cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

wtorek, 20 września 2016

Cudowny jeleń – nowe wydanie węgierskich baśni


Wydawnictwo Media Rodzina konsekwentnie publikuje kolejne tomy kolorowej, eleganckiej serii "Baśnie świata". Dotychczas ukazywał się też bliźniaczy cykl audiobooków, jednak najwidoczniej popularność tego medium spada, bo po raz pierwszy nie doczekaliśmy się wersji audio najnowszych baśni. Szkoda, były to zawsze historie pięknie opowiedziane przez znakomitych aktorów. Tymczasem na naszej półce z baśniami i legendami pojawiła się nowa, cenna pozycja książkowa: "Cudowny jeleń. Baśnie węgierskie" w wyborze i opracowaniu Márty Gedeon, z barwnymi, stylizowanymi ("folkloryzującymi") ilustracjami Marianny Jagody.
Zbiór zawiera 34 opowieści uporządkowane w czterech działach, posłowie i wykaz źródeł. Solidne, bezbłędne opracowanie znacząco wpływa na wartość publikacji. Książkę tę można wykorzystywać nie tylko do czytania z dziećmi, ale i jako całkiem dorosłą lekturę, w ramach zapoznawania się z kulturą, folklorem oraz literaturą węgierską. Pamiętam, jak w czasach studenckich dziwiłam się, że w bibliotece uniwersyteckiej na półkach z literaturą innych krajów europejskich (przełożoną na język polski) jest tak niewiele woluminów i często są to książki dla dzieci. "Cudowny jeleń" wzbogaci regały nawet najpoważniejszych bibliotek i czytelni, umożliwiając choćby porównywanie ludowych opowieści z różnych regionów Europy i świata.
A co my, zwykła czytająca rodzina kochająca baśnie, znaleźliśmy w tym zbiorze? Przede wszystkim piękne, czasem zabawne, pełne fantazji historie. Niektóre z czymś nam się kojarzyły, gdzieś już je słyszeliśmy, choć wtedy brzmiały nieco inaczej.

Ale zanim Argilus pocałował Przecudną Ilonę po raz drugi, najpierw spoliczkował ją jedenaście razy.
To za to, że spoliczkowałaś jedenaście swoich przyjaciółek, kiedy mówiły prawdę.
Zasłużyłam – wykrztusiła Przecudna Ilona.
Wtedy Argilus wziął ją w objęcia, włożył pelerynę i sandały, strzelił raz biczem.

Węgierska królewna ocalona przez biednego przyszłego księcia przeżywa więc przygody podobne do koleżanek z innych rejonów Europy – gdzieś, hen hen daleko, więzi ją smok, a w ojczyźnie król ojciec rozpacza, wyznaczając dla śmiałka, który sprowadzi królewską córkę do domu, nagrodę w postaci połowy królestwa i ręki królewny. Różnice względem opowieści innych narodów tkwią w imionach oraz ciekawych szczegółach, o czym wspomina Márta Gedeon w posłowiu, odwołując się między innymi do modnego ostatnio tematu okrucieństwa w baśniach.
W "Cudownym jeleniu" ujął mnie tradycyjny sposób snucia opowieści. Ktoś wędruje sto lat, bohaterowie żyją do dziś, jeśli nie pomarli, kocur i wrona też "uciekają tak dziś jeszcze, jeśli nie przestali", są i archaizmy, i "westchnięcia" narratora. Nie można zachować pełnej powagi czytając dziecku te baśnie, po prostu trzeba zmieniać intonację i bawić się głosem. A mały słuchacz przenosi się w świat baśni, jakby sam zasiadał do ogniska z pasterzami urozmaicającymi sobie chłodny wieczór bajkowymi historiami.

No, aleć ten chłopaczek przecie nie zasnął. Gdy tylko sen zaczynał go morzyć, wyjmował swoją ślicznie grającą fujarkę i zaczynał grać. I wtedy, Panie Stwórco Niebieski, wszystkie owce zaczynały tańczyć. Zlotowełnisty baranek też nie zostawał w tyle, on zawsze tańcował przed nim, ale tak ślicznie, tak dostojnie, że dziw nad dziwy.

Po książce biegają liczne diabły, gadające zwierzęta, jest kilku Maciejów, są sprytne koncepty bohaterów, znajdzie się i pewien czeski olbrzym, i Turcy oblegający zamek, a także rycerze Hunor i Magor, praojcowie Hunów i Madziarów. Ten baśniowy przewodnik po węgierskiej ludowości jest znakomitym sposobem na pokolorowanie ponurych jesiennych i zimowych wieczorów, najlepszego czasu na fantastyczne opowieści.
Bożena Itoya

Cudowny jeleń. Baśnie węgierskie, wybór, opracowanie i posłowie Márta Gedeon, przekład Wojciech Obiała, Adam Snopek, Anna Maria Snopek, Jerzy Snopek, ilustracje Marianna Jagoda, Media Rodzina, Poznań 2016.

czwartek, 15 września 2016

Hania i Alicja - Zawsze stanę przy tobie


 



Gayle Forman, Zawsze stanę przy tobie, tłumaczenie Natalia Szczyrek, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

poniedziałek, 12 września 2016

Śledztwo tropem śledczego


Piąta przygoda dziewcząt należących do międzynarodowej agencji detektywistycznej Aniołki kota Cagliostro rozgrywa się we Włoszech, podobnie jak w trzech pierwszych tomach serii Jarosława Mikołajewskiego. Tym razem Marta, Olga, Patricia, Mary, Rita i Helenka podczas rozmowy przez magiczny komunikator meeter-sweeter otrzymują rozpaczliwe wezwanie o pomoc, wysłane, prawdopodobnie przez ich kociego szefa, z Katanii leżącej u podnóża wulkanu Etna.

Już się ucieszyły, że znowu połączy je detektywistyczna przygoda, gdy oto, zamiast kociego pyszczka, za okiem pojawił się napis: RATUNKU! Dramatycznie czerwony, dramatycznie wielkimi literami, dramatycznie pozbawiony innych wskazówek.
Ratunku – kto wzywa? Ratunku – gdzie? W jaki sposób? Od czego? Od kogo?

Dziewczęta przenoszą się więc, podróżując w sposób zbliżony do teleportacji, do czarnego, bo zbudowanego z bloków zastygłej lawy, miasta, zwiedzają je, poszukując wskazówek dotyczących zaginionego Cagliostro, poznają lokalne ciekawostki. Na wielkim targu rybnym spotykają pewnego profesora, a w jego osobie niespodziewane wsparcie misji ratunkowej.

Rzeczywiście, kiedy podeszły dwa kroki do miejsca, które z początku wydało im się piekielną otchłanią, zobaczyły, że każdy ze sprzedawców wymachuje rękami uzbrojonymi w noże i tasaki nad straganem z potworami morskimi.
Tam są tuńczyki – wyjaśnił człowiek w kapeluszu, widząc, jakie wrażenie robi na dziewczynkach scena. – A tam obok mieczniki. Dalej okonie, dorady, ośmiornice...

Jak dalej będą przebiegały poszukiwania i czy zakończą się sukcesem, czytelnik przekona się szybko, choćby dlatego, że od "Kota w worku" trudno się oderwać. Historia nie jest też zbyt długa, ani dramatyczna, ale to dobrze, bo pasuje do charakteru tej detektywistyczno-krajoznawczej serii. Jarosław Mikołajewski stworzył ciekawą literacką niszę, wprowadzając elementy wiedzy o kulturze, architekturze i przyrodzie Włoch (a w czwartym tomie także Polski, bo akcja "Syreniego śpiewu" rozgrywała się w Warszawie) do lekkich opowiadań o grupie detektywek, które działają pod bajkowym przywództwem i podejmują niecodzienne "zlecenia".
Atmosferę cyklu współtworzą czarno-białe (z wyjątkiem okładki) ilustracje Marcina Bruchnalskiego. Te wyraźne, bogate w szczegóły, pełne ciekawych ujęć i wesołe rysunki sprawiają, że książkę czyta się przyjemnie, pozytywnie wpływają na pogodę ducha, odpędzając choćby umiarkowane zachmurzenia nastroju.
Bożena Itoya

Jarosław Mikołajewski, Kot w worku, seria Aniołki kota Cagliostro, ilustracje Marcin Bruchnalski, Media Rodzina, Poznań 2016.

środa, 7 września 2016

Tru


Trudno napisać true o "Tru", bo dla każdego czytelnika może być to nieco inna prawda. Książka Barbary Kosmowskiej z ilustracjami Emilii Dziubek jest smacznym literackim kąskiem, ale ma kilka poziomów. Można dostrzec i docenić wszystkie, można też niektóre przegapić lub pominąć.

Nie wiem, czy wspominałem, że jesteśmy rodziną zajęcy. To wprawdzie szczegół, bo niby czym zając się różni od konia albo od księgowej z banku. I koń, i księgowa czuliby się fatalnie, gdyby opuścił ich ktoś bliski albo gdyby nie wpuszczono ich na bal z powodu nieodpowiedniego stroju. Zające w takich sytuacjach też cierpią i jest im przykro, więc o jakichś wielkich różnicach nie może być mowy.

Na początku książka oszołomiła mnie licznymi wtrętami dotyczącymi sytuacji społecznej środowisk w jakimś stopniu dyskryminowanych lub pokrzywdzonych: samotnych matek pracujących na dwa etaty, zahukanych kur domowych, osób (tu: zajęcy) mieszkających w tych gorszych dzielnicach miast, klas szkolnych, w których wyraźny jest podział na dzieci biedniejsze i bogatsze (choć nauczyciele traktują wszystkich równo) oraz wszelkich przybyszów, przesiedleńców, nazywanych nawet wprost emigrantami. Świat przedstawiony roi się od protestów, manifestacji, transparentów, już na drugiej stronie pada termin feministka. Nie byłam pewna, czy ma być to bajka, czy może manifest? Jednak mój syn w ogóle się nad tym nie zastanawiał, od razu dał się wciągnąć w opowiastkę o zaangażowanym (uczuciowo, rodzinnie i społecznie) młodym zającu wynalazcy. Uczmy się więc od dzieci, dajmy ponieść przygodzie, zamiast poświęcać uwagę szczegółom.
Tru opowiada swoją historię zaznaczając, że robi to, ponieważ ma szansę zostać stypendystą pewnego konkursu. Opisuje drogę samorodnego wynalazcy, konstruującego to i owo dla swojej rodziny, kolegów i mieszkańców Wysokiego Lasu. Bohater jest dzieckiem decydującym o świecie, ma wpływ i na własne imię, które zmienia z Truś na Tru, i na poprawę warunków życia wszystkich zajęcy. Uczniom ofiarowuje automat do kanapek i modną, choć bardzo prostą, zabawkę, mamie pomaga dźwigać codzienne ciężary i zrelaksować się, zapewnia zlecenia lokalnemu rzemieślnikowi oraz wprowadza udogodnienia w nowej pracy byłego kloszarda. Kształtuje trendy, dba o środowisko i bliźnich, pomagając nawet odległej społeczności zajęcy uchodźców, ściganych i prześladowanych przez tamtejsze władze. Tru ma talent, dobre serce i poczucie obowiązku. Jest to więc opowieść o misji, którą może podjąć każdy z nas, zaczynając od opieki nad młodszym rodzeństwem i rodzicami, a na akcjach społecznych kończąc.

Mamo, to twój nowy strój na paradę powiedziałem, stawiając przed nią sizalowy stojak. mama akurat zmywała naczynia, przekonana, ze nigdy się od nich nie uwolni.
Mógłbym w tym miejscu napisać, co się z nią działo, gdy spojrzała na sprzęt reklamowy mojego pomysłu i gdy pośpiesznie wkładała go, zawiązując po bokach lekkie troczki. Mógłbym też powtórzyć, co mówiła, ale powtarzanie to specjalność mamy, więc daruję sobie te wszystkie ochy i achy. Na dowód, że wykonany przedmiot jest bardzo, ale to bardzo wygodny, jak zapewnia mama, wystarczy wspomnieć o jej nowym zwyczaju. Teraz gdy wybiera się do sklepu, nawet po drobne zakupy, wkłada na siebie stelaż z aktualnie głoszonym hasłem.
Bo wiesz, Tru, nigdy nie wiadomo, kogo spotkam po drodze. Czasami dobrze jest przy okazji wyrażać swoje poglądy, powtarzam ci, bardzo dobrze!

Zajęcza Warga, mama Tru, wtrąca swoje życiowe mądrości we właściwą narrację (pierwszoosobową) niczym matka Forresta Gumpa. W książce Barbary Kosmowskiej związek dorastającego młodzieńca z matką jest silny, ale zdrowy, pobłażliwość syna dla dziwactw Zajęczej Wargi, jego troska i wsparcie są wręcz wzruszające. Oto samotna matka potrafiła wychować wrażliwego, męskiego, odważnego, przystosowanego społecznie chłopca, wcale nie poszukując nowego partnera. W innych książkach dla dzieci niemal zawsze rozwiedzionej lub z innego względu samotnej matce towarzyszy jakiś przyjaciel lub ojczym, jednak choćby w szkołach nasze dzieci spotykają rodziny niepełne, niespełniające bajkowego modelu. Dobrze, że w literaturze pojawiają się i te bardziej realistyczne scenariusze.
Ilustracje Emilii Dziubak zachwycą jej wielbicieli, a może też przyczynią się do powiększenia (i tak już licznego) fanklubu artystki. W "Tru" znajdziemy subtelne malunki, grę cieni i świateł, szarobury las, delikatne, jesienno-zimowe niebo o zmierzchu i świcie. Są też ilustracje jaśniejsze, pełne zieleni lub lśniących baniek mydlanych. Moją uwagę przykuł obraz prześladowanego uciekiniera w miejskim zaułku oraz dwa magiczne, a równocześnie zwyczajne, portrety Tru: w komórce konstruktora oraz przy biurku, na tle okna. Ilustracje w tej książce dobrze pasują do charakteru literackiej opowieści, pozbawione są przesadnej słodyczy, a same zające przypominają bardziej te z niemieckich pocztówek mojej prababci niż współczesne pluszowe i kreskówkowe zwierzątka.
Przeczytajcie "Tru", jeśli jesteście ciekawi nowości w polskiej literaturze dla dzieci, chcecie poobcować z oryginalną twórczością literacką i plastyczną. Takiej książki dotąd jeszcze na naszym rynku nie było.
Bożena Itoya

Barbara Kosmowska, Tru, ilustracje Emilia Dziubak, Media Rodzina, Poznań 2016.

wtorek, 6 września 2016

Wyrosły ci rogi – i co teraz?


Książka "I co teraz?" Guida van Genechtena spodoba się rodzicom oraz nauczycielom, którzy lubią czytać dzieciom nietypowe bajki terapeutyczne i rozmawiać o nich. Bohaterowi przytrafia się coś, co w rzeczywistości zdarzyć się nie może, jego doświadczenie jest więc pewną figurą, symbolem, a nie przykładem z życia przedszkolaka (lub ucznia). Podobnie jak w serii o króliku Rikusiu, autor prowadzi dziecko od wstydu, przez próby ukrycia swojej nietypowości (postrzeganej jako przypadłość czy nawet niepełnosprawność), aż do samoakceptacji i czerpania radości z własnego wyglądu, wręcz bawienia się nim.
Wyjątkowość chłopca, o którym jest ta opowiastka, zdradzona została już na okładce – są to jelenie rogi. Nie towarzyszyły chłopcu od urodzenia, wyrosły nagle, w nocy, może pod wpływem nocnej lampki z motywem biegnących jeleni, rozsiewającej cienie po ścianach dziecięcego pokoju? Czyżby więc cała historia była wytworem wyobraźni przedszkolaka? To możliwe, bo rozważania, co z tym fantem zrobić, przebiegają jakby na poziomie dziecięcym: a to rogi przykrywane są chusteczką czy ściereczką (co dzień inną), a to wykorzystywane jako... choinka. Te igrce są zabawne, ale jeśli rogi mają symbolizować jakieś realne choroby (na jednej z ilustracji widzimy dzieci z innymi typami rogów – zatem podobnych osób jest więcej), to, cóż, ułomnością nie zawsze można się bawić i nie jestem przekonana o tym, czy ta bajeczka rzeczywiście podziała krzepiąco na małego czytelnika w potrzebie. Nie z każdą fizyczną innością byłoby nam do twarzy tak, jak z rogami, uroczo zilustrowanymi przez autora i udostępnionymi "do przymierzenia" na ostatniej stronie książki. Wydaje mi się, że książka może posłużyć dziecku raczej jako środek do rozwijania fantazji niż empatii czy samoakceptacji.
Oczywiście najprostszą interpretacją rogów, jakie przytrafiły się bohaterowi "I co teraz?", jest każda, dowolna inność. Na to wskazuje choćby morał opowiastki.

Ach, może mieć rogi na głowie to nic takiego?
No bo przecież w końcu każdy coś ma...

Tu następuje ilustracja – portret zbiorowy przechodniów: pani ma dzidziusia i krzykliwy strój, pan ma wąsy i łysinę, dziewczynka ma piegi, inna nadwagę i jamnika, nastolatek ma ciemną skórę, starszy pan – "balkonik" pomagający chodzić, a te dwie panie chyba mają siebie nawzajem, a może jedna z nich jest niewidoma. Autor przekazuje więc dzieciom mądrość sprowadzającą się przede wszystkim do stwierdzenia, że każdy się czymś wyróżnia. Od nas zależy, czy i w jaki sposób "przerobimy" z dziećmi tę książkę. Na pewno będzie się wyróżniała z biblioteczki malucha, a to nie tylko ze względu na metodę opracowania tematu, ale i formatem – jest wyjątkowo wysoka, a ilustracje przerastają (rozmiarem) wszystkie książki dla dzieci, jakie widziałam w ostatnich latach.
Bożena Itoya

Guido van Genechten, I co teraz?, przekład Ryszard Turczyn, Wydawnictwo Adamada, Gdańsk 2016.

Jeszcze gorące wakacyjne lektury Alicji.



Krowa Matylda dla wesołych przedszkolaków


W jednej z powieści Agnieszki Tyszki bohaterka stwierdza, że wyrosła już z książek o staruszku Pettsonie i kocie Findusie, ale i tak lubi je sobie czasem przeglądać. Ja i mój syn też jesteśmy już trochę za duzi na "Krowę Matyldę", jednak trudno sobie wyobrazić lepszą historyjkę na dobranoc po męczącym, bardzo długim poniedziałku. Cokolwiek by się nie działo, jak szaro by nam nie było, lektura książki "Krowa Matylda szuka skarbu" zawsze pokoloruje i rozweseli wieczór.

Kiedy krowa Matylda i jej przyjaciel listonosz roznosili pocztę, ich ostatnim przystankiem często było gospodarstwo. Dzisiaj przywieźli gospodyni karton z butelkami i paczkę z czymś wyjątkowo ciężkim.

Opowieść zaczyna się niewinnie, choć nieco tajemniczo, i właściwie taka pozostaje do końca – lekka, wesoła, oparta na przypadkowej zagadce detektywistycznej. Matylda w towarzystwie innych zwierząt hodowlanych: kur, świń, kozy i kucyka, podąża śladem wskazówek zaszyfrowanych na mapie prowadzącej podobno do ukrytego skarbu. Brygada poszukiwaczy nie jest zbyt bystra, a interpretacja kolejnych tropów, jak również samej "mapy", wzbudza w małym czytelniku wybuchy śmiechu. To bardzo miła odskocznia od dnia wypełnionego logicznym myśleniem i zadaniami testowymi.
Ilustracje dopowiadają szczegóły historii i wprowadzają dużo zwariowanych motywów, jak flaming stacjonujący na podwórku gospodarstwa czy wygódka i sznur z praniem przylegające do ptasiej budki na drzewie. Koza zjada, co popadnie, świnki głównie śpią albo przynajmniej leżą, kury zachowują się jak rasowe ciotki-klotki (jedna przypomina też Sherlocka Holmesa), a słoń jest wielkości wróbla i trzeba się nieźle naszukać, by go dostrzec. Ta rozbiegana i pełna entuzjazmu gromadka w końcu wykopie co nieco w zadbanym ogródku warzywnym gospodyni i, wbrew wszelkim oczekiwaniom, rzeczywiście będzie to, w pewnym sensie, skarb.
Polecam książkę "Krowa Matylda szuka skarbu" rodzicom, którzy chcieliby zrelaksować się z dziećmi przy historyjce pozbawionej surowych morałów, ciepłej i zabawnej. Lektury powinni skosztować także wszyscy czytelnicy tęskniący za Pettsonem i Findusem, bo atmosfera jest bardzo podobna (oczywiście nasuwa się też skojarzenie z Mamą Mu).
Bożena Itoya

Alexander Steffensmeier, Krowa Matylda szuka skarbu, tłumaczyła Emilia Kledzik, Media Rodzina, Poznań 2016.

Z Łukaszem Wierzbickim podróże po Mongolii i XIII wieku


Niedawno zastanawiałam się, czy na rynku wydawniczym nie znalazło się równocześnie zbyt dużo książek dla dzieci o tematyce historycznej. Później jednak nastał pierwszy września i zobaczyłam plan lekcji czwartej klasy, a tam między innymi: pięć matematyk (hurra!), pięć polskich (wiwat!), cztery w-f'y (super!), dwie religie, dwie przyrody i tylko jedna historia. Drodzy autorzy i wydawcy, prosimy o więcej publikacji, które pomogą nam uzupełnić wiedzę (a raczej obalić niewiedzę) historyczną dzieci. W przypadku młodszych uczniów, najlepszym sposobem na taką dodatkową naukę jest dobra literatura, a więc beletrystyka wplatająca wątki historyczne, a nie pozycje typowo użytkowe i popularnonaukowe, jak podręczniki czy leksykony. Znakomitym materiałem edukacyjnym, a zarazem źródłem dobrej zabawy są książki Łukasza Wierzbickiego, te literackie slajdy z wielkich podróży, zawierające informacje o ważnych wydarzeniach historycznych.
W książce "Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana" czytelnik ma okazję podjąć z bohaterami – trzynastowiecznymi franciszkanami, trudną wędrówkę z Polski do Mongolii (jeśli użyć dzisiejszych nazw miejscowych). Benedykt i Jan nie są ponurymi mnichami, choć pierwszemu zdarza się pozrzędzić, a ich podróż jest właściwie polityczną misją pokojową najwyższej rangi (zleconą przez papieża), ale pogodnymi, kochającymi świat i pełnymi nadziei braciszkami, wymarzonymi kompanami takiej literackiej wyprawy. Ich otwartość, dobroć i skromność pomagają zdobyć rusińskich oraz mongolskich sprzymierzeńców, przyjaciół czy towarzyszy podróży (zarówno wśród ludzi, jak i zwierząt). Opowieść jest przystępna dla dzieci i podoba się im, ponieważ została napisana z humorem, zrozumiałym językiem, z zachowaniem charakteru relacji reporterskiej (choć w odniesieniu do tamtych czasów wypadałoby użyć raczej określenia "kronikarskiej"), przy równoczesnym wykorzystaniu motywów fikcyjnych. Postaci tytułowych mnichów i ich towarzysza, leciwego, acz nadzwyczaj żywotnego Kuźmy, są dobrze zarysowane, a czytelnik po lekturze ma ochotę na kolejne spotkanie z nimi.
Oprócz ciekawego opisu wędrówki, która w 1246 roku była pierwszą tego rodzaju, oraz przypowieści o ludzkiej wytrwałości i sile ducha autor zapewnił nam dużą dawkę wiedzy historycznej. Co ważne, w tekście nie znajdziemy zbyt wielu dat, nazw własnych i streszczeń wydarzeń historycznych. Uważam, że to dobrze, bo dzieci mają dość podręczników w szkole, a sztuka pisarstwa Łukasza Wierzbickiego polega na tym, że po przeczytaniu "Wyprawy niesłychanej Benedykta i Jana" (podobnie jak "Machiną przez Chiny") czytelnik zyskuje ogólną orientację w danym okresie dziejów Polski i świata. Na podstawie przygód Jana z Grabowej Doliny i Benedykta Polaka ("W literaturze występuje zazwyczaj jako Giovanni de Pian del Carpine, czyli pod swoim oryginalnym włoskim nazwiskiem") ośmio- czy dziesięciolatek może przytoczyć więcej informacji o trzynastowiecznej polityce i cywilizacji, niż niejeden gimnazjalista. Jako podsumowanie i utrwalenie wiedzy wyniesionej z lektury mogą służyć końcowe noty od autora oraz od podróżnika Roberta Szyjanowskiego, który podjął własną wyprawę śladami Benedykta Polaka, czym też zainspirował Łukasza Wierzbickiego do napisania "Wyprawy niesłychanej...".
Inspiracje autora sięgają jednak nie tylko wielkich podróżników i historycznych wypraw, ale i małych czytelników. W odpowiedzi na zapotrzebowanie wyrażane przez fanów starego Kuźmy, wspomnianego towarzysza Benedykta i Jana, Łukasz Wierzbicki spisał dalsze dzieje tego wesołego dziadunia, przypominającego nieco bajkowych piratów-weteranów, bo też bohater ten w różnych potyczkach stracił po jednej górnej oraz jednej dolnej kończynie i w książkach występuje z drewnianymi protezami. Nie jest to postać historyczna, ale literacki świadek historii, a przy tym wesołek, jakich uwielbiają dzieci.
Druga, krótka opowieść zatytułowana została "Wróżby dla Kuźmy" jest uzupełnieniem "Wyprawy niesłychanej Benedykta i Jana". Tym razem nie ma mowy o wielkiej historii, tematem książki jest prawdziwa, wzruszająca przyjaźń, która trwa i działa (ma moc sprawczą) mimo śmierci jednego z przyjaciół. Kuźma starzeje się szybko, ale wesoło, bo czuje się potrzebny i należy do wspólnoty rodzinnej swojego zmarłego kompana, który w spadku pozostawił mu opiekę nad siedmioma żonami, osiemnastoma dziećmi i tysiącami zwierząt (koni, owiec...). Wszystko bowiem dzieje się mniej więcej tam, gdzie rozstaliśmy się z Kuźmą w pierwszej książce – na mongolskich stepach w 1251 roku (i w latach kolejnych). W tym przypadku Łukaszowi Wierzbickiemu udało się ułożyć piękną bajkę, po której przeczytaniu ma się ochotę przytulić dziadków lub pradziadków i wysłuchać ich historii. Książce towarzyszy też wyższa idea, autor przekazał bowiem cały dochód z jej sprzedaży na rzecz dwóch domów dziecka, w Polsce i Mongolii, pół na pół. To nie zdarza się często.
Bożena Itoya

Łukasz Wierzbicki, Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana, ilustracje Wojciech Nawrot, Wydawnictwo Pointa, Konstancin 2011.
Łukasz Wierzbicki, Wróżby dla Kuźmy, ilustracje Wojciech Nawrot, Wydawnictwo Sorus, Poznań 2012.

czwartek, 1 września 2016

Komiksowe krótkometrażówki od T. Samojlika


Tomasz Samojlik posiada już pokaźne grono wielbicieli zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych. Komiksy tego twórcy, poza wartością artystyczną, mają wymiar dydaktyczny, bo też są najprzyjemniejszym z narzędzi edukacji przyrodniczej. Z tego powodu albumy o Ryjówce Przeznaczenia, bartniku Ignacie czy ostatnim żubrze trafiają nie tylko do dzieci, których rodzice są miłośnikami sztuki komiksu, ale i do bibliotek, często jeszcze stroniących od "kolorowych zeszytów". Co ciekawe, niedawno w jednej z licznych wypożyczalni, które odwiedzam z synem, usłyszałam, że jej pracownik nie może się przekonać do komiksów, bo "jakoś nie potrafi czytać tych okienek tak po kolei, skupić się". Może więc źródłem uprzedzeń wobec komiksu są coraz powszechniejsze wady wzroku i problemy z koncentracją? Ja w każdym razie tylko w ten sposób potrafię sobie wytłumaczyć, że ktoś mógłby się spotkać z którymkolwiek albumem Tomasza Samojlika i nim nie zachwycić (przy czym zaznaczam, że czcionka w dymkach jest dostatecznie duża i czytelna).
Najnowsze dzieło twórcy (ilustratora i autora scenariuszy) nosi tytuł "To nie jest las dla starych wilków" i stanowi zbiór 18 krótkich komiksów o życiu lasu. Paski czy strony z kadrowanymi historiami, jakie czasem widuję w czasopismach o tematyce przyrodniczej zazwyczaj są przeciętne pod względem kolorystyki oraz grafiki i ogólnie pozbawione polotu. W przypadku komiksów T. Samojlika jest zupełnie inaczej, nawet te najkrótsze są i ładne, i śmieszna, i ciekawe. Mój syn po prostu połknął "To nie jest las dla starych wilków" i uznał, że woli ten album od sagi o Dobrzyku. Bardzo chciał, żebym jak najszybciej przeczytała wszystkie "rozdziały", bo nie "chwytałam" żartów czy dygresji, które wplatał w naszą codzienność po tej lekturze.
Wśród bohaterów "To nie jest las dla starych wilków" znalazło się paru znajomych z trylogii o Ryjówce Przeznaczenia oraz cały tłum nowych postaci. Niektóre pojawiają się tylko w jednej historyjce, inna stanowią klamrę spinającą cały tom, jak szop-wódz i szop-podnóżek, wiewiórka, sowa czy para dżdżownic, z których jedna jest wąsatą encyklopedią natury. Przygody zwierząt są wciągające i prześmieszne, choć tak naprawdę opisują (przeważnie) typowe zachowania mieszkańców polskiego lasu i zjawiska w nim zachodzące.
Młody czytelnik chichocze, ale po przeczytaniu wie i co to błona pławna, i gatunek inwazyjny, i fraktale, potrafi nawet przytoczyć ciąg Fibonacciego czy podać przykład optymalizacji. Lektura "To nie jest las dla starych wilków" daje też pewne pojęcie o leśnych celebrytach i może pobudzić do wyszukania w internecie któregoś z prawdziwych programów "telewizyjnych": The żubr show, The bocian show, The modraszka show...
Pod względem plastycznym, jak zwykle w albumach T. Samojlika, doświadczyliśmy pełnego ukojenia. Wszystko mówiące oczka, zmarszczki i grymasy ust (a raczej dziobów i pysków) sprawiają, że te komiksowe zwierzęta są żywsze niż niejeden człowiek z rzeczywistego świata. Publikacja jest tak przemyślana i dopracowana, że strony tytułowe poszczególnych historyjek i ich dymkowe zajawki okazały się równie zabawne i błyskotliwe, co właściwe komiksy. Bardzo liczymy na na kolejne takie krótkometrażówki w Krótkich Gatkach!
Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, To nie jest las dla starych wilków, Kultura Gniewu – Krótkie Gatki, Warszawa 2016.

Piastowiczów gra o tron


Powieść Grażyny Bąkiewicz "Mówcie mi Bezprym" opisuje przemyślane działania polityczne oraz bezlitosną walkę o tron w czasach zjazdu gnieźnieńskiego. Do najważniejszych postaci tej historycznej rozgrywki zaliczają się książę Bolesław (jest rok 1000, więc do koronacji jeszcze nie doszło), jego synowie Bezprym i Mieszko Lambert (później Mieszko II), macocha pierwszego, a matka drugiego z nich, księżna Emnilda, cesarz Otton III, Unger, duchowny niemiecki w Gnieźnie, późniejszy biskup poznański, są też mnisi Brunon (autor "Żywota świętego Wojciecha"), Jan i Benedykt. Oprócz tych autentycznych osobistości znanych dziejom Polski i opisanych pokrótce w "Rysie historycznym", jaki znalazł się na końcu książki, autorka wprowadziła szereg bohaterów drugoplanowych, często fikcyjnych, ale znakomicie przybliżających realia państwa piastowskiego początków XI wieku. Duża część przygody rozgrywa się podczas podróży po Europie, której wspaniałości zostały opisane z punktu widzenia młodego polańskiego księcia.

Jestem oszołomiony.
Cuda, cuda, cuda.
Końskie kopyta dudnią na kamiennych płytach, jakimi pokryte są ulice. Boję się, że je pokruszą, ale Otton się śmieje.
Leżą tu już od tysiąca lat i jak dotąd nic nie było w stanie ich zniszczyć – mówi. – Poleżą pewnie jeszcze z tysiąc, a kopyta naszych koni nie zostawią najmniejszego śladu.
Cuda na kiju!

Okoliczności są niecodzienne i niewspółczesne, ale z głównym bohaterem może się identyfikować wielu nastoletnich czytelników. Bezprym ma 14 lat, jest młodzieńcem dojrzałym, o silnym charakterze, zdarza mu się wpadać w gniew i buntować, wpisuje się też w model bohatera walczącego z przeznaczeniem, nieznającego jednego z rodziców, poszukującego swojej drogi. Od pierwszych stron powieści obserwujemy konflikt Bezpryma z młodszym o 4 lata bratem, Mieszkiem Lambertem, konkurentem w grze o tron książęcy, a nawet, jak się później okaże – królewski.

Gdy byliśmy z Mieszkiem mniejsi, próbowaliśmy dla zabawy siadać razem na tronie, a potem spychaliśmy się. Ja z reguły wygrywałem, on latał ze skargą do księżnej i ojciec w końcu zabronił nam tych zabaw.
Tron może nie wytrzymać waszych wygłupów – powiedział.
To wtedy zrozumiałem, że krzesło książęce przeznaczone jest tylko dla jednego z nas.

W krainie księcia Bolesława Chrobrego około 30 lat po chrzcie Polski gnieżdżą się jeszcze dawne słowiańskie wierzenia. Bezprym spotyka się z nimi co jakiś czas, między innymi w osobie wiedźmy. Wątek przepowiedni ciążącej nad bohaterem czyni jego losy bardziej mrocznymi, magicznymi, po prostu ciekawszymi.

To nie kto inny jak syn samego księcia i Madziarki – mówi starucha. – Przyszedłeś dowiedzieć się, co cię czeka.
Wbijam w nią oczy, urzeczony. Nigdy z bliska nie widziałem wiedźmy. Ojciec przegonił je wszystkie i pod groźbą śmierci zabronił szerzenia zabobonu. Ze skołtunionymi włosami wygląda dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem, że wiedźma powinna wyglądać.
Skąd wiesz, kim jestem i czego chcę? – pytam.
Skoro jestem wiedźmą, to wiem – prycha.
Potem patrzy na mnie i czuję, jak wwierca się w moją duszę. To, co tam widzi, nie musi być dobre, bo wzdycha.
Po co ci wiedzieć, co ci pisane? Myślisz, że łatwiej będzie ci dźwigać swój los?
Kiwam głową.
Otóż nie będzie. Ale skoro chcesz wiedzieć, to ci powiem, że na ród Piastów spadnie deszcz krwi, a ty wyjedziesz daleko, będziesz ważny, ale wrócisz jako Bezprym.

Książka została napisana piękną, zrozumiałą polszczyzną. Właśnie takie utwory określa się jako kawał dobrego pisarstwa. Narrator (pierwszoosobowy) prowadzi opowieść we wciągający i wiarygodny sposób, okazując swój charakter dumnego młodego księcia i woja, jednak nie uciekając się do ponurych i egzaltowanych sformułowań. Losy Bezpryma można bez przesady nazwać dramatycznymi, właściwie jest to bohater tragiczny, pozbawiony nawet imienia, ale autorka dowodzi, że nawet w taką historię da się wpleść akcenty humorystyczne.

Gdy w ciszy skrobię rysikiem po tabliczce, łysa głowa Ungera opada coraz niżej i niżej.
Skrobu skrob, skrobu skrob.
W końcu biskup zasypia.
A mówiłem, że to nudy – szepczę.
A ponieważ nie wolno przerywać odpoczynku staremu człowiekowi, odkładam tabliczkę i rysik na pulpit i, najciszej jak umiem, ruszam w stronę drzwi. Byle nie skrzypnęły.
Uwaga, teraz! – udaje mi się wymknąć.

Bezprym dorasta w środowisku wielkich polityków, ale wizja przyszłych obowiązków nie przygniata go, przeciwnie, od wczesnego dzieciństwa chłonie wiadomości, analizuje i stara się być godnym następcą ojca. Czasem naraża się na gniew księcia, bo też, by wiedzieć jak najwięcej, stosuje chłopięce metody, pozornie niewinne, ale w wymiarze państwowym ocierające się o szpiegostwo.

No cóż, jestem nieodrodnym synem swojego ojca i lubię mieć wszystko pod kontrolą. I mam na to swoje sposoby.
Otóż nad salą obrad, między stropem a podłogą wyższej kondygnacji, są puste przestrzenie, gdzie doskonale słychać, co dzieje się poniżej. Odkryłem je, gdy byłem niewiele większy od kota i tak jak kot wędrowałem, gdzie chciałem. To wtedy znalazłem tamto miejsce. Potrafiłem siedzieć tam godzinami i słuchać, o czym radzą wielmoże wraz z ojcem.

Przygoda z podsłuchiwaniem obrad kończy się bardzo nieszczęśliwie, co potęguje wrażenie wiarygodności powieści, czyni ją barwniejszą, bardziej przejmującą i ciekawszą dla młodzieży. Okrucieństwo i bezwzględność średniowiecza są teraz bardzo modne i fascynują całe rzesze odbiorców kultury, zwłaszcza widzów seriali telewizyjnych. Cóż, tu trzeba się trochę bardziej wysilić i przeczytać, a nie obejrzeć dzieje waśni i układów. Grażyna Bąkiewicz stawia poprzeczkę wyżej niż autorzy i producenci telewizyjnych hitów, dzięki czemu jest szansa na wychowanie bardziej wymagających, świadomych i wszechstronnych fanów historii. Powieść "Mówcie mi Bezprym" została napisana tak umiejętnie, dojrzale i ciekawie, że zainteresuje także dorosłych – i zwolenników dobrej literatury przygodowej, i historycznej. Mnie wciągnęła na amen.
Polityka Kościoła rzymskokatolickiego na początku XI wieku stanowi tło właściwych dziejów Bezpryma, ale autorka opisała działania Rzymu, Magdeburga oraz Gniezna w taki sposób, że czytelnik zrozumie nie tylko czego uczy się w szkole na lekcjach historii, ale także dlaczego jest to tak istotne.

Kościół tworzony z mozołem przez Ungera potrzebował czegoś takiego. Cudu, który przyciągnie ludzi. Nie chcę powiedzieć, że biskup zainicjował cokolwiek, ale też nie protestował przeciw opowieściom, choćby najbardziej fantastycznym. Za sprawą uśmiechniętej głowy Wojciecha cuda zaczęły sypać się jak z rękawa.
Ojciec, nie zwlekając, wysłał do Rzymu prośbę, by Wojciecha uznano świętym.

W plany największych polityków średniowiecznego świata swoje interesy próbuje wpisać książę Bolesław Chrobry. W pierwszej części opowieści niedoświadczony jeszcze Bezprym jest wprowadzany w tajniki polityki Polan, uświadamiany, że gra toczy się o różne płaszczyzny zwierzchnictwa, większe i mniejsze korony i berła.

No nieźle.
Myślałem, że korona to tylko mrzonka, a tymczasem sprawa wygląda całkiem realnie. Teraz rozumiem, czemu Otton do nas jedzie i czemu ojciec tak na niego czeka. Obydwaj mają tajne plany, które się pięknie zazębiają.
Rozumiem korzyść dla ojca, ale jaką korzyść z tej bajki widzi dla siebie cesarz? – pytam.
Unger uśmiecha się zadowolony z pytania.
Otóż on stałby na czele całości. Byłby potężniejszy od cesarza bizantyjskiego. Najpotężniejszy na świecie. To mu się marzy.

Kolejne stopnie wtajemniczania w sztukę sprawowania władzy przynoszą Bezprymowi zarówno satysfakcję i spełnienie, jak i zawód. Niewątpliwie młody książę jest pilnym adeptem wojaczki i rządzenia, przejawia nieprzeciętne zdolności i dziedziczy po ojcu talent przywódcy, jednak wokół niego snute są spiski, jest pilnie śledzony i wykorzystywany jako pionek w grze, której wygrana przeznaczona jest dla Mieszka II. Okazuje się, że ojcowska duma i status pierworodnego nie stanowią gwarancji dla dziedziczenia korony. Czytelnik bardzo przeżywa wszystkie niesprawiedliwości, których doświadcza Bezprym, bo też bohater od początku powieści wzbudza naszą sympatię i podziw.

Mnie sprawy ludzi ciekawią. Przestaję myśleć o tym, co się przed chwilą wydarzyło, a wsłuchuję się w racje dwóch braci kłócących się o schedę po zmarłym ojcu. Ojciec zostawił im pole, łąkę i las, a oni nie potrafią rozdzielić tego między siebie. Każdy podział sprawia, że jeden czuje się pokrzywdzony.
"Postępuj wobec innych tak, jak sam byś chciał, żeby inni postępowali wobec ciebie" – uczy ojciec. Stosuję się do tej rady i wydaję w głowie wyrok. Moment później słyszę głos ojca.
Dowiedzmy się, jak moi synowie postąpiliby w takiej sytuacji.
Mieszko nie bardzo wie, co powiedzieć, bo nie słuchał. Żeby zaoszczędzić mu upokorzenia, podnoszę się i zabieram głos.
Jeden powinien otrzymać ojcowiznę w całości, drugi dostać odprawę w postaci jednorazowej zapłaty i poszukać miejsca do życia gdzie indziej.
Ojciec kiwa głową z aprobatą.
Dobrze. Taki wyrok zatwierdzam.

Chociaż w książce niemal nie ma ilustracji – na początku każdego rozdziału gości tylko niewielkich rozmiarów szkic, a na wyklejkach kolorowa mapa Europy za czasów panowania Bolesława Chrobrego, oprawa graficzna zasługuje na wyróżnienie. Dzięki Mikołajowi Kamlerowi, który przygotowuje ilustracje do wszystkich publikacji ukazujących się w serii "A to historia" wydawnictwa Literatura, na naszą półkę trafiła książka wyjątkowo ładna. Okładka zachęca do otwarcia powieści i zanurzenia się w świecie rycerzy galopujących na szlachetnych rumakach ku złocistej koronie.
Trudno mi wskazać równie interesującą i dopracowaną powieść historyczną dla młodzieży wśród książek ukazujących się w ostatnich latach na rynku polskim. Warto poświęcić jej wiele uwagi i polecać nastolatkom, nauczycielom, bibliotekom oraz wszelkim koneserom literatury i historii polskiej.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Mówcie mi Bezprym, okładka i ilustracje Mikołaj Kamler, seria A to historia, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.