cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

środa, 27 listopada 2013

Co jedzą ludzie?


Każda książka zaczyna się od okładki. Ta także. Ale okładka tej książki jest   wyjątkowa. Spoglądają z niej oczy... Oczy nietoperza, żaby, węża, ślimaka, rekina a nawet   małego kurczaczka, który nie wyszedł jeszcze z jajka. Oczu nie mają tylko kaktus, ciasteczko   i nakrętka na śrubę. Ale i tę nakrętkę czasami jedzą ludzie. Nie do wiary? A jednak. Książka   Pauliny Wierzby zaczyna się od historii Michela Lotito, który był smakoszem przeróżnych   przedmiotów. Zaczynał w dzieciństwie od śrubek, sztućców i monet, by skończyć na   telewizorach, drewnianej trumnie (na szczęście pustej w środku) i awionetce (którą jadł 2   lata).

Pan Wszystkojad był postacią wyjątkową. Ale także zupełnie zwyczajni ludzie na   całym świecie jedzą niezwyczajne potrawy. Książka „Co jedzą ludzie?” podzielona jest na   działy, w których opisywane są zwyczaje kulinarne mieszkańców wszystkich kontynentów. I   po lekturze tych opisów można zaryzykować twierdzenie, że ludzie jedzą... właściwie   wszystko. Nie ma znaczenia czy mieszkają w bliskiej nam Europie czy w egzotycznej Azji   lub Australii. I tu i tam znajdziemy potrawy, na widok których apetyt odejdzie nam jak   niepyszny.

Kasztany, żaby czy nawet ślimaki to już europejski standard. Ale kiszone śledzie?   Bycze jądra? Albo krowie wymiona i ser z robalami? Tak, tak, to przysmaki w niektórych   krajach naszej cywilizowanej Europy. Czy są naprawdę mniej obrzydliwe niż zupa z   nietoperza, psie wymiociny czy krew kobry? Bogata i syta Europa gotowa jest dziś płacić   majątek za kawę z kupy łaskuna (kopi luwak z Indonezji)! 

Ostatni przykład pokazuje jednak jak daleko odeszła nasza cywilizacja od swoich   pierwotnych korzeni. Dziś kilogram kawy kopi luwak kosztuje około tysiąca euro. Ale   przecież kaktusy, pędraki, larwy ciem czy kogucie grzebienie to przysmaki ludzi biednych.   Kiedyś zjadało się po prostu wszystko, co dało się zjeść. Dziś, gdy cały świat opanowały fast   foody, wiele z tych najdziwniejszych potraw to dania dla smakoszy o grubym portfelu.  
Poza wypchanym portfelem smakosz-obieżyświat powinien mieć także mocne nerwy i   żołądek. Niezbędna jest także znajomość kulinarnego savoir vivre’u w odległych częściach   świata. Warto wiedzieć, że w Chinach siorbanie i bekanie są miłe dla gospodarza, bo   oznaczają, że potrawa gościowi smakuje. Ale wyczyszczenie talerza ze wszystkiego może   sprawić mu przykrość, bo byłby to znak, że zaoferował gościowi za mało jedzenia. Co kraj, to   obyczaj.  
Nie brakuje też kilku naszych, polskich przysmaków. Wszak Polacy nie gęsi i swoje   dziwactwa kulinarne mają. Flaczki jadł chyba każdy. O czerninie też każdy, kto czytał „Pana   Tadeusza”, chyba słyszał. Ale co to jest „mleko zaklagane”, którym ponoć raczą się niektórzy   nasi smakosze? Choćby tylko po to warto sięgnąć do tej książeczki. Nie jesteśmy gorsi!

 Na deser dowiedzieć się można, że ludzie mogą jeść złoto - choć mało kogo na to stać,   że można wyczarować kawior z marchewki, jak wygląda kuchnia astronautów i że czasami...   ludzie jedzą ludzi. Także z głodu. Brrr.
Wisienką na torcie jest zaproszenie do współautorstwa tej książeczki. Nie tylko można   na specjalnej skali ocenić każdą z opisanych potraw i zaznaczyć, której chcielibyśmy   skosztować a której wprost przeciwnie, ale można także opisać i narysować swoje ulubione i   najmniej smaczne danie.  
Na okładce tego przewodnika po kulinarnych niezwykłościach świata, można znaleźć   zdanie: „Ludzie jedzą wszystko co ma nogi oprócz stołu, wszystko co pełza oprócz czołgu,   wszystko co lata oprócz samolotu oraz wszystko co pływa oprócz łodzi podwodnej”. Byle   tylko było dobrze doprawione i może jeszcze ładnie wyglądało. Życzę państwu smakowitej   lektury. Mniam. 
Jakub Urlich
Jakub Urlich - Lektor filmowy i reklamowy, dziennikarz. Pracował w Programie I Polskiego Radia, tata córki i dwóch synów.



Paulina Wierzba, "Co jedzą ludzie?", wyd. Albus
Od wydawcy:
Są potrawy mniej lub bardziej znane, są też takie, których sława, a raczej „niesława” przekroczyła wszystkie granice. O takich właśnie przedziwnych potrawach, które oburzają, przerażają, nie mieszczą się po prostu w głowie, jest ta książka.
albus-wydawnictwo.pl


Nawet jednej linijeczki.


Ania Łukasik, szefowa „Cudów na kiju” wie, że najbardziej lubię recenzować dla was książki, które mają
jak najmniej tekstu i jak najwięcej ładnych albo ciekawych (bo czasem to nie to samo) rysunków. O ile w książkach dla dorosłych kiepskie ilustracje czy grafika nie psują mi odbioru, o tyle w pozycjach dla najmłodszych warstwa rysunkowa jest ważniejsza niż treść. Bo… czytając moim dzieciom bajki czy inne historyjki, bardzo często naprędce modyfikuję treść, poprawiam dialogi czy pomijam wszechobecne „- powiedziała mama”, „- odpowiedział jej zdziwiony tata”. Gdy czytam książkę dzieciakom to czytam ją tak, by to zdziwienie dzieci usłyszały, a nie zostały o tym łaskawie poinformowane. Mówiąc krótko, jako osoba żyjąca z pisania i redagowania mam dość wyśrubowane oczekiwania wobec tekstu, a gdy jest go mało, wiadomo że i powodów do denerwowania mniej :)
Tym razem Ania przeszła samą siebie i dała mi książkę, która w ogóle nie ma słów. Nawet jednej linijeczki. Za to wspaniałe ilustracje. Niektóre strony rozkładają się jak mapa. Taki wielki komiks bez dymków. Na dodatek czarno-biały. Choć gdzieniegdzie na brzegach i konturach prześwieca czerwony i niebieski. Dlaczego? Bo ta obrazkowa historyjka jest w 3D! Dopiero po założeniu dołączonych dwóch par okularów można się cieszyć trójwymiarowością. Dobrze, że okularów są dwie pary, byłoby idiotycznie, gdyby czytając z dzieckiem tylko mama albo ono miało je na nosie i opowiadało drugiej osobie, gdzie jest dodatkowy wymiar, a gdzie nie.
 
A sama treść? Jaś wyrusza w podróż do dna oceanu. Zakłada skafander jak ze starych filmów, wchodzi do wody, spotyka rekiny i ogromne płaszczki, a na koniec daje się wciągnąć w oko wielkiego wiru. Czyli wszystko, co mali chłopcy lubią najbardziej. I trzeba sobie samemu opowiedzieć te historia, a wcale rysunki wcale nie podpowiadają jednoznacznych tropów.
Sumując, książka ładna, inna, bardzo prezentowa. Jako sequel wyobrażałabym sobie podobną historię, tyle że w kolorze. Wtedy byłoby mniej „artystowsko”, za to bardziej zjawiskowo. Panie Matthiasie, do dzieła!
Karolina Suchenek-Dobrzyńska

Matthias Picard „Jaś Ciekawski, podróż do serca oceanu”, wyd. kultura gniewu.
Od wydawcy: Nieustraszony Jaś Ciekawski zamierza zbadać podmorskie cuda i dziwy. Mijając po drodze ryby wszelkich gatunków, dociera do mrocznych głębin, gdzie zamieszkują najosobliwsze stworzenia.

wtorek, 19 listopada 2013

Miś w operze


Czytałam kiedyś felieton Anne Applebaum, żony ministra Radka Sikorskiego o tym, jak to nowojorskie dzieci w okresie świątecznym co roku chodzą na „Dziadka do orzechów”. W jakimkolwiek są kraju, do różnych oper, po to by od najmłodszych lat miały kontakt z kulturą wyższą. Taka tradycja. Przyznam, miałam mieszane uczucia, czytając tekst. Brzmiało mi to mocno snobistycznie. Zwłaszcza że moje dzieci w operze chyba jeszcze nigdy nie były. Kilka razy w Filharmonii na porankach cioci Jadzi, ale nie odnalazły się tam w gąszczu ślicznie uczesanych chłopaczków w garniturkach przyprowadzanych przez dystyngowane babcie.
Świat baletu, kandelabrów, wystawnych obiadów był nam obcy.
Trochę przybliżyła go „Misiowa piosenka”. Kiedy wzięłam książkę do ręki, nie przypuszczałam, że opowiastka o misiu, który goni pszczółkę zakończy się na dachu paryskiej opery. A było to tak: mały miś uciekł tacie misiowi i przez wielkie miasto, mając po drodze różne przygody, trafia na dach opery, bowiem tam - i to fakt, a nie książkowa fikcja - stoją najprawdziwsze ule, z których nasz mały miś wyjada miodek. Przy okazji wielkie ilustracje testują naszą i naszych dzieci spostrzegawczość, bo znaleźć na nich uciekającego misia to prawdziwe wyzwanie. Na dwóch jeszcze mi się to nie udało i idę o zakład, który pewnie przegram :), że wcale go tam nie ma….
Nie wiem, jak Wam, ale świat kryształowych żyrandoli, etol i scenicznych dekoracji wyrysowany prostą kreską, z wszelkimi detalami i "paryskimi snobizmami” wydał się nagle pożądany i wcale nie taki odległy. Dzięki małemu misiowi i wydawnictwu "Dwie siostry”.
„Misiowa piosenka”, Benjamin Chaud, wyd. Dwie Siostry
Karolina Suchenek-Dobrzyńska


Od wydawcy: Po ulicach wielkiego miasta, przepychając się wśród przechodniów, gna ogromny niedźwiedź. Dokąd tak pędzi? Czyżby śpieszył się na wieczorny koncert w operze? A może szuka kogoś, kto zgubił się w tym tłumie?

Z najwyższej półki - poezja w kratkę

Od czasu do czasu trafiają się książki wyjątkowo piękne. W morzu publikacji (dzisiaj każdy może pisać,
chociaż nie każdy powinien) warto szukać właśnie takich, które dostarczają wszelakiej przyjemności – intelektualnej, estetycznej, a nawet zmysłowej. Zasługujemy na rzeczy dobre i wyszukane, które wnoszą do naszego życia harmonię. Sprawa nie jest błaha. Chodzi tu o coś więcej, niż pięknoduchostwo i estetyczny eskapizm – myślę o kształtowaniu najważniejszych życiowych postaw. Estetyka może być pomocna w życiu, pisał Zbigniew Herbert w wierszu, który powinno się chyba częściej przypominać. Dlatego tak istotne jest, by od najmłodszych lat nasze dzieci mogły mieć kontakt z prawdziwym pięknem. Wielu rodziców kieruje się instynktownie tym przesłaniem, wybierając dla swoich pociech zabawki, książki, czy miejsca zabaw.
Jedną z publikacji, która mnie ostatnio oczarowała, jest książka poetki Danuty WawiłowWiersze dla niegrzecznych dzieci” (wydawnictwo Egmont). Już biorąc tę książkę do ręki miałam wrażenie, że to zupełnie wyjątkowy zbiorek. Staranność wydania, dbałość o każdy szczegół, wręcz fizyczna przyjemność, gdy dotyka się okładki… To początek. Dalej – już tylko lepiej. Doskonałe!
Wiersze Wawiłow zaskakują swą różnorodnością. Autorka inspirowała się, przede wszystkim, angielską poezją ludową, ale nie tylko. W tomiku znajdziemy proste, wyliczankowe wierszyki o katarynkowym rytmie (wspaniale się nadają do wspólnej recytacji z dziećmi), utwory bardziej liryczne w balladowym stylu, jakby zapożyczone z kolei z polskiego folkloru, wreszcie echa niezapomnianych poezji Edwarda Leara i jego Donga ze Świecącym Nosem. Autorka ma wielki dar operowania muzyczną, dźwięczną frazą, niebanalnym skojarzeniem, i, przede wszystkim, humorem wysokiej klasy. Niektóre z wierszy na pewno wejdą do naszej domowej klasyki, jak chociażby te o zjadaczu dyń, czy daktylach. Już widzę oczami wyobraźni mojego męża, który przygotowując z rana owsiankę z bakaliami dla rodziny, dramatycznie pyta:
Gdzie się podziały moje daktyle?
Może je zjadły straszne goryle?
Z okropnym krzykiem do domu wpadły,
moje daktyle bezczelnie zjadły!
… Książeczka ta jednak nie byłaby tak zupełnie wyjątkowa, gdyby nie praca grafików. Autorką ilustracji jest Marianna Oklejak, która z uwagą i ogromnym zaangażowaniem pochyliła się nad wierszami. Każda strona jest inna, każdy utwór dostał odpowiadającą jego nastrojowi oprawę. Właściwie nie powinno się tu mówić o oprawie, te rysunki to są, po prostu, liryczne obrazy, poematy same w sobie. Czasem zabawne, chwilami baśniowo-rozmarzone. Duet słowo-obraz w idealnej równowadze, w dopowiadającym się dialogu. Piękne.

Z kolei Pawłowi Pawlakowi zawdzięczamy pomysł okładek dla całej serii „Wierszem napisane”. Subtelna krateczka jak z angielskiego patchworku – urocza! Każda z zaprojektowanych książek ma „swoją” kratkę. Pomysł piękny i prosty, a jaki efekt! Brawo!
Agnieszka Jeż
Od wydawcy: Warto zmierzyć się z pięknymi wierszami Danuty Wawiłow zainspirowanymi folklorem angielskim. Dzięki nim wkroczymy do pełnego tajemnic świata dziecięcych marzeń i fantazji. Czasem będzie śmiesznie, czasem strasznie, ale na pewno nie będzie nudno.

poniedziałek, 18 listopada 2013

krótko i dobrze...


Z czytaniem na dobranoc różnie bywa. Nieraz mam do tego zapał i chęć, wybieram starannie książki i celebruję chwile, a czasami… cóż, myślami odpływam gdzieś dalej, najczęściej nie mogąc doczekać się chwili, gdy znajdę się sam na sam ze swoją wieczorną lekturą, czy zajmę innymi sprawami. Zdaję się wtedy nieraz na dzieci i ich wybory albo sięgam po wypróbowane (i nie za długie!!) teksty sprawdzonych pisarzy. Jak, na przykład, po wydaną niedawno przez Literaturę antologię „Opowiadania na dobranoc. Polscy pisarze dzieciom”.
W zbiorku znajdziemy przeróżne historie, napisane przez moich ulubionych i wielokrotnie tu wzmiankowanych autorów, zaczerpnięte z różnych książek, znanych i nieznanych. Z przyjemnością odkryłam „Florentynkę” Katarzyny Ziemnickiej i wielokrotnie niegdyś przerabiany z moimi córkami przedszkolny świat Renaty Piątkowskiej, a także dwa opowiadania nieco już zapomnianego dzisiaj pisarza z mojego dzieciństwa – Adama Bahdaja (pamiętacie „Kapelusz za sto tysięcy”?). Historyjki są pogodne i urocze, krótkie (pewnie z myślą o zmęczonych rodzicach). Najbardziej przypadły mi do gustu poetyckie impresje Natalii Usenko (zwłaszcza wzruszający „Sweterek”!) i Ireny Landau.
Dodatkowego smaku dodaje książeczce praca ilustratorów – jest ich bowiem wielu, same wyborne nazwiska. Coraz bardziej podoba mi się taka „kolektywna” formuła, zwłaszcza w przypadku antologii, chociaż sama wychowałam się raczej na ilustratorskich monografiach dawnych mistrzów kreski. Ważne, że całość jest spójna mimo różnic stylistycznych w pracach artystów i dobrze rozplanowana w tekście.
Do książki dołączono płytę – wariant dla tych, którym nie starcza wieczornych sił nawet na krótkie opowiadanie :-)
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Słuchając opowiadań z tego zbioru, może uda się zasnąć Waszym pociechom, choć… jest w nim tyle ciekawych historii, że nie zdziwcie się, jeśli zdarzy się inaczej! Nie ma nic lepszego od ciepłej, bezpiecznej bajki na dobranoc! Książka z płytą CD!

piątek, 15 listopada 2013

Pierwsze wiersze

„Grube i ciężkie, oprawione przez Tatę roczniki „Misia” i „Świerszczyka”. Przeglądałyśmy je z Mamą często, nigdy nam się to zajęcie nie nudziło. Były również Mamy zeszyty z wierszami. Zapisane odręcznym pismem, pozakreślane tu i tam czerwoną kredkę, stanowiły dla mnie obiekt tajemniczy i pełen niespodzianek. Nawet wtedy, gdy nie znałam jeszcze liter, umiałam odnaleźć w nich stronę z moim ulubionym "Cukrowym miasteczkiem”. Z Mamą bawiłam się w rymowanki i tworzyłam pierwsze własne książeczki, dyktując Mamie to, co przyszło mi do głowy na widok ponaklejanych przez Nią na kartki kolorowych obrazków”.
Tak Dorota Gellner wprowadza nas w świat książki z wierszami pt. „Cukrowe miasteczko”, a Matka, którą przywołuje to poetka, Danuta Gellner. Ja, niestety, nie mam matki poetki, nikt tak pięknie w świat poezji dla dzieci (i nie tylko) mnie nie wprowadzał. Mimo to uwielbiam wiersze (pod warunkiem, że się rymują). Zaczytywałam się Brzechwą od dzieciństwa, w wieku młodzieńczym odkryłam Skamandrytów i zakochałam się w Leśmianie, wiek chmurny to oczywiście Stachura… Dzisiaj znowu wróciłam do wierszy dla dzieci i usiłuję nimi zarazić moich synów. Nie jest łatwo. Chłopców (8 i 5 lat) mowa wiązana nie bawi i uznawana jest za rozrywkę dla dziewczyn. Może i faktycznie tak jest, bo moja dwuletnia córeczka bardzo polubiła „Cukrowe miasteczko”. Milutkie, wesołe wierszyki o zwierzątkach i kwiatuszkach zwieńczone są prostymi rymami, w sam raz dla maluszka, który choć ledwo umie mówić, jest w stanie bezbłędnie dokańczać wersy: „I już rano na polanie będzie fioletowo, i już rano na polanie będzie jago..." -dowo! - krzyczy moja Kicia. „Nagle lunął srebrny deszcz, że aż ziemię przeszedł…” - dreszcz - z dumą obwieszcza mała słuchaczka.
Może nie zostawię po sobie moim dzieciom kajetów wypełnionych wierszami, ale wierzę, że wspólne czytanie takich pierwszych wierszy zachęci je kiedyś do sięgnięcia po te trochę bardziej dorosłe.
Karolina Suchenek-Dobrzyńska
„Cukrowe miasteczko”, Danuta Gellnerowa, wydawnictwo Bajka . Od wydawcy: Przepięknie ilustrowany przez Agnieszkę Żelewską zbiór wierszy i wierszyków dla dzieci autorstwa Danuty Gellnerowej.

wtorek, 12 listopada 2013

Z życia Świeżutkiego: Czarno-białe esy floresy


Już nie takiego świeżutkiego... stety, niestety. Pękły trzy miesiące! Nowy stał się nie tylko tłuściutki, ale też odrobinę bardziej wymagający. Nie wystarcza mu już mleko, kocyk, sucha pielucha. Chłopak zaczyna powolutku kontemplować otaczającą go rzeczywistość. Życie toczy się, czas ucieka, dzieci rosną. Czas na pierwsze rozweselacze, pomagacze, wspomagacze... W ruch poszedł bujaczek, nosidełko, mokry psi nos... ale to nie wystarcza, gdy całe zło tego świata dotyka Świeżutkiego. Krzyczy  wniebogłosy, odbierając matce radość macierzyństwa.
Trzeba sobie pomóc farmakologicznie... Czopki, zastrzyki myślę, może coś pod język, na język, okłady, termofor, różaniec... Bo jest źle. Wieczorami gorzej, nocą słabo.
Może lektura, myślę - ale co? Wiersze recytować? Już i tak śpiewam mu "Dom wschodzącego słońca", "Dziewczynę o perłowych włosach", czasem rosyjski hymn państwowy lub hity religijne... No, dobra, nucę!
Ale co z lekturami,przecież się nie poddam, ściana pełna książek, muszą się przydać! Kolorowe grzbiety na chwilę zajmują uwagę małego, ale nie o to mi chodziło. Pragnę faktycznego zainteresowania. Chce widzieć ten inteligentny błysk w oczach Świeżutkiego.
Przypominają mi się własne słowa: "Najlepsza lekturą dla trzy, czteromiesięcznego dziecka będzie biało czarna tapeta, proszę Pani. Proszę mi zaufać, dzieci z niej wyczytują taaakie rzeczy..."
Tapetujemy więc skrawek ściany nad łóżeczkiem, odrobinę w salonie i...działa. Świeżutki czyta! Ale jest klops. Tapety nie zabiorę do kawiarni, poczekalni, w gości. Musze mieć coś poręcznego, najlepiej książkę. Ale rękodzieła nie chce. Tapety Świeżutki nie wyliże, książkę już tak. Potrzebuję czegoś z atestami na lizanie i zdecydowanie czarno-białych esów floresów. Wysyłam papę Świeżutkiego do księgarni. Wraca, i pokazuje zadowolony serię książeczek "Maluszek patrzy". Moja pierwsza książeczka, kształty, kwiatki, groszki.
Podoba mi się forma, sztywne kartki, bardzo kontrastowe geometryczne wzory. Żadnych udziwnień i ozdobników.  Same esy floresy. To co chciałam malować sama, ktoś już zrobił. Bomba.
Zaczynamy już kształcić małego czytelnika. Jedyne do czego mogę się przyczepić to ... brak. Brak książeczki harmonijki, by jednocześnie z ćwiczeniem głowy, ćwiczyć szyję!
Anna Łukasik
Książeczki zawierające treści dopasowane do możliwości poznawczych maluszków pomagają nie tylko stymulować ich wzrok, ale także koordynację wzrokowo-ruchową i kreatywność.

piątek, 8 listopada 2013

Powrót do przeszłości

 
Danuta Wawiłow wielką poetką jest! Powiedziałabym to obudzona w środku nocy, choć, prawdę mówiąc, nie kojarzyłam jej wierszy. Gdzieś tam, wiedziałam, że pisała wierszyki dla dzieci i te wierszyki są dobre i chwalone. Do czasu, aż wpadła mi  w ręce jej antologia „Człowiek ze złotym parasolem”. Wtedy okazało się, że „Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj…” czy „Strasznie ważna rzecz” i „Kałużyści” to właśnie jej wiersze. Moje ulubione, znane na pamięć, przywołujące przed oczy obrazy z dzieciństwa, wizyty w Teatrze Bajka i Teatr Młodego Widza.
Wawiłow, jak żaden z twórców dla dzieci potrafi oddać sposób mówienia i postrzegania świata przez dziecko. Jednocześnie jest w tych wierszach coś delikatnego i wdzięcznego. Nie ma za to zupełnie nachalnej dydaktyki. Mnie zachwyca melodyka tych wierszy, nieoczywiste rymy, częste powtórzenia, które pozwalają lepiej zrozumieć treść najmłodszym. I choć pisane kilkadziesiąt lat temu, w ogóle się nie zestarzały!
Albo zaraz mnie pożałuj…
Albo zaraz mnie pocałuj…
Już wiem, że tymi słowami będę mówiła do mojej dwuletniej córeczki. A potem ona do mnie…
 
PS. Przy okazji, ze stopki dowiedziałam się, że Danuta Wawiłow jest matką innej znakomitej pisarki dla dzieci - Natalii Usenko. Ale to już zupełnie inna opowieść.
Karolina Suchenek-Dobrzyńska


Wiek:3+ Czarodziejską poezję Danuty Wawiłow doskonale znają dziadkowie, rodzice i dzieciaki – kocha ją już trzecie pokolenie czytelników. Wystarczy bowiem chwila nieuwagi, a jej wiersze porwą was w świat, którym rzadzą dzielni kałużysci i urocze kocistki, straszni piraci przepisują tatusiom paskudne lekarstwa, a Czarny Lew zabiera wybranców na tajemnicze nocne wyprawy. Tutaj każdy rozumie każdego. Nawet jeśli mówi po parasolsku…

środa, 6 listopada 2013

Do zakochania jeden krok

Wydawałoby się, że tzw. tematyka damsko-męska interesuje przede wszystkim młodzież, zarówno tę starszą, jak i całkiem młodą, ale jednak nie małe dzieci. Tymczasem książka Katarzyny ZiemnickiejHipacy chce się zakochać” (wydawnictwo Literatura) to pozycja przeznaczona właściwie dla zupełnie niedużych ludzi - celowałabym w grupę przedszkolno –wczesnoszkolną. W tym wieku pojęcia zakochania się i chodzenia ze sobą są jeszcze dosyć abstrakcyjne i zazwyczaj nie obarczone takimi emocjami, jak później. Może właśnie wtedy dobrze jest poczytać o „tych sprawach” dzieciom, zwłaszcza, gdy temat podjęty został nie tylko lekko i zabawnie, ale także całkiem mądrze.
Oto kot Hipacy, jak tytuł obwieszcza, chciałby się zakochać. Nie chce być sam? Chce „chodzić z kimś”, tak jak inni? A może właściwie nie bardzo wie, co się z nim dzieje, te dreszcze te emocje, ten nastrój, te marzenia… Tylko drugiej połowy brakuje do pełni szczęścia i tu właśnie pojawia się jakże istotne pytanie: gdzie ją można znaleźć? W takiej sytuacji nie masz to jak poradzić się zaufanego przyjaciela, dodajmy, już nieco oswojonego z tematem. I chociaż jego rady wcale się nie sprawdzą, to doświadczenie, uzyskane w wyniku daremnych prób, okaże się dla Hipacego istotne w zrozumieniu, o co tak naprawdę w związkach i relacjach może chodzić.
Dowcipny tekst i ładne rysunki Marty Kurczewskiej, wspominanej tu już przy okazji „Owocowych bajek” - i oto mamy miłą książeczkę, która zainspirować może rozmowę na całkiem poważne tematy. Trzeba to wykorzystać, bo, kto wie, gdy nasze dzieci się naprawdę zakochają, czy zechcą nam tak zaraz o tym opowiedzieć?
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Kot Hipacy ma już dość samotności – postanawia znaleźć sobie miłą kotkę na resztę życia. Okazuje się, że nie jest to takie proste, zwłaszcza, gdy spotyka wyniosłą Lukrecję, zimną jak lód Ignację i Gryzeldę, z którą przeżywa niezapomnianą randkę w Muzeum Naleśników.

poniedziałek, 4 listopada 2013

O nowych bajkach Kasdepki


Przyznam się, że z pewnymi oporami podchodziłam do książek Grzegorza Kasdepki. Czytałam niektóre z nich moim córkom, gdy były małe i od tego czasu datowała się ta moja, co tu kryć, niechęć do twórczości pisarza. Jego książki wydawały mi się często zbyt schematyczne, a humor wysilony. Generalnie więc unikaliśmy swojego towarzystwa, aż tu nagle stało się, dostałam Kasdepkę do recenzji. I cóż, oznajmiam, że zmieniłam zdanie, przynajmniej, jeśli chodzi o tę książkę. A mowa o „Opowiadaniach i bajkach”, wydanych ostatnio przez Literaturę. Może warto przy okazji zajrzeć do starszym pozycji i zastanowić się, co mnie wtedy w nich tak drażniło, pomyślałam jeszcze…
Nowa książka to zbiór opowiadań, takich bardziej wziętych z życia, oraz historii napisanych raczej w konwencji krótkich bajek, w których bohaterami są ptaki, motyle, muchy, marchewki, a także typowo bajeczne postacie, jak książęta, czy smoki. Takie opowiastki w stylu Gianniego Rodari, krótkie, zabawne, trochę ironiczne, czasem nieoczekiwanie smutne w najbardziej wesołym momencie… Zarówno opowiadania, jak i bajki są świetne, lecz przyznam, że wolę zdecydowanie te pierwsze. Po przeczytaniu otwierającego tomik „Pierwszego dnia w szkole” zwróciłam honor panu Kasdepce. Myślę, że akurat tę powiastkę należałoby dać do przeczytania nie tylko dzieciom, ale, przede wszystkich, dyrektorom szkół i różnym decydentom wyższych szczebli w dziedzinie edukacji! Może by wtedy zeszli choć trochę na ziemię? W pełni solidaryzuję się z odczuciami bohatera i cieszę się, że Autor widzi problem – bo jest to problem – podobnie, jak ja.
W kolejnych historiach spotykamy jeszcze więcej coraz bardziej abstrakcyjnego humoru opartego na absurdalnych sytuacjach, chociaż jednocześnie stoimy mocno na ziemi. W rodzinach różnie bywa, rodzice się rozwodzą, a potem, o zgrozo, w domu pojawiają się podejrzani kandydaci na „wujków”. W szkole dzieci śmieją się i dokuczają, samotność doskwiera, lecz mimo to autor pozostawia bohaterom zawsze nadzieję na zmianę. Obok tematów trudnych są tu także bardziej błahe, ot, impresje pełne zaskakujących skojarzeń i fantazji. Uwaga, uwaga, nic nie jest takie, jakim się wydaje… Taki wiadukt kolejowy, na przykład, wydawałoby się, rzecz stabilna i niezmienna, a tymczasem, tymczasem… wiecie, co może Wam zrobić taki wiadukt, gdy pod nim nieopatrznie przejdziecie? Wcale nie to, co Wam przyszło do głowy, tylko zupełnie co innego… Ale głowa do góry, znajdziemy w tej opowieści również wskazówkę, jak radzić sobie z różnymi strachami i lękami, nawet takimi, o których boimy się opowiedzieć mamie.
Opowiadaniom i bajkom towarzyszą ze swoimi sympatycznymi i barwnymi ilustracjami Ewa Poklewska-Koziełło i Magdalena Kozieł-Nowak. Dodatkowym prezentem od wydawnictwa jest płyta z nagraną książką w wykonaniu studentów łódzkiej Filmówki. I chociaż czytanie dzieciom i przez dzieci książek jest nie do przecenienia, czasami warto jednak dać się zastąpić w roli lektora. Po prostu siądźmy i posłuchajmy…
Agnieszka Jeż
Od wydawcy: W tym zbiorku znajdziecie i bajki, krótkie perełki tego gatunku literackiego, i dynamiczne opowiadania, zakotwiczone w codziennym życiu. Jest tu kilka historii ku refleksji, i kilka takich, które wzruszą was do łez!