cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 2 maja 2016

Hiszpański sen Pawła Beręsewicza – wdziada to podstawa!


Tematem powieści Pawła Beręsewicza "Więcej niż klub" jest między innymi fascynacja futbolem: kibicowanie, trenowanie, narodziny gwiazd w polskich (Frutex Pięknogóra) i zagranicznych (FC Barcelona) klubach.

Fru, fru, Frutex Pięknogóra, nawet Legii cierpnie skóra! – skandowali od czasu do czasu kibice zagrzewani przez samego wójta.

Bohaterowie od pierwszych stron opowiadają o życiu przesyconym piłką, jednak akcja rozgrywa się w dużym stopniu poza boiskiem. Na początku lektury sądziłam wręcz, że mam do czynienia z powieścią obyczajową twardo osadzoną w realiach małej polskiej miejscowości, z, ostatnio chyba obowiązkowym, wątkiem "europejskiej" migracji zarobkowej, której ofiarami są "eurosieroty". Futbol wydawał się tylko pretekstem, tłem dla prezentacji marzeń i relacji łączących oraz dzielących dwunastoletnich bohaterów: Filipa (Messi), Marka (Ronaldo) i Ewkę – nową w Pięknogórze, nową w klasie (szóstej) i nową w piłkarskim światku, gdzie postanowiła zadebiutować jako agentka kolegów. Jednak kolejne rozdziały coraz bardziej mnie zaskakiwały.
Mała drużyna młodzieżowa została ukazana jako czynnik spajający i ożywiający lokalną społeczność, kontynuacja legendy poprzedniego pokolenia (z Tatinho na czele), szansa na pokazanie sąsiedniej miejscowości, kto tu rządzi i ogólnie jako nadzieja na przyszłość. Wszyscy są zaangażowani w rozgrywki nastolatków: lokalna przetwórnia spożywcza, rodzice, władze świeckie i duchowne...

No, drodzy bracia i siostry, dzisiaj ważny dzień. Nasi młodzi piłkarze grają pierwszy mecz w Wojewódzkiej Lidze Przyszłych Gwiazd. Liczę na wasz gorący doping, bo założyłem się z proboszczem z Grzybułtowa, że będzie dwa zero dla nas. Do boju Frutex, amen!

Autor znakomicie wychwycił małe piekiełko Pięknogóry, ale i świat szkoły podstawowej, w tym różnice w zainteresowaniach nastolatków. Zależnie od płci, hiszpański sen polega na kulcie Realu Madryt czy FC Barcelony albo... przystojnego nauczyciela hiszpańskiego.

Izka nie była sama. Obok niej szedł młody przystojny mężczyzna w dżinsach i pomarańczowym T-shircie ciasno opinającym rzeźbiona klatkę piersiową. Gęste włosy stroszone w pozornie niedbałe kłaczki ciemniały lub jaśniały w zależności od tego, jak padało światło. Śniada skórę policzków pokrywał wczorajszy zarost, a równoboczny trójkącik miniaturowej bródki wyglądał jak wklejony w nieckę pod dolną wargą.

Płeć piękna w tej, wydawałoby się na wskroś męskiej książce, to nie tylko małolaty piszczące na widok przystojniaka. Czytając uważnie zauważymy, że tak naprawdę rządzą dziewczyny: obrotna Ewka, mama Messiego, Cieślaczka. Właśnie one decydują o losach Pięknogóry – drużyny piłkarskiej, karier, nie mówiąc o sprawach sercowych i rodzinnych.
Innym elementem fabuły wskazującym na przynależność "Więcej niż klub" do nurtu powieści obyczajowej są właśnie znakomite opisy stosunków rodzinnych i poszczególnych domowych sytuacji. Mama a tata, siostra a brat, mama a syn, syn a ojciec (także taki nieobecny) – poznajemy różne konfiguracje i sposoby rozwiązywania konfliktów.

To jeszcze nie była kłótnia, ale pierwsze iskierki zaczynały już skakać w naelektryzowanym powietrzu. Doświadczenie podpowiadało Messiemu, że w takich sytuacjach należy jak najszybciej przenieść grę w inne rejony boiska.
A wiecie, czemu w Hattricku mają tylko dziesięciu zawodników na murawie? – zapytał.
No czemu?
Bo bramkarz stoi na bramce.
Tatinho zaśmiał się tak głośno, że aż zadzwoniły kryształki przy ozdobnej lampie nad stołem.

Wraz z rozpoczęciem rozgrywek Wojewódzkiej Ligi Przyszłych Gwiazd akcja książki coraz częściej przenosi się ze szkoły i domu na stadion. Na końcu każdego rozdziału pojawia się tabela z punktami danej kolejki. Czyżby więc była to jednak historia o piłce nożnej adresowana do zapalonych kibiców? Tak, ale nie tylko. Nazwiska, nazwy klubów i obiektów sportowych, rozgrywki, treningi, triki są tu na tyle ważne, że fani futbolu będą zachwyceni, ale autor stosuje taki język i sztuczki narracyjne, że i laik się nie znudzi.

Trener ustawił w kole dziewięciu zawodników i kazał wymieniać między sobą podania. Wewnątrz okręgu biegało dwóch obrońców. Ich zadaniem było przejąć piłkę. Jeśli któremuś się udało, zamieniał się miejscami z tym graczem na obwodzie, który kopnął niedokładnie.
To żadne rondo, tylko gra w dziada – zrzędził Ronaldo, krzywiąc się na "Barfełońską tikitakę".
Niech będzie wdziada – chętnie zgodził się Jordi i potem co jakiś czas pokrzykiwał: – Dalej, dalej panowie! Wdziada to podstawa!

Do ciekawszych zagrań Pawła Beręsewicza należy wyróżnienie jednego z głównych bohaterów dopiero w końcowych rozdziałach. Kto wcześniej przypuszczałby, że to książka właściwie o jednym chłopcu? I że świat przedstawiony nie kończy się na małej lidze, stadionie Frutexu oraz Sklepie na Rogu (prowadzonym przez rodziców Messiego)? My byliśmy bardzo zaskoczeni tym wymykiem z ram powieści obyczajowej.
Obok niespodzianek fabularnych są i urozmaicenia kompozycyjne. Opowieść przeplatana jest mailami pisanymi przez Marka (Ronaldo) do ojca, pracującego w Irlandii i wytęsknionego. Chłopiec streszcza i komentuje wydarzenia, a jego subiektywne sprawozdanie chwilami bawi, ale z czasem zaczyna też boleć. Chłopiec fantazjuje i wierzy w rychłą przeprowadzkę do Irlandii, jednak nie dowiadujemy się o niczym, co by ją zapowiadało, nie poznajemy żadnej wiadomości zwrotnej od ojca. Autor nie komentuje tej jednostronnej korespondencji, nie pisze niczego w rodzaju "Ronaldo cierpiał. Zastanawiał się, czy jego rodzina się rozpada". Mamy tylko treść maili przepełnionych rozpaczliwą nadzieją. Kontrast między tymi fragmentami opowieści a akcentami humorystycznymi sprawia, że jest to kawał dobrej lektury, którą czyta się przeważnie na wdechu.

Podobno drużyny występujące na czerwono statystycznie wygrywają częściej niż inne, ponieważ czerwień – barwa ognia i krwi – onieśmiela przeciwników i odbiera im pewność siebie. Grzybułtovia nawet na różowo i w kwiatki wyglądałaby groźnie, a co dopiero w strojach jak FC Liverpool. Czy w Grzybułtowie jadano w dzieciństwie więcej sałaty, czy może z powodu położenia w dolince bardziej wyciągano się do słońca – dość że w drużynie gości odprawiało skipy i przekładankę piętnastu chłopów na schwał, przy których fruteksiacy wyglądali, nie przymierzając, jak strachy na wróble w żółto-zielonych kapotach.

Oprócz nastroju w powieści kilkakrotnie zmieniają się trenerzy młodych fruteksiaków. Każdy uważa się za specjalistę, zupełnie jak w "Mikołajku" – dojrzali panowie prześcigają się w cennych radach co do taktyki. Agentka Messiego i Ronalda w poszukiwaniu najlepszego instruktora telefonuje nawet do Barcelony, ale zanim spełni się hiszpański sen pięknogórzan, klub rozbłyska lokalnym kolorytem.

Sztuczkę, której nowy trener nauczył graczy Fruteksu, wykonuje się następująco: napastnik nabiega nad piłkę, lekko przykuca, opuszcza na nią poły sutanny i rusza w kierunku bramki. Zdezorientowani przeciwnicy najpierw nie mogą zrozumieć, gdzie jest futbolówka. a kiedy już się orientują, głupio jest im podnieść nogę na duchowną sukienkę. Po przekroczeniu linii bramkowej lekko unosi się sutannę, uwalnia ukrytą pod nią piłkę i dopisuje sobie kolejnego gola.
To zawsze działa – zapewnił zadowolony z siebie trener. – Zapamiętacie?
Zapamiętamy... – zaczęli chórem i urwali niepewni, czy mają mówić "trenerze" czy "księże proboszczu".
Mówcie "księże trenerze" – zaproponował proboszcz i to bardzo ułatwiło komunikację.

Poza mailami Ronalda pojawia się jeszcze inny przerywnik: komentarze internautów towarzyszące wydarzeniom opisanym w ostatnim rozdziale. Sprawa właściwie jest poważna, ale wydźwięk satyryczny – takie właśnie teksty królują w polskim internecie, a wrzucone w literaturę piękną jaskrawo świadczą o poziomie zbiorowej moralności. Także w tym przypadku Paweł Beręsewicz nie ocenia, nie stwierdza na przykład: "Messi rozważał, czy i kto (kto w ogóle ukrywa się pod tymi nickami?) ma rację, czytając obraźliwe i głupie komentarze pod artykułami". Jedyną refleksją bohatera na ten temat jest "Internet by zrozumiał" – a więc inteligentny, wrażliwy, otoczony przyjaciółmi i rodziną młody człowiek też sugeruje się opiniami obcych, anonimowych internautów. Autor po raz kolejny (po świetnych "Noskawerach") ironicznie charakteryzuje postawy społeczeństwa konsumpcyjnego, a przy okazji informacyjnego, modowe epidemie szkolne i pułapki popularności.
Ta książka może wiele nauczyć nastoletniego (i młodszego) czytelnika, gwarantuje też jego zaangażowanie. Kiedy po skończeniu powieści rozmyślałam na głos, czy powstanie druga część, mój syn stwierdził, że on by chciał tylko jeśli Messi... Nieistotne jest, co dokładnie miałby zrobić Filip, ważne, że czytelnik zajął jakieś stanowisko, wczuł się w problemy bohaterów tak, jakby istnieli naprawdę. W rozmowie ze mną syn wytaczał argumenty i kontrargumenty, po prostu nie chce znać Messiego, gdyby ten postąpił inaczej niż należy (według mojego dziecka).
Jeżeli podobne "wejście" dziecka w książkę nie wystarcza jako powód, by ją przeczytać, to warto sięgnąć po "Więcej niż klub" choćby ze względu na scenę propagowania kolekcjonerstwa kart z piłkarzami wśród młodszych uczniów. To zagranie plasuje Pawła Beręsewicza wysoko w lidze czempionów polskiej literatury dla dzieci, a mój syn prawdopodobnie od razu przyznałby za nie puchar mistrza. Powieść z całą pewnością zasługuje na miano pozycji obowiązkowej dla fanów FC Barcelony, a sądząc po ilości migających mi co dzień (w szkole, na ulicy) plecaków i koszulek z logo tego klubu, target jest duży. Szkoda tylko, że potencjał książki został stłumiony przez niezbyt wyszukaną okładkę.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Więcej niż klub, okładka Elżbieta Chojna, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz