają skojarzenia z plakatem, przenikają czytelnika i zapadają mu w pamięć jak charakterystyczne symbole, choćby wszechobecne logo. "Drzwi" są bardzo udaną, estetyczną i ciekawą kompozycją historii, słowa oraz obrazu.
Bożena Itoya

Anna Czerwińska-Rydel, Drzwi. Opowieść o świętym Wojciechu, opracowanie graficzne, skład i ilustracje: Agata Dudek, Małgorzata Nowak / Acapulco Studio, Muchomor, Warszawa 2016.

wtorek, 3 maja 2016

JAK ZDOBYĆ NAGRODĘ NOBLA?

    Zacznijmy od początku, czyli wrażenia.W zalewie książek dla dzieci wydanych niechlujnie, szybko, byle jak, z błędami językowymi „Jak zdobyć Nagrodę Nobla” jest jak ożywcza kąpiel. Tu mamy superprzygotowanie edytorskie, bez literówek, profesjonalną redakcję, do tego przecudnej urody rysunki, zabawne i wysmakowane. Pozycja już w dotyku i spojrzeniu najwyższej klasy. To na pierwszy rzut oka.
    Po tym pierwszym wrażeniu, czas na głębsze spojrzenie – w treść. To przede wszystkim pozycja, która wymagała od autorki benedyktyńskiej pracy i zachwycająco szerokich horyzontów. Bo nie jest to wymyślona przy lampce wina tandetna bajeczka dla dzieci, ale efekt żmudnego opracowania encyklopedycznego, zebrania informacji i, co najważniejsze, przetworzenia ich w taki sposób, by były nie tylko zrozumiałe, ale i superciekawe dla najmłodszych czytelników.
    To również książka uniwersalna – dla dziadka i wnuka. Często dorośli czytając dzieciom, marzą, by sięgnąć wreszcie po lekturę dla siebie. To problem wielu autorów pozycji dla najmłodszych – znaleźć równowagę między opowieścią ciekawą zarówno dla dziecka, jak też dorosłego. Tutaj jest wszystko autentycznie interesujące także dla starszego pokolenia.
    Świetnym pomysłem jest „odtajnienie” mało znanej, wręcz tajemniczej uroczystości, jaką jest wręczenie Nagrody Nobla. Ciekawym pomysłem okazało się pokazanie powiązań rodzinnych, np. tego, że i ojciec, i syn dostali tę nagrodę.
    Każdego z laureatów nagrody autorka przedstawiła jak... bohatera filmu akcji, podkreślając aspekt „przygody” w dokonaniach zarówno pisarzy, jak i lekarzy. Również trudne polityczne problemy są pokazane prosto, od skomplikowanej sytuacji Tybetu po losy Wałęsy, który nie mógł sam pojechać, by odebrać otrzymaną nagrodę.
    Znakomitym pomysłem jest przedstawienie tematu w liczbach – dzieci to uwielbiają. Taki zamysł porządkuje, ale też może bawić. Świetnie graficznie wyglądają śródtytuły zaprojektowane „pisanym”, jakby szkolnym pismem. Dobre jest też podkreślenie kolorem tego, co najważniejsze w danym minirozdziale.
    Podsumowując - „Jak zdobyć Nagrodę Nobla” to wspaniała książka – ciekawa, mądra, ale i zabawna, estetycznie kojąca. To pozycja ukazująca naukę w jej prawdziwym obliczu – jako przygodę i pasję. Ta pozycja uczy też ufności we własne siły i pokazuje, że wielkość zależy tylko od nas samych.
Łukasz Malinowski


Katarzyna Radziwiłł, Jak zdobyć Nagrodę Nobla?, zilustrował Daniel de Latour, Muchomor, Warszawa 2015. Wiek:6+ Do zdobycia nagrody Nobla możesz zacząć się przygotowywać już od najmłodszych lat! Z tej książki dowiesz się, kim był Alfred Nobel, jak powstała nagroda, kto i za co ją przyznaje. Poznasz niektórych laureatów i ich osiągnięcia.

poniedziałek, 2 maja 2016

Hiszpański sen Pawła Beręsewicza – wdziada to podstawa!


Tematem powieści Pawła Beręsewicza "Więcej niż klub" jest między innymi fascynacja futbolem: kibicowanie, trenowanie, narodziny gwiazd w polskich (Frutex Pięknogóra) i zagranicznych (FC Barcelona) klubach.

Fru, fru, Frutex Pięknogóra, nawet Legii cierpnie skóra! – skandowali od czasu do czasu kibice zagrzewani przez samego wójta.

Bohaterowie od pierwszych stron opowiadają o życiu przesyconym piłką, jednak akcja rozgrywa się w dużym stopniu poza boiskiem. Na początku lektury sądziłam wręcz, że mam do czynienia z powieścią obyczajową twardo osadzoną w realiach małej polskiej miejscowości, z, ostatnio chyba obowiązkowym, wątkiem "europejskiej" migracji zarobkowej, której ofiarami są "eurosieroty". Futbol wydawał się tylko pretekstem, tłem dla prezentacji marzeń i relacji łączących oraz dzielących dwunastoletnich bohaterów: Filipa (Messi), Marka (Ronaldo) i Ewkę – nową w Pięknogórze, nową w klasie (szóstej) i nową w piłkarskim światku, gdzie postanowiła zadebiutować jako agentka kolegów. Jednak kolejne rozdziały coraz bardziej mnie zaskakiwały.
Mała drużyna młodzieżowa została ukazana jako czynnik spajający i ożywiający lokalną społeczność, kontynuacja legendy poprzedniego pokolenia (z Tatinho na czele), szansa na pokazanie sąsiedniej miejscowości, kto tu rządzi i ogólnie jako nadzieja na przyszłość. Wszyscy są zaangażowani w rozgrywki nastolatków: lokalna przetwórnia spożywcza, rodzice, władze świeckie i duchowne...

No, drodzy bracia i siostry, dzisiaj ważny dzień. Nasi młodzi piłkarze grają pierwszy mecz w Wojewódzkiej Lidze Przyszłych Gwiazd. Liczę na wasz gorący doping, bo założyłem się z proboszczem z Grzybułtowa, że będzie dwa zero dla nas. Do boju Frutex, amen!

Autor znakomicie wychwycił małe piekiełko Pięknogóry, ale i świat szkoły podstawowej, w tym różnice w zainteresowaniach nastolatków. Zależnie od płci, hiszpański sen polega na kulcie Realu Madryt czy FC Barcelony albo... przystojnego nauczyciela hiszpańskiego.

Izka nie była sama. Obok niej szedł młody przystojny mężczyzna w dżinsach i pomarańczowym T-shircie ciasno opinającym rzeźbiona klatkę piersiową. Gęste włosy stroszone w pozornie niedbałe kłaczki ciemniały lub jaśniały w zależności od tego, jak padało światło. Śniada skórę policzków pokrywał wczorajszy zarost, a równoboczny trójkącik miniaturowej bródki wyglądał jak wklejony w nieckę pod dolną wargą.

Płeć piękna w tej, wydawałoby się na wskroś męskiej książce, to nie tylko małolaty piszczące na widok przystojniaka. Czytając uważnie zauważymy, że tak naprawdę rządzą dziewczyny: obrotna Ewka, mama Messiego, Cieślaczka. Właśnie one decydują o losach Pięknogóry – drużyny piłkarskiej, karier, nie mówiąc o sprawach sercowych i rodzinnych.
Innym elementem fabuły wskazującym na przynależność "Więcej niż klub" do nurtu powieści obyczajowej są właśnie znakomite opisy stosunków rodzinnych i poszczególnych domowych sytuacji. Mama a tata, siostra a brat, mama a syn, syn a ojciec (także taki nieobecny) – poznajemy różne konfiguracje i sposoby rozwiązywania konfliktów.

To jeszcze nie była kłótnia, ale pierwsze iskierki zaczynały już skakać w naelektryzowanym powietrzu. Doświadczenie podpowiadało Messiemu, że w takich sytuacjach należy jak najszybciej przenieść grę w inne rejony boiska.
A wiecie, czemu w Hattricku mają tylko dziesięciu zawodników na murawie? – zapytał.
No czemu?
Bo bramkarz stoi na bramce.
Tatinho zaśmiał się tak głośno, że aż zadzwoniły kryształki przy ozdobnej lampie nad stołem.

Wraz z rozpoczęciem rozgrywek Wojewódzkiej Ligi Przyszłych Gwiazd akcja książki coraz częściej przenosi się ze szkoły i domu na stadion. Na końcu każdego rozdziału pojawia się tabela z punktami danej kolejki. Czyżby więc była to jednak historia o piłce nożnej adresowana do zapalonych kibiców? Tak, ale nie tylko. Nazwiska, nazwy klubów i obiektów sportowych, rozgrywki, treningi, triki są tu na tyle ważne, że fani futbolu będą zachwyceni, ale autor stosuje taki język i sztuczki narracyjne, że i laik się nie znudzi.

Trener ustawił w kole dziewięciu zawodników i kazał wymieniać między sobą podania. Wewnątrz okręgu biegało dwóch obrońców. Ich zadaniem było przejąć piłkę. Jeśli któremuś się udało, zamieniał się miejscami z tym graczem na obwodzie, który kopnął niedokładnie.
To żadne rondo, tylko gra w dziada – zrzędził Ronaldo, krzywiąc się na "Barfełońską tikitakę".
Niech będzie wdziada – chętnie zgodził się Jordi i potem co jakiś czas pokrzykiwał: – Dalej, dalej panowie! Wdziada to podstawa!

Do ciekawszych zagrań Pawła Beręsewicza należy wyróżnienie jednego z głównych bohaterów dopiero w końcowych rozdziałach. Kto wcześniej przypuszczałby, że to książka właściwie o jednym chłopcu? I że świat przedstawiony nie kończy się na małej lidze, stadionie Frutexu oraz Sklepie na Rogu (prowadzonym przez rodziców Messiego)? My byliśmy bardzo zaskoczeni tym wymykiem z ram powieści obyczajowej.
Obok niespodzianek fabularnych są i urozmaicenia kompozycyjne. Opowieść przeplatana jest mailami pisanymi przez Marka (Ronaldo) do ojca, pracującego w Irlandii i wytęsknionego. Chłopiec streszcza i komentuje wydarzenia, a jego subiektywne sprawozdanie chwilami bawi, ale z czasem zaczyna też boleć. Chłopiec fantazjuje i wierzy w rychłą przeprowadzkę do Irlandii, jednak nie dowiadujemy się o niczym, co by ją zapowiadało, nie poznajemy żadnej wiadomości zwrotnej od ojca. Autor nie komentuje tej jednostronnej korespondencji, nie pisze niczego w rodzaju "Ronaldo cierpiał. Zastanawiał się, czy jego rodzina się rozpada". Mamy tylko treść maili przepełnionych rozpaczliwą nadzieją. Kontrast między tymi fragmentami opowieści a akcentami humorystycznymi sprawia, że jest to kawał dobrej lektury, którą czyta się przeważnie na wdechu.

Podobno drużyny występujące na czerwono statystycznie wygrywają częściej niż inne, ponieważ czerwień – barwa ognia i krwi – onieśmiela przeciwników i odbiera im pewność siebie. Grzybułtovia nawet na różowo i w kwiatki wyglądałaby groźnie, a co dopiero w strojach jak FC Liverpool. Czy w Grzybułtowie jadano w dzieciństwie więcej sałaty, czy może z powodu położenia w dolince bardziej wyciągano się do słońca – dość że w drużynie gości odprawiało skipy i przekładankę piętnastu chłopów na schwał, przy których fruteksiacy wyglądali, nie przymierzając, jak strachy na wróble w żółto-zielonych kapotach.

Oprócz nastroju w powieści kilkakrotnie zmieniają się trenerzy młodych fruteksiaków. Każdy uważa się za specjalistę, zupełnie jak w "Mikołajku" – dojrzali panowie prześcigają się w cennych radach co do taktyki. Agentka Messiego i Ronalda w poszukiwaniu najlepszego instruktora telefonuje nawet do Barcelony, ale zanim spełni się hiszpański sen pięknogórzan, klub rozbłyska lokalnym kolorytem.

Sztuczkę, której nowy trener nauczył graczy Fruteksu, wykonuje się następująco: napastnik nabiega nad piłkę, lekko przykuca, opuszcza na nią poły sutanny i rusza w kierunku bramki. Zdezorientowani przeciwnicy najpierw nie mogą zrozumieć, gdzie jest futbolówka. a kiedy już się orientują, głupio jest im podnieść nogę na duchowną sukienkę. Po przekroczeniu linii bramkowej lekko unosi się sutannę, uwalnia ukrytą pod nią piłkę i dopisuje sobie kolejnego gola.
To zawsze działa – zapewnił zadowolony z siebie trener. – Zapamiętacie?
Zapamiętamy... – zaczęli chórem i urwali niepewni, czy mają mówić "trenerze" czy "księże proboszczu".
Mówcie "księże trenerze" – zaproponował proboszcz i to bardzo ułatwiło komunikację.

Poza mailami Ronalda pojawia się jeszcze inny przerywnik: komentarze internautów towarzyszące wydarzeniom opisanym w ostatnim rozdziale. Sprawa właściwie jest poważna, ale wydźwięk satyryczny – takie właśnie teksty królują w polskim internecie, a wrzucone w literaturę piękną jaskrawo świadczą o poziomie zbiorowej moralności. Także w tym przypadku Paweł Beręsewicz nie ocenia, nie stwierdza na przykład: "Messi rozważał, czy i kto (kto w ogóle ukrywa się pod tymi nickami?) ma rację, czytając obraźliwe i głupie komentarze pod artykułami". Jedyną refleksją bohatera na ten temat jest "Internet by zrozumiał" – a więc inteligentny, wrażliwy, otoczony przyjaciółmi i rodziną młody człowiek też sugeruje się opiniami obcych, anonimowych internautów. Autor po raz kolejny (po świetnych "Noskawerach") ironicznie charakteryzuje postawy społeczeństwa konsumpcyjnego, a przy okazji informacyjnego, modowe epidemie szkolne i pułapki popularności.
Ta książka może wiele nauczyć nastoletniego (i młodszego) czytelnika, gwarantuje też jego zaangażowanie. Kiedy po skończeniu powieści rozmyślałam na głos, czy powstanie druga część, mój syn stwierdził, że on by chciał tylko jeśli Messi... Nieistotne jest, co dokładnie miałby zrobić Filip, ważne, że czytelnik zajął jakieś stanowisko, wczuł się w problemy bohaterów tak, jakby istnieli naprawdę. W rozmowie ze mną syn wytaczał argumenty i kontrargumenty, po prostu nie chce znać Messiego, gdyby ten postąpił inaczej niż należy (według mojego dziecka).
Jeżeli podobne "wejście" dziecka w książkę nie wystarcza jako powód, by ją przeczytać, to warto sięgnąć po "Więcej niż klub" choćby ze względu na scenę propagowania kolekcjonerstwa kart z piłkarzami wśród młodszych uczniów. To zagranie plasuje Pawła Beręsewicza wysoko w lidze czempionów polskiej literatury dla dzieci, a mój syn prawdopodobnie od razu przyznałby za nie puchar mistrza. Powieść z całą pewnością zasługuje na miano pozycji obowiązkowej dla fanów FC Barcelony, a sądząc po ilości migających mi co dzień (w szkole, na ulicy) plecaków i koszulek z logo tego klubu, target jest duży. Szkoda tylko, że potencjał książki został stłumiony przez niezbyt wyszukaną okładkę.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Więcej niż klub, okładka Elżbieta Chojna, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.