cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 31 grudnia 2017

Baltazar wraca do domu – pod prąd!

Katarzyna Wasilkowska jest jedną z naszych ulubionych pisarek. Zawsze wypatrujemy kolejnych książek tej powieścio- i bajkopisarki, bo proponuje inteligentną rozrywkę, a jej poczucie humoru jest nam bardzo bliskie. Po wciągającej powieści obyczajowo-przygodowej "Jowanka i gang spod Gilotyny", bajkowych opowiadaniach "Królestwo jakich wiele" i "Mleczaku" oraz czarujących "Wiedźmce i magu" (w tomie opowiadań "Czarownice są wśród nas"), nadszedł czas na książkę o zwierzętach: "Baltazar wraca do domu". To coś z naszego polskiego podwórka, nie tylko dlatego, że bohaterów (no, może poza wilkiem i łasicą) możemy spotkać w niemal każdym zajmującym się hodowlą wiejskim obejściu. Także w... obejściu przypominają naszych najbliższych sąsiadów, tyle że tych ludzkich.
Wszystkie postacie mają bardzo okazałe cechy charakterystyczne, i graficznie, i literacko wyrażone z precyzją oraz humorem godnymi najlepszych satyryków. Bohaterów zastajemy w toku zwykłych, codziennych zajęć: pani Koza odwiedza z dwójką swoich koźlątek sklep pani Łasicy, dyskutuje z nią na temat przedszkola prowadzonego przez panią Gęś oraz o mleku dostarczanym co rano przez pana Kozę, a potem udaje się z pociechami do domu, który "porządny był szalenie". Tam poznajemy pana Kozę i jego sposób spędzania dnia, sprowadzający się przede wszystkim do strzyżenia trawnika, leżenia na leżaku, czytania gazety, wysłuchiwania narzekań i wykładów pani Kozy, załatwiania jej sprawunków. W tych zajęciach rogata głowa rodziny znajduje nieco przyjemności, między innymi plotkując w sklepie z panem Łasicą i Lisicą. Dalej poznamy jeszcze Zająca, Koguta oraz pana Świnię, a w pewnym momencie cały ten barwny tłumek, napuszczony przez Lisicę i częściowo przez koźlątka, rusza z grabiami i widłami na ostatniego bohatera książki, tytułowego wilka Baltazara. Jest to postać intrygująca, odstająca od reszty, czego symbolem może być posiadanie imienia – autorka wyróżniła w ten sposób tylko wilka i dzieci państwa Kóz. Sposób bycia i spędzania czasu nowego mieszkańca chatki na uboczu nie odpowiada temu, co znają i pielęgnują mieszkańcy okolicy, lubiący, by wszystko było na wierzchu, należało do wspólnoty, niezależnie od stosunków między jej członkami. Baltazar jest bardzo sympatyczny dla sąsiadów, ale nie chce wchodzić z nimi w zażyłe relacje, staje się więc obiektem złości, pomówień, a wreszcie niemal samosądu. Nam, dorosłym, wiadomo, że na osobie obcego często koncentrują się wszelkie złe emocje i wyimaginowane wady, w rzeczywistości przynależące do danej społeczności i wypychane przez nią na zewnątrz, właśnie na barki kogoś spoza grupy. Jednak i dzieci dobrze znają te sytuacje oraz mechanizmy, ujawniające się prawie ze każdym razem, gdy do klasy dołączy "nowy".
Katarzyna Wasilkowska opowiada więc o nas samych, a że pisze swobodnym stylem (i solidną, poprawną polszczyzną!), dzieci rozumieją przekaz, równocześnie świetnie się bawiąc. Dla rodzica wielką frajdą może być samo obserwowanie zaangażowania małego czytelnika, bo lekturze towarzyszy autentyczny stres, zagryzanie paznokci, głośny śmiech. Dla pisarza nie ma chyba większego komplementu niż dynamiczne uczestnictwo słuchacza w opowieści: wykrzykiwanie opinii o bohaterach (przeważnie niezbyt przychylnych), radzenie im, łapanie się za głowę. "Baltazar wraca do domu" jest jedną z tych książek, które rozruszają umysł i serce dziecka.

I co dalej? – dopytywał się pan Koza.
Właśnie nic! Ukłonił się i poszedł sobie – powiedziała pani Koza. – Jeszcze mi miłego dnia życzył.
A to bezczelny typ – pan Koza pokręcił głową. – Skąd się tacy biorą?
Z więzienia – z wszystkowiedzącą miną wypalił Stasinek.
Stasinek, ja cię proszę ostatni raz! Nie wtrącaj się i nie gadaj głupot – po raz kolejny pani Koza obsztorcowała synka.
Mama siedzi w domu i nic nie wie, a we wsi wszyscy gadają, że ten wilk to zbiegły więzień i morderca – ze spokojem wzruszył ramionami Stasinek i korzystając z tego, że jego rodzicom i bratu chwilowo odjęło mowę, odniósł prawie pełny talerz zupy do zlewu.
Mor-morderca? – wykrztusił w końcu pan Koza. – Jak to – morderca?
Normalnie, zabił kogoś. Jakiegoś człowieka – niewinnie wyjaśnił Stasinek, bardzo zadowolony z wrażenia, jakie zrobił na rodzicach. Teraz nikt go nie uciszał, teraz wszyscy słuchali tylko jego.
Dziecko, co ty opowiadasz, to jakieś makabryczne historie! – złapała się za głowę pani Koza.
W sklepie gadali – wyjaśnił Stasinek i pomyślał, że to dobry moment, żeby się trochę podciągnąć w tym kłamstwie i poćwiczyć dla większej wprawy. – Wiecie? Tak sobie przypominam, że to chyba chodziło o małą dziewczynkę.
O dziewczynkę?! – oczy pana Kozy zrobiły się okrągłe i wielkie jak racice łosia, a pani Koza musiała natychmiast napić się wody.
Taaak – wymyślał dalej Stasinek. – Mała dziewczynka szła przez las z zakupami do jakiejś tam babci czy cioci, a tu masz – wilk ją złapał i rach-ciach! zabił i pożarł.
Pożarł?! – pan i pani Koza byli już zupełnie biali z przerażenia.
No jasne – przytaknął Stasinek. – Pożarł normalnie całą na miejscu, razem z ubraniem i butami.
Zaraz zemdleję – wyszeptała pani Koza.
Mamo, ja chcę dokładkę zupki – odezwał się Tadziulek. Jego też wystraszyła historia o wilku, ale zniecierpliwił się, że tak długo nikt nie zwraca na niego uwagi. Jakby tylko jeden Stasinek miał coś ciekawego do powiedzenia. – Mamo, no...

Czytający z maluchem rodzice, czy ogólnie opiekunowie, znajdą w baśni Katarzyny Wasilkowskiej dużo odniesień do współczesnych realiów życia w przeciętnej miejscowości i rodzinie. Zazwyczaj drażnią mnie wtrącenia adresowane do dorosłych umieszczane w filmach i książkach dla dzieci (z wyjątkiem komiksu, w którym jest to zabieg naturalny, wręcz wpisany w tę formę). Inaczej jest z "Baltazarem", bo też igraszki ze światem spoza opowieści są zrozumiałe nie tylko dla rodziców, ale i dla starszych dzieci. Autorka nie krępowała się wpleść błyskotliwych, ironicznych nawiązań do kultury wychowywania dzieci w dzisiejszej Polsce. Ostatnio modne są książki promujące postawy łamiące stereotypy, ale w prawdziwym życiu szkodliwe schematy nadal mają się dobrze. My rozpoznaliśmy w koziej rodzinie kilka znajomych przypadków. Napomknięty został między innymi mechanizm rozpieszczania dzieci i równoczesnego złoszczenia się na nie, może nawet ich... nielubienia? Pani Koza roztkliwia się nad ślicznymi potomkami, chce im uchylać nieba, nie dopuszcza myśli o przedszkolu ("Potrzebują serca matki przez cały dzień"), ale bardzo często ma ich dosyć, każe im znikać z oczu. A potem znów wpada w fazę maniakalnej miłości. Pan Koza z kolei jest ogólnie wycofany – za poranną gazetę, z życia rodzinnego, w kwestii decyzyjności. Cóż się dziwić koźlątkom, że są niezrównoważone i nie reagują prawidłowo, nie mądrzeją ani odrobinę, mimo że baśniowe zwierzęta zazwyczaj idą po rozum do głowy. U Katarzyny Wasilkowskiej próżno czekamy, by jeden z koziołków przyczynił się odpowiednio wcześnie do rehabilitacji wilka, bo nikt nie nauczył malucha, do dobre, a co złe. Tutaj narrator nie komentuje, nie wartościuje, morał główny i wnioski cząstkowe czytelnik musi odnaleźć i wypowiedzieć samodzielnie. "Baltazar" pod wieloma względami jest książką "pod prąd".
Na przekór oczekiwaniom i tradycjom, pierwszoplanowi, dziecięcy bohaterowie nie są postaciami pozytywnymi, choć wielu małym czytelnikom mogą zaimponować "sprytem", bo też sami postępują podobnie. Stasinek i Tadziulek, jak niemal każde dziecko w wieku przedszkolnym, potrafią znakomicie dostosować się do otoczenia, tak, by czerpać z niego jak najwięcej, przynajmniej czasem szantażując emocjonalnie. Różnica między przeciętnym maluchem a każdym z koźlątek jest taka, że te ostatnie nie robią nic poza wykorzystywaniem dorosłych – rodziców i wszystkich wokół. To ich główna rozrywka, wszystko inne po chwili okazuje się nudne. Swoją drogą, czytanie na każdej stronie po kilka razy o -inku i -ulku byłoby męczące, gdyby autorka nie nadała tych imion z określonym zamiarem. Bo co to w ogóle za zdrobnienia? Koziołki chyba nawet nie znają pełnego brzmienia swoich imion. Niby to tylko dzieci w wieku przedszkolnym, gorzej, że tak bywają nazywani nawet uczniowie starszych klas szkoły podstawowej – przez rodziców, kolegów, nauczycieli, w mowie i na piśmie. Ale kiedy batonik zostanie ukradziony albo oszczerstwo sprokurowane przez Stanisława czy Staśka, a nie Stasinka, zabrzmi to zbyt poważnie, prawda?

(...) Wyobraź sobie, że Łasicowa robiła mi uwagi o wychowaniu chłopców.
Słyszałem. Pan Łasica mówił mi, że Stasinek ukradł batona.
Od razu ukradł! – złapała się za głowę pani Koza. – Wzięło dziecko sobie, wielkie rzeczy, wiesz, jaki z niego łakomczuszek – spojrzała czule na Stasinka, który leżał właśnie na podłodze przed telewizorem, cały umazany czekoladą. – Poza tym był to bardzo mały batonik. Pani Łasica jest taka skąpa...

Podstawową funkcją tej książki jest zabawienie czytelnika i pokazanie mu naszego społeczeństwa w krzywym, baśniowym zwierciadle. Równocześnie autorce udało się stworzyć ciekawą wariację na temat wilka w literaturze, zwłaszcza w baśni. Katarzyna Wasilkowska dyskutuje z tradycją i zarazem się w nią wpisuje, czy raczej dopisuje dodatkowy rozdział do niekończącej się chyba wilczej księgi – równocześnie tworzy baśń i patrzy nań z boku, mruga okiem do badaczy literatury dziecięcej i daje im materiał do analizy. "Baltazar wraca do domu" to znakomity dowód, że książki dla dzieci należy uważać za pełnowartościową literaturę, wielopłaszczyznowe dzieła, często bogatsze w możliwości interpretacyjne i konteksty od literatury dla dorosłych.
Bożena Itoya

Katarzyna Wasilkowska, Baltazar wraca do domu, ilustracje Marta Kurczewska, Literatura, Łódź 2017.

czwartek, 28 grudnia 2017

Zdarzyło się w Polsce. Walka o wolność



Czwarta odsłona cyklu "Zdarzyło się w Polsce" poświęcona jest okresowi rozbiorów (dokładnie latom 1812-1914) i powinna usatysfakcjonować nie tylko wiernych czytelników serii "A to historia!", ale i osoby sceptycznie nastawione do wychowywania dzieci w kulcie dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych ruchów narodowowyzwoleńczych. Dorośli, którzy chcieliby przewartościować rozumienie patriotyzmu, dyskutować na temat potrzeby i sensu wszczynania powstań i wojen, powinni sprawdzić, jak rozsądnie podchodzą do sprawy autorzy zbioru "Walka o wolność. 10 opowiadań z czasów rozbiorów". Nie przeczytamy tu o dzieciach ofiarnie, w kałużach krwi i z bronią w ręku poległych za chwałę ojczyzny, za to poznamy rzetelny, dobrze spisany obraz czasów. Tu młodzi nie giną na barykadach, ale są zaciągani do domu przez dziadka, nieprzyjmowani do Legionów Polskich, mimo próby zawyżania wieku, zniechęcani przez przyjaciół do walki wręcz.

Na Węgry! Będziesz walczył pod komendą Józefa Bema! On tam nieźle łoi Austriaków, pobił ich w trzydziestu bitwach!
Nie – odparł spokojnie Ignacy. – Mam już dosyć rewolucji, nie tak chcę zmieniać świat. Wyjeżdżam na studia farmaceutyczne do Krakowa. Dostałem już pozwolenie Mikolascha i zgodę gubernatora Lwowa. O to ostatnie nie było łatwo, bo mam opinię niebezpiecznego buntownika.
Karol osłupiał.
Jak to?! Więc chcesz mieszać w probówkach, podczas gdy rewolucjoniści walczą o ideały?! Co się z tobą stało?!
Zmądrzałem – odparł Łukasiewicz. – Nie chcę być przez całe życie pomocnikiem aptekarskim. Zamierzam wiele się nauczyć, a potem pomagać ludziom najlepiej jak umiem. To lepsze niż strzelanie do nich z karabinu albo dźganie bagnetem. A co do ciebie, Karolu... Uwierz starszemu koledze, są lepsze sposoby, aby zapomnieć o dziewczynie, niż udział w wojnie.
/Paweł Wakuła, "Pod szczęśliwą gwiazdą. Wynalazek Ignacego Łukasiewicza"/

W tym tomie na znaczeniu zyskują biograficzne miniatury literackie, obok podtytułów "Napoleon i sprawa polska", "Powstanie listopadowe", "Powstanie styczniowe", "Rewolucja 1905 roku" czy "Legiony Piłsudskiego" pojawiają się bowiem "Pierwszy koncert Fryderyka Chopina", "Dziady Adama Mickiewicza", "Wynalazek Ignacego Łukasiewicza", "W pracowni Jana Matejki" oraz "Młodość Marii Skłodowskiej-Curie". Poszerzają się także horyzonty i paleta barw ilustratora. Na pierwszy rzut oka widać, że to już nowe czasy, historie, twarze i stroje. Tę zmianę cywilizacyjną znakomicie uchwycił Mikołaj Kamler, dodając od siebie interpretacje plastyczne scen i nastrojów opisanych w tekście. Znalazło się i miejsce na dosłowne odwzorowanie tematów zajmujących społeczeństwo polskie, w tym wypadku zaboru austriackiego w roku 1914: widzimy "Gazetę Lwowską" z ważnymi nagłówkami, pobocznymi ogłoszeniami lokalnymi i jednym nadzwyczajnym anonsem literackim z naszych czasów. Obok pożogi i chaosu listopadowej nocy 1830 roku, łuny "czerwonego" powstania łódzkiego (rewolucja 1905 roku) odbijającej się w broni oraz czapie kozaka czy czarno-szarego, jakby popielejącego już tłumu po drugiej stronie ulicznej barykady, szczególnie poruszył nas obraz wojsk napoleońskich zamarzających w marszu przez Rosję. Zupełnie inną atmosferę rozsiewa obrazkowy zapis melodii Fryderyka Chopina, złożony z roślin, ziemi, pluskającej fontanny, pracy kowali, ale i wspomnienia konfrontacji z Rosjanami. Kompozycje muzyczne mieszają się tu z rysunkowymi, dopasowując do tekstu opowiadania (autorstwa Grażyny Bąkiewicz) tak skutecznie, że była to jak dotąd jedyna opowieść o Fryderyku Chopinie, jakiej mój jedenastoletni syn wysłuchał z zainteresowaniem. Również ja czytałam "Frycka" z przyjemnością, bo miejscem akcji są głównie Pałac Saski i Ogród Saski, ważne dla mnie punkty na sentymentalnej mapie Warszawy.
Historie wielkich osobistości są równocześnie portretami czasów. Kazimierz Szymeczko w opowiadaniu "Kto nie był człowiekiem ni razu... Dziady Adama Mickiewicza" pokazuje życie wieszcza w Odessie w 1825 roku, przy okazji określając ogólnie kierunki i przyczyny zesłań Polaków pod zaborem rosyjskim (a także innych mieszkańców Imperium Rosyjskiego). A były to często kary bez winy. Nie wiem, na ile ciężar bezsensu i beznadziei zesłańczego losu odczują młodzi czytelnicy, ale na pewno przypomną sobie o tym opowiadaniu, gdy zaczną omawiać w szkole "Dziady", "Konrada Wallenroda" czy "Sonety krymskie", a powróciwszy do niego będą najlepiej w klasie rozumieć sens, genezę i kontekst twórczości Adama Mickiewicza.
Analogiczne okoliczności doskwierające Polakom pod zaborem austriackim opisuje Paweł Wakuła w utworze "Pod szczęśliwą gwiazdą. Wynalazek Ignacego Łukasiewicza". Akcja opowiadania, wyjątkowo dopracowanego i wszechstronnego, toczy się w latach 1847-1853 we Lwowie. Autor w zrozumiały i ciekawy sposób przybliża i dzieje polityczne, i historię nauki, i języka, bo pojawiają się elementy gwary miejskiej. Te różnorakie dane zostały po mistrzowsku splecione z fikcją literacką, przy czym młody bohater (czternastoletni przyjaciel Ignacego Łukaszewicza) wymyka się schematom: popełnia błędy, ale też ma na koncie dobre i ważne (choć raczej drugoplanowe) uczynki, nie zostaje ocalony z więzienia cudem, tylko wpływami ojca-kupca, poznaje co prawda "księżniczkę" z bajki, ale wcale jej nie zdobywa.
Opowiadania biograficzne z tego tomu są znakomitym ekwiwalentem popularnych, ale zazwyczaj bardzo płytkich opracowań lektur oraz ogólnego, skrótowego sposobu przekazywania wiedzy historycznej (z zakresu dziejów politycznych, kulturowych, literatury) w szkole, odpowiadającego "testowemu" trybowi nauczania. Czytelnik "Walki o wolność" nauczy się czegoś więcej niż wyboru odpowiedzi a), b) lub c). Będzie potrafił odnajdywać i tworzyć powiązania, zależności między ludźmi i dziełami kultury materialnej oraz duchowej, ważnymi postaciami polityki, sztuki, nauki i literatury. Efektem tej lektury jest, jednym słowem, myślenie. Samodzielne, niewymuszone, skutkujące lepszymi wynikami teraz, w szkole, ale też z pewnością procentujące w przyszłości. Jeśli jesteście zainteresowani kształtowaniem w dzieciach zmysłu analitycznego, a nie podsuwaniem im gotowców (słyszałam, że rodzice niekiedy pomagają piątoklasistom, którzy "nie dali rady" lekturze szkolnej!), to opowiadanie "Ku pokrzepieniu serc. W pracowni Jana Matejki" Pawła Wakuły pozwoli uniknąć sięgania po bryki. Jest to znakomite wprowadzenie do dziewiętnastowiecznych utworów literackich i dzieł malarskich omawianych w szkole, a także do wizyt w muzeach.
Grażyna Bąkiewicz opowiadaniem "Mania na uniwersytecie. Młodość Marii Skłodowskiej-Curie" umożliwia z kolei inne od współczesnego, bardziej uniwersalne i przekrojowe spojrzenie na, tak dziś modny, feminizm. Skłodowska to umysł ścisły, a jej życie odpowiadało sposobowi pracy – było olśnienie geniuszu, plan opracowany z laboratoryjną precyzją, konkretne punkty do osiągnięcia, ciężka praca i nareszcie efekt. Nie chodzi tu tylko o polon i rad, ale i o prawa kobiet. Bohaterka, nastoletnia Mania Skłodowska, podaje krótki przepis na udaną emancypację, opartą na współpracy wielu osób i wspomnianej ciężkiej pracy, a nie tyko na jałowym krzyku i bezproduktywnym proteście, tych współczesnych walkach z wiatrakami, odbywanych zza monitora, gdzie kopie zamienione zostały na memy i hasztagi. Znając program pierwszych pięciu klas szkoły podstawowej muszę też zaznaczyć, że Grażyna Bąkiewicz objaśniła pojęcie pozytywizmu bardzo czytelnie, bo w szerszym kontekście. Dzięki temu dzieci nie są zdane tylko na podręczniki do języka polskiego, a zdarzyło nam się, że syn został rzucony na głęboką pozytywistyczną wodę – pierwszym kontaktem z tym nurtem polskiej literatury i kultury była zadana na święta lektura, bez żadnego wprowadzenia. Jeśli nie chcecie, by dla młodszej młodzieży jedynym łącznikiem między "Katarynką" a pozytywizmem było skojarzenie z pozytywką, sami zadbajcie o odpowiednie książki, jak właśnie "Walka o wolność".
Oprócz miniaturowych biografii, w czwartej odsłonie cyklu "Zdarzyło się w Polsce" tradycyjnie znalazły się opowiadania, których najważniejszymi bohaterami są wydarzenia, nie osoby. Istotne według autorów punkty na linii czasu zaborów wskazałam już wyżej, wymieniając podtytuły utworów. Choć zabrzmi to górnolotnie, muszę podkreślić, że teksty te są skarbnicą wiedzy historycznej dla młodszych i starszych nastolatków. Fakty z naszej narodowej przeszłości podano tu bez patosu, z dokładnością niemal doskwierającą fizycznie (temperatury, w których wojsko zamarza w marszu, zapachy oraz wygląd Warszawy pierwszej połowy XIX wieku i inne podobne bodźce). Starsi, ale wciąż będący dziećmi czytelnicy lubią taką bezpośredniość i surowość przekazu, wszak często są też widzami "Gry o tron" czy "Wikingów". Miejmy nadzieję, że "Walka o wolność" (jak i cały cykl "Zdarzyło się w Polsce") dowiedzie, że polska literatura historyczna dla młodych w niczym nie ustępuje okołohistorycznemu fantasy. Mamy w naszych dziejach gotowe scenariusze, owszem, dyskusyjne, ale to dobrze, ponieważ uważam, że o przeszłości trzeba dyskutować, a nie tylko bezmyślnie ją wynosić na piedestał lub potępiać. Autorzy omawianych opowiadań wstrzymują się od głosu, relacjonują na równi podniosłość idei i bestialstwo wojny (w tym powstań). Ocenę podjąć muszą czytelnicy.

Humor kadetom zepsuła wiadomość, że nie udał się zamach na Konstantego. Akcja studentów prowadzona była bez ładu i składu, a zamachowcy nie wiedzieli nawet, gdzie szukać księcia. Strzelali na oślep, ranili prezydenta miasta i wycofali się w popłochu, puszczając w obieg plotkę, że książę uciekł przebrany w kobiecy strój. Prawda była inna, ale kto by to sprawdzał w takim zamieszaniu. Kadeci maszerowali przez wymarłe miasto, coraz bardziej wystraszeni ciszą, bo poza obdartym chłopakiem, którego zmusili, by z nimi szedł, nikt więcej nie zamierzał się przyłączyć. Nie tak wyobrażali sobie tę noc. Spodziewali się tłumów, okrzyków, śpiewów, tymczasem miasto było jak wymarłe. Żaden z generałów, którzy wychodzili im naprzeciw, nie chciał przejąć dowództwa.
Dzieci, co wy robicie? Uspokójcie się i wracajcie do koszar – mówili, próbując ich powstrzymać.
Zaczęli więc strzelać. zabili ministra wojny, generała Haukego, generała Trembickiego, pułkownika Maciszewskiego i szli dalej. Pietrek był kompletnie oszołomiony. To, co się działo, było jak zły sen, z którego nie mógł się przebudzić.
Jeszcze jeden generał zastąpił im drogę. Kadeci zaczęli krzyczeć z radości:
Hurra! W tej trudnej godzinie musi pojawić się właściwy człowiek, i pan, generale Potocki, jest tym człowiekiem.
Ale jeśli liczyli, że tamten przejmie dowództwo, mylili się.
Nie stanę na waszym czele, bo jesteście nikczemni, jesteście mordercy!
Pietrek zamknął oczy, przerażony tym, co się za chwilę stanie. I miał rację, bo usłyszał strzał. Wolał nie oglądać się za siebie.
/Grażyna Bąkiewicz, "Pietrkowe buty. Powstanie listopadowe"/

Nie czytałam nigdy książki dla dzieci lub młodzieży tak mocno i sugestywnie opisującej wybuch powstania listopadowego. To odważne słowa, w tych i każdych innych czasach, jak na kraj, w którym przywykło się gloryfikować ludzi przelewających krew za wolność ojczyzny, nieważne czy robili to rozsądnie, czy niepotrzebnie. Równocześnie "Walka o wolność" odstaje od znanej nam dotychczas beletrystyki historycznej dla dzieci, zazwyczaj podającej tylko jednoznaczne i przeważnie pozytywne oceny walki zbrojnej (u Grażyny Bąkiewicz dostaje się także niewalczącej, ale rozpitej, interesownej i mściwej ludności miejskiej). Cieszę się, że mój syn może czytać różne ujęcia polskich dziejów, dopytywać, samodzielnie szukać odpowiedzi. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.
Jakość merytoryczna i literacka nie są jedynymi walorami omawianych utworów, do podstawowych zalet dochodzi jeszcze piękny język: literacki, w partiach dialogów zróżnicowany pod względem stylistycznym, czasem wzbogacony słownictwem gwarowym (elementy slangu, regionalizmy, archaizmy). Bardzo dobrze czyta się teksty, których autorzy wierzą w inteligencję młodego czytelnika oraz w słuszność zamieszczania not historycznych (z definicjami wyrazów potencjalnie niezrozumiałych) na końcu publikacji – tak, nadal zdarzają się dziesięcio- i nastolatki, które zapoznają się z przypisami. Cykl "Zdarzyło się w Polsce" należy do nielicznych polskich serii wydawniczych, które nie ograniczają grona młodych odbiorców do nielubiących czytać, autorzy nie starają się dopasować do wszystkich, zachęcić niechętnych, choć też nie trzeba być małym olimpijczykiem, by rozsmakować się w tych opowiadaniach historycznych. Jak każdy dotychczasowy tom tej serii, "Walka o wolność" wypadła według nas lepiej od poprzedniej części, co stawia wysoko poprzeczkę nadchodzącemu finałowi cyklu: "Odzyskanej niepodległości" (podtytuł "Dziesięć opowiadań z czasów XX wieku").
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Kazimierz Szymeczko, Paweł Wakuła, Walka o wolność. 10 opowiadań z czasów rozbiorów, ilustracje Mikołaj Kamler, cykl: Zdarzyło się w Polsce. Część czwarta, seria: A to historia!, Łódź 2017.

piątek, 22 grudnia 2017

Remek marzyciel, Co się stało?, czyli concept book na Widnokręgu

Wiadomo nie od dziś, że podstawą dobrej książki jest pomysł, ale ja dopiero niedawno dowiedziałam się, że oparcie i chyba też ograniczenie książki dla dzieci do konceptu graficzno-tekstowego może być jej wyznacznikiem gatunkowym. Oto bowiem w katalogu internetowym piaseczyńskiego wydawnictwa Widnokrąg znajdują się pozycje opisane w rubryce "rodzaj" dwiema kategoriami: "książka dla dzieci" oraz "concept book". Moją uwagę zwróciły publikacje "Remek marzyciel" Anne Crausaz (tłumaczenie francuskiej książki z 2007 roku) oraz "Co się stało? Małe wypadki" polsko-holenderskiego duetu Karoliny i Hansa Lijklemów (wydanie pierwsze na świecie!). Zazwyczaj zachwycam się literaturą i komiksami, w tym wypadku jednak zostałam przekonana przez autorów, że książki obrazkowe mają sens i czar.
Autorka "Remka marzyciela" znana jest w Polsce dzięki ptasiemu albumowi "52 tygodnie", również wydanemu przez Widnokrąg. Historia jednego drzewa rozpisana i rozrysowana na cztery pory roku była bardzo ciekawym projektem. Transformacje przyrody są najwyraźniej tematem przewodnim twórczości Anne Crausaz, bowiem tytułowy Remek to ślimak przybierający w swoich marzeniach najrozmaitsze formy i postacie natury – rzeczywistej (kamień, wiśnia, jeżozwierz...) i fantastycznej (smok, ufoludek). Znajdziemy tu zresztą jeden twór którego ślimak znać nie powinien – gumę do żucia, rozciągniętą, więc używaną. Warto zastanowić się z maluchem, skąd Remek wie, jak wygląda, jaką konsystencję ma taki odpad.
Dziecięca fantazja pędzi i rozkwita niezwykłymi pomysłami Remka, a dziesiątki "nieudanych" rysunków z przedszkola (książka adresowana do dzieci 3+) i szkoły zyskują na wartości oraz znaczeniu, bo przecież jeśli nie wyszło to, co pani chciała, to może udało się narysować coś innego, znacznie ciekawszego? Koncepcja książki opiera się nie tylko na wesołych przebraniach ślimaka, należą do niej także powtarzalność cyklu życia, prosta, ale daleka od banału grafika, a nawet specjalna czcionka. To naprawdę przyjemna, wciągająca, mądra i lekka zarazem lektura, aż soczysta w swojej esencjonalności.


Autorska książka Karoliny i Hansa Lijklemów "Co się stało? Małe wypadki" jest urocza i bardzo na opak (słowo "przekorny" ostatnimi czasy bije rekordy frekwencji w książkowym Internecie), zwłaszcza względem tradycyjnych już książeczek dla dzieci na troski wszelakie, jak wizyta u lekarza, przeprowadzka czy narodziny rodzeństwa. Nawiązując do tematu publikacji można też powiedzieć, że jest wywrócona – do góry nogami, tak, że "głowa do góry!" i do przodu. To prosta, zamknięta w kilku kolorach i zdaniach sztuka... radości. Jak cieszyć się życiem, to najlepiej w sytuacjach nieoczywistych, dla innych nawet krytycznych, wymagających, według większości dzieci i rodziców, "ukochania" lub "daj, mama pocałuje" / "buzi w kuku". W końcu gdy ma się już co najmniej cztery lata (wiek czytelnika sugerowany przez wydawcę), należy myśleć samodzielnie, umieć się otrząsnąć po małym wypadku, czerpać energię z wszechświata, a nie mamy i płaczu. Choćby panie z przedszkola, rodzice i dziadkowie zasypywali nas pytaniem-bumerangiem "Co się stało?", samym w sobie płaczogennym i roztkliwiającym (skoro tak pytają, to na pewno coś się stało!), trzeba być twardym, odwracać kota ogonem, prezentować sprawę po swojemu, stawiać na optymizm. Czy widząc poważny opatrunek na (skądinąd podrygującej, jakby w biegu) łydce, pomyślelibyście na przykład, że na pytanie "Co ci się stało?" otrzymacie, pozornie niezbyt poważną i sensowną, odpowiedź: "Wreszcie dostałem psa!"? Również chłopiec z okładki ma na głowie pokaźny plaster (i gazę), ale minę radosną, a podejście do życia kompletnie niefrasobliwe: "Latarnia stała w złym miejscu". Kolejne małe wypadki opatrzone są podobnymi komentarzami i zbywającymi uśmiechami. Nie kwęczymy, bawimy się!
Tak pogodne i bystre książki chciałabym czytywać jak najczęściej, i widywać, bo ilustracje są naprawdę atrakcyjne, ładne, artystycznie dopracowane, a równocześnie nieoddalające się od gustów małych dzieci. Jest nadzieja na częstsze spotkania z autorami, bo opis wydawniczy głosi: "Wkrótce w serii: Co się stało? Wielkie plamy, Co się stało? Straszny bałagan". To wspaniale, że Widnokrąg dostrzegł potencjał tej serii, uwierzył w nią i, nie czekając na wyniki sprzedaży, od razu zapowiedział kontynuację. Polscy czytelnicy dostają coś oryginalniejszego nawet od "Nie odrobiłem lekcji, bo..." i "Spóźniłem się do szkoły, bo..." (Davide Cali, Benjamin Chaud), osadzonego w dzieciństwie w najlepszym z możliwych znaczeń. Dodatkowo wydawnictwo zadbało o wyjątkowo przyjemną fakturę twardej oprawy i mocne, chyba niezniszczalne kartki. Cieszę się, że w zalewie publikacji z kredowym, "śliskim", jak mówią dzieci, papierem oraz "aksamitnymi" okładkami (pożywka dla małych detektywów, rozpoznających odciski palców całej rodziny), ktoś jeszcze stawia na lepszą jakość i nieprzeciętność.
Bożena Itoya

Anne Crausaz, Remek marzyciel, tłumaczenie Anna Nowacka-Devillard, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2017.
Karolina & Hans Lijklema, Co się stało? Małe wypadki, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2017.

środa, 20 grudnia 2017

Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek


Książka Justyny Bednarek (tekst) i Daniela de Latoura (ilustracje) jest jedną najlepiej przyjętych i najweselszych lektur – także szkolnych! – współczesnych przedszkolaków i młodszych uczniów. Tu humor, niezwykła pogoda ducha i superbohaterska moc biją już z tytułów: głównego oraz tych nazywających poszczególne opowiadania (rozdziały). Zawsze rozpoczynam czytanie książki od spisu jej treści, a w przypadku "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)" zajmuje on dłuższą chwilę, bo tytuły są długie i wiele mówiące, na starodawną modłę. Rozwiązanie to jest wielką zaletą publikacji i świetnym chwytem marketingowym, podobnie jak oznaczenie rozdziału barwą i wzorem danej skarpetki. Po przejrzeniu tego indeksu każdy młody człowiek stanie się molem książkowym, przynajmniej na czas od przedniej do tylnej okładki "Niesamowitych przygód". Po zamknięciu książki nadzieja na wzrost czytelnictwa nie podupada, wszak są jeszcze "Nowe przygody skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite)", detektywistyczny notatnik "Skarpetka na tropie, czyli kto ukradł złoty guzik?", a podobno dany nam będzie także trzeci tom skarpetkowego kanonu.

Hydraulik najpierw pralkę opukał, potem wyjął filtr, wyczyścił go, zajrzał do silnika, sprawdził pasek klinowy. Następnie poprosił o herbatę, obwąchał gumowy kołnierz, pomanipulował pokrętłami i guziczkami, podrapał się w głowę i jeszcze raz obstukał bęben.
Zajrzyjmy pod spód – powiedział w końcu. – Może one po prostu wpadają pod pralkę.
Wspólnymi siłami, wraz z mamą i małą Be, przesunęli urządzenie. Ale nie znaleźli ani jednej skarpetki, za to okazało się, że w podłodze jest dość spora dziura.
No proszę – twarz hydraulika rozjaśniła się w tryumfalnym uśmiechu. – I już wiemy, co się stało.
A co się stało? – zapytały jednocześnie Mama i Be.
Zwiały, cwaniary! – Fachowiec wsadził palec w dziurę, ale niczego nie wymacał. – Po prostu skarpety dały nogę. Nic tu po mnie, miłe panie, nie pomogę. Jeśli skarpeta wybiera wolność, to jestem bezsilny.

Uzależniająca siła tych opowiadań przejawia się w ten sposób, że dzieci chcą czytać tylko "Skarpetki", czasem na okrągło (a więc pamiętając, co się wydarzy na następnej stronie!), choć mają do dyspozycji dużo innych publikacji. Zjawisko to wynika z prostego, błyskotliwego pomysłu na całą książkę i jej oprawę graficzną. Oto autorka fantazjuje na temat jednej z największych tajemnic ludzkości (przynajmniej jej młodszej części): czemu wkładamy do prania parę skarpetek, a odzyskujemy tylko jedną sztukę? Sprawa, zdawałoby się, całkiem przyziemna, ale z Justyną Bednarek uniesiemy się wysoko nad ziemię, pobujamy w obłokach i zawędrujemy do krańców wyobraźni. Po rzeczowej analizie zagadnienia, dokonanej przez fachowca, następuje istna eksplozja bajkowości i irracjonalności. Ilustrator oddaje drugie życie konfekcji oszczędną kreską, w swoim minimalizmie zawierając jednak całą gamę emocji i charakterów. Daniel de Latour posuwa się o krok dalej niż polski mistrz prostego rysunku, Bohdan Butenko, ponieważ "Skarpetki" kipią kolorami o różnych odcieniach i nasyceniach. Przygody skarpetek są wielobarwne w znaczeniu plastycznym i fabularnym, choć zarazem cechuje je zwięzłość pod każdym względem.

To nie jest towarzystwo dla mnie – szepnęła do swojej prawej siostry bliźniaczki, odsuwając się z niechęcią od dość nieświeżego podkoszulka, który opowiadał właśnie głupie dowcipy i sam się z nich głośno zaśmiewał.
Ej, nie zadzieraj nosa – krzyknął podkoszulek do lewej jedwabnej skarpetki. – Tutaj nie ma bardziej i mniej brudnych, wszyscy elegancko powędrujemy do pralki, czy to ci się podoba, czy nie!
Sama widzisz – mruknęła jedwabna skarpetka. – Ja się tu duszę, ginę. Nie gniewaj się, kochana, ale muszę cię opuścić. Ruszam w świat, gdzie czekają na mnie wielkie możliwości i kariera.

Wyczuwacie ten filozoficzny smaczek? Czy pomyślelibyście, że nasze skarpety przeżywają boleści egzystencjalne i duszą się w swoich społecznych ramach? Że roznosi je od środka wola działania, zmieniania świata na lepszy, poszukiwania swojego przeznaczenia, odkrywania sensu? Jak widać, książka przeznaczona jest do rodzinnej lektury, rodziców bawi przynajmniej tak samo jak dzieci, które przecież nie w pełni zrozumieją zacytowane rozterki skarpetki pierwszej: lewej czarnej jedwabnej, oraz wypowiedź podkoszulka. Nawet najmłodsi wyczują jednak paradoksalność sytuacji: skarpeta rzuca wszystko i wyrusza na casting, z planem zrobienia kariery filmowej. A wcześniej następuje wzruszająca scena pożegnania z siostrą bliźniaczką – tyle ekspresji w dwóch czarnych ledwo kształtach!

Musicie wiedzieć, że choć skarpetki wydają się identyczne, to jednak każda z nich doskonale wie, na którą stopę ma trafić i to, czy pochodzi z prawej, czy z lewej pięty jest dla niej bardzo, bardzo ważne. Jednak nasza prawa skarpetka pomyślała, ze jeśli zmieniać życie, to odważnie i całkowicie, dlatego ciągle kierowała się w lewą stronę.

Opowiadanie drugie, traktujące o skarpetce – mysiej mamie zastępczej, jest wyjątkowe ze względu na kontrasty nastrojów w tekście i barw na ilustracjach. Czerń, smutek i samotność służą efektownemu wprowadzeniu jaskrawych, wybuchających kwiatami scen, w których skarpetka odnajduje nową rodzinę, początkowo bardzo odstającą od radosnego otoczenia, bo gnieżdżącą się w szarości, strachu i traumatycznych wspomnieniach. Autorka oraz rysownik sprawiają jednak, że nie mamy czasu na rozpaczanie i banie się, bo akcja gna naprzód, a na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nawet straszliwy jastrząb jest tu piękny i fascynujący, zaś skarpetka obrończyni uciśnionych, w pewnym momencie posiadająca wiele ogonków, to bohaterka literacka pełną... stopą. Tu też po raz pierwszy pojawia się kwestia skarpetkowego recyklingu – podczas gdy skarpetka druga ratuje mysie sieroty, jej siostra bliźniaczka towarzyszy dziewczynce, Basi nazywanej małą Be, jako maskotka obdarzona guzikowymi oczami i dżinsowymi uszami.
Trzecia opowieść oferuje trzecie wyjście tym, którzy uważają, że można być tylko po jednej lub po drugiej stronie barykady – przede wszystkim politycznej, ale nie tylko. Po prześmiesznym początku historii następuje refleksyjne rozwinięcie, a całość jest zaskakująca, trafna i uniwersalna. Czwarta skarpetka z kolei ociepla wizerunek i jedyną stopę pewnego bezdomnego. Co prawda jest to bezdomny książę, niby tylko z bajki, ale jeśli się zastanowić, każdy omijany przez nas na ulicy szerokim łukiem brzydko pachnący typ może mieć podobną historię. Wybór takiego bohatera, opisanie i narysowanie go bez odświeżaczy (te muchy!) i odplamiaczy (te kolory...), ale z sympatią, to z pewnością projekt odważny i godny pochwały.
Piąta skarpetka musi zmierzyć się z dzieckiem, które skrada się, by dręczyć kotka. Autorka przekonuje nas, że nie ma całkiem złych ludzi, nikt nie jest okrutnikiem bez powodu, jednak przytoczona argumentacja nie wydała się nam przekonująca i nie usprawiedliwiła małego, nieludzkiego antybohatera. W tym opowiadaniu po raz kolejny pojawia się skarpetkowy recykling, tym razem w większym i jeszcze ciekawszym wymiarze. Nietypowe i wtórne wykorzystanie skarpetki jest też tematem opowieści szóstej, w której czerwona jedwabna lewa zwija się w różę (niczego nie zdradzam, bo w samym tytule powiedziano więcej).
Pomysły na drugie życie "otulistopek" bywają bardziej i mniej kosmiczne, a niektóre opowiadania łączą oba typy koncepcji. Dwie pasiaste skarpetki niemowlęce ozdobione czarną kotwicą (jedna z nich jest tytułową siódmą, "która popłynęła okrętem do Hilo – jednak wróciła i zaczęła wszystko do początku") są razem na początku i końcu opowiastki, a w międzyczasie dowiadujemy się, co wynikło, a co nie z ich rozdzielenia. Nie do końca wiemy, w jakim świecie czy wymiarze jesteśmy w środku tej historii, ale zaczynamy i kończymy w bliskiej każdemu czytelnikowi (dziecku i rodzicowi) strefie dzieciństwa. Są zabawy w wannie, wymiana ciuszków między rodzicami, snucie bajek przez mamę lub dziadka, zatem książka zawiera nie tylko zupełnie fantastyczne przygody skarpetek, czasem są one bliskie codzienności, ale zawsze jednakowo rozgrzewają serca i sprawiają, że czytelnicy stają się lepsi.
O tym, że ambicją autorki jest zmienić świat, świadczą wyśmienicie przygody skarpetki ósmej i dziesiątej, a że chce to czynić przez zabawę, dowodzi opowieść o skarpetce dziewiątej. Ósma – prawa zielona – była uprzejma dla drzew, "uszczelniła wronie gniazdo i zaprzyjaźniła się z wroną – bo wrony są fajne!". Oto więc Justyna Bednarek wyróżnia kolejną niedocenianą, nieszczególnie lubianą istotę, rzadko pojawiającą się w książkach dla dzieci jako bohater pozytywny. Natomiast skarpeta dziesiąta, biała prawa w czerwone kropki, spełni się jako wolontariusz w szpitalu dziecięcym, pracując niczym aktywiści z Fundacji Czerwone Noski – Klown w Szpitalu. Opowiadanie dziewiąte poświęcone jest detektywistycznym talentom seledynowej skarpetki (noszonej przez tatę do sandałów...), mamy więc do czynienia z zagadką, a dzieci uwielbiają takie historie, i z zupełnie nieporzuconą (na przykład w koszu na bieliznę) bohaterką. Po raz kolejny ważną rolę odgrywają zwierzęta – pewien kot i jamnik, a wcześniej czytaliśmy już o innym kocie, wronach, myszach, na ilustracjach gościły też rozmaite stworzenia latające i pływające. Pierwiastek fantastyczny "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek" jest wzmacniany właśnie przez osadzenie opowieści w prawdziwym świecie, w którym żyją normalne rodziny i przeciętne zwierzęta, a tylko czasem do głosu dochodzi garderoba.
"Skarpetki" zawdzięczają sukces konceptowi autorskiemu oraz czarowi ilustracji, ale nie bez znaczenia jest również język, prosty i niestroniący od potocyzmów, jak na przykład stosowane na wzór języka mówionego sformułowania: "dość", "sporo", "ciągle coś", "no bo tak"; celowe, "podkreślające" powtórzenia: "zupełnie, ale to zupełnie" czy "bardzo, bardzo". Nie tylko z uwagi na atrakcyjną oraz wartościową treść i formę, ale i pod względem językowym jest to lektura odpowiedniejsza dla współczesnych małych uczniów niż, powiedzmy, "Plastusiowy pamiętnik" albo "Jak Wojtek został strażakiem".
Bożena Itoya

Justyna Bednarek, Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych), ilustrował Daniel de Latour, Poradnia K, Warszawa 2015.

piątek, 15 grudnia 2017

Krowa Matylda i śnieg


Wraz z pączkującym rozrostem biblioteczki mojego syna coraz częściej zastanawiam się, czy mamy oko do pewnych motywów, czy to po prostu szczęście, że trafiliśmy na podobne do siebie publikacje, czy ta powtarzalność wynika z mody lub nieskrępowanego wzorowania się na innych autorach i ilustratorach. W każdym razie obok serii bogato ilustrowanych książek o zabawnej krowie naśladującej ludzi oraz serii, której drugoplanowymi bohaterami są kury z ludzkimi cechami i atrybutami, mamy też obrazkowy cykl o zwariowanej mućce mieszkającej z prześmiesznymi kokoszkami, posiadającymi skarpetki, buty, zabawki czy inne zupełnie nieptasie przedmioty. Oto Matylda, gwiazda książek Aleksandra Steffensmeiera, tym razem zmagająca się z wigilijną śnieżycą i szczególnym zadaniem pocztowej krowy.
Pierwsza ilustracja skutecznie wprowadza nas w atmosferę historyjki: świątecznie przystrojona stodoła z resztkami kalendarza adwentowego w postaci obgryzionych rzep (a może to buraki cukrowe?) i wspomniane obute kury chyba każdego nastroją pogodnie, a przynajmniej pozytywnie. Obrazki są coraz bardziej rozbudowane, do strony, na której listonosz pokazuje (nam, nie Matyldzie!) podarki dla mieszkańców zagrody Matyldy – gospodyni i zwierząt. Potem gęstość elementów na ilustracjach nieco maleje, by osiągnąć apogeum w finałowej scenie. Wcześniej będzie trochę świątecznych drobiazgów i kolorów, ale na większości kart króluje biel, jak to w książce o śniegu. Tytuł zresztą tak naprawdę nie mówi zbyt wiele o koncepcie opowiastki, której bardziej odpowiadałby opis "Krowa Matylda i świąteczne faux pas" albo standardowy tytuł "Gwiazdka krowy Matyldy".
Olbrzymim, wesołym ilustracjom towarzyszy minimum tekstu, zamkniętego w możliwie najprostszych zdaniach. I warstwa graficzna, i literacka będzie zrozumiała i śmieszna nawet dla najmłodszych dzieci. Treścią tej książki jest tak naprawdę historyjka obrazkowa, prezentująca znacznie więcej wątków i szczegółów niż tekst. "Krowa Matylda" jest kuzynką książki obrazkowej, łamigłówki polegającej na wyszukiwaniu (choćby kurczątek i krowich ekskrementów) oraz komiksu (bohaterka niekiedy wskakuje w kadry oraz stylistykę "kolorowych zeszytów"). Najnowsza odsłona przygód pocztowej krowy wywołała w nas tęsknotę za śniegiem, a także rozbawienie, bo koncepcja książki opiera się na pomyłce – w ocenie trasy, segregacji prezentów (po oddzieleniu etykiet od opakowań) i interpretacji ich przeznaczenia. Wyszło lepiej niż przewidział listonosz, sam najwyraźniej zaskoczony uniwersalnością swoich gwiazdkowych podarków. Warto dodać do bożonarodzeniowej atmosfery kapkę szaleństwa, spędzając kilka chwil z krową Matyldą i jej kompanią. Gwarantuję spadek przedświątecznego napięcia.
Bożena Itoya

Alexander Steffensmeier, Krowa Matylda i śnieg, Media Rodzina, Poznań 2017.

czwartek, 14 grudnia 2017

Mydło. Koala nie pozwala!

Książeczki kartonowe przeważnie są pierwszymi książkami dziecka, bo też rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie i wszyscy inni zainteresowani bez trudu znajdą wydane w ten sposób publikacje z adnotacją "0+". Mój syn będąc noworodkiem nie korzystał jeszcze z dobrodziejstw literatury, ale jako kilkumiesięczny bobas posiadał już kilka indywidualnych wydań piosenek i innych wierszy. Kiedy był nieco starszy, czytywaliśmy w bibliotece wesołe "kartonówki" Małgorzaty Strzałkowskiej, ukazujące się w Wydawnictwie Bajka ("Mały duszek", "Piłka" i inne), a teraz nadeszła pora, by nieco zdziecinnieć, ponieważ ten sam wydawca zajął się kolejnymi, według nas jeszcze ciekawszymi książkami kartonowymi.
Wydawnictwo Bajka w przypadku książek dla najmłodszych dzieci stawia na wysoką jakość tekstu i obrazu. To nie są jakieś tam obrazeczki do przeglądania, tylko pełnowartościowe utwory literackie dla najmłodszych opatrzone ilustracjami na świetnym poziomie. Warto schować głęboko wszystkie takie sobie książeczki, które przypadkowo trafiły do naszego domu oraz w ręce malucha, a wyeksponować tylko te, które rzeczywiście mu coś dadzą i są pod każdym względem estetyczne. Tak właśnie oceniam "Mydło" Małgorzaty Strzałkowskiej z ilustracjami Adama Pękalskiego oraz "Koala nie pozwala!" Rafała Witka z ilustracjami Emilii Dziubak.
Miłością do "Mydła" zapałałam od pierwszego wejrzenia, spodobał mi się bowiem zestaw kolorów, portret bohatera, "papierowy" wygląd tytułu, format ilustracji okładkowej i samej publikacji, która tylko wzorem muru (w tle) nawiązuje do cegły, bo w użytkowaniu jest poręczna i pod każdym względem doskonała. W książkach kartonowych strona tytułowa przeważnie nie występuje, czytelność i atrakcyjność okładki jest więc tym ważniejsza. Adam Pękalski spisał się znakomicie, bowiem na pierwszy rzut oka widać, że jest to publikacja dla dzieci, trafiająca w gust najmłodszych, ale na dobrym poziomie artystycznym, nieprzesłodzona.
Jako pierwszą i największą zaletę wierszowanej bajki Małgorzaty Strzałkowskiej wskazać należy samą koncepcję. Każdemu dziecku przynajmniej raz uciekło w kąpieli mydło, taka sytuacja to zatem świetny punkt wyjścia dla szalonego pościgu literackiego, a także dla wyobraźni czytelnika, który co wieczór może tworzyć własne historie o dzielnym kosmetyku, jego perypetiach, krainach, do jakich zawitał po karkołomnej ucieczce. Tymczasem Małgorzata Strzałkowska miejscem akcji uczyniła zamek oraz gród królewski, a bohaterami mydło, posiadające ręce, nogi i twarz (a dokładniej dość zawadiacką minę), króla obdarzonego słuszną tuszą i fryzurą oraz jego brudnych obywateli. Koronowana głowa boleje nad brakiem higieny, na co łazienkowy przyjaciel, nosem i kolorem przypominający księżyc, w pełni sił i bąbelkowej aurze wyślizguje się przez okno, by pomóc w akcji czyszczenia świata bajki. Pan Mydło, jak każdy superbohater, zmienia świat, nie zważając na to, że wszyscy wokół się... pienią. I biegają w częściowym negliżu. Jest coraz weselej, bardziej kolorowo i jaśniej, a wyliczankowa powtarzalność tekstu przywołuje skojarzenia z klasyką polskiej poezji dla dzieci (na przykład z "Rzepką" Juliana Tuwima). Według mnie, ten utwór góruje jednak nad wierszami z dzieciństwa dzisiejszych rodziców i dziadków, jest świeższy, pachnący zabawą, lekki i perlisty jak mydlane bańki. Ilustracje w cudowny wprost sposób podążają za tekstem i gdyby tak wyglądały wszystkie książki obrazkowe, pewnie na naszych półkach przeważyłyby nad "poważną" literaturą. Twarze mieszkańców bajkowego grodu (w tym zwierząt) są prześmieszne, wpatrywanie się w nie dało mi więcej uciechy od niejednego komiksu czy satyry.
"Koala nie pozwala!" to publikacja dla kilkuletnich rozrabiaków i starszych niepokornych, dla każdego, kogo drażnią zbyt grzeczne książki. Nawet ci niecierpliwi zazwyczaj czytelnicy z pewnością wytrzymają tę liczącą 30 stron kombinację zwariowanych scenek, z 15 zwrotkami Rafała Witka (które można również odbierać jako odrębne wierszyki) i 30 ilustracjami Emilii Dziubak. Wszyscy zainteresowani polską książką dla dzieci znają tę ilustratorkę, ale jej prace jeszcze nigdy nie przypadły nam do gustu aż tak. Koala powala! Tekst jest zwięzły i zadziorny, a obrazki nie tylko do niego pasują, one się z nim rymują! Mamy tu do czynienia z rymowano-plastyczną rewią, koala, to obrażony, to brylujący na scenie, zachwyca feerią barw i czupurności. Można się obruszyć, można też dojść do wniosku, że nie każdy zwierz jest i chce być słodziakiem oraz nie każdy pisarz czy ilustrator chce ugłaskać czytelnika, lukrując swoją książkę i czyniąc ją mięciutką jak futerko pluszaka. Nie można natomiast pozostać obojętnym na spotkanie z tą książką i samym charakternym torbaczem.
Tylko czy na pewno bohaterem jest australijski smakosz eukaliptusa? Jeśli przyjrzeć się ilustracjom i porozmyślać o tych prostych rymowankach, to koala jawi się niczym zrzędliwy dziadek, przyjazny, ale na jego zasadach, ludzki bardziej od dziecka, przypominającego raczej jakieś małe stworzonko, niezbyt rozgarnięte, posiadające buzię sympatycznego trolla, z natury lekko łobuzujące i wchodzące dorosłym na głowę. Cała książka opowiada tak naprawdę o zabawie, przypuszczalnie właśnie dziadka z malutkim wnukiem, w którego oczach starszy pan ze swoimi okularami, dziwnymi zwyczajami i siwą miękkością jest podobny bardziej do zwierzątka albo maskotki niż znanych dziecku młodych dorosłych, czyli rodziców. Czy ten misiowaty dziadek pozwoli dokazywać tak, jak można to robić przy wiecznie zajętych rodzicach? Cóż, tę wątpliwość wyjaśniono już w tytule, zresztą na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał, ostatnia zwrotka dobitnie przypomina, że "koale to nie misie!". A interpretacja, czy chodzi o zwyczajnego torbacza, czy też książka jest pamiętnikiem z wakacji spędzanych pod opieką niezwykłego dziadka, należy już do każdego czytelnika z osobna. Tak czy siak, nas bardzo ubawiły próby ugłaskania tego powolnego, zaspanego jegomościa na emeryturze, działkowicza niekiedy pławiącego się w dmuchanym baseniku ogrodowym. Pamiętam podobne działkowe wakacje z własnego dzieciństwa, choć zapomniałam już, jakim zwierzem stawała się w mojej wyobraźni surowa babcia.
Obie omawiane publikacje zostały znakomicie wydane: papier jest trwały, format i waga dopasowane w sam raz do możliwości kilkulatka, strony odpowiedniej grubości, wygodne w użytkowaniu przez małe dłonie, a barwy tak intensywne, że po lekturze przychodzi chętka na owoce i warzywa. Skosztujcie tego literacko-graficznego dobra, niezależnie od wieku, bo nawet taka staruszka, jak ja, często sięga po "Mydło" i "Koalę", by podtrzymać wysoki poziom radości i koloru.
Bożena Itoya

Małgorzata Strzałkowska, Mydło, ilustracje Adam Pękalski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017.
Rafał Witek, Koala nie pozwala!, ilustracje Emilia Dziubak, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016.

środa, 13 grudnia 2017

Jaś Wiadomy zmienia świat


Książki wszem i wobec polecane na Boże Narodzenie (oraz okres przedświąteczny) rzadko mają charakter religijny, są po prostu o zimie, czynieniu dobra, oczekiwaniu na lepsze. Rozglądając się za kolejnymi "prezentowymi" pozycjami dla dzieci warto zwrócić uwagę nie tylko na bajki, ale uwzględnić też bardziej racjonalne podejście. Grudniowy nastrój to świetny punkt wyjścia do rozmyślań, jakie dobro i lepsza przyszłość mogą stać się udziałem dzieci, jak poprawić siebie oraz świat. Akcja książki Marcina Pałasza "Jaś Wiadomy zmienia świat" rozpoczyna się w grudniu, zahaczając o kilka spraw, które można wiązać ze Świętami (dobór choinki, prezentów – zwierzęta, tekstylia, kosmetyki – i składników potraw), ale nie ogranicza się do tej pory roku i tematyki, tylko toczy dalej, w ścisłym związku z najważniejszymi zagadnieniami ekologii, praw człowieka i zwierząt. Trudno o mądrzejszy prezent, jeśli zależy nam, by nasze dziecko było rozsądne, odpowiedzialne, świadome oraz uczciwe, a także ciekawe świata.
Autor, zanim przejdzie do konkretów, najpierw przedstawia głównego bohatera i jego bliskich, a czyni to w sposób lekki i naturalny, wprowadzając nas do mieszkania rodziny Wiadomych. Stajemy się świadkami pewnej sceny (żartobliwej próby sił), a potem kolejnych, obrazujących poszczególne zagadnienia, ale też charakteryzujących relacje między domownikami. Nie zaznamy tu suchego wykładu i surowych haseł proekologicznych, tylko z życia wzięte historyjki, łączące się ze sobą, stopniowo pogłębiające wiedzę i świadomość bohaterów, a także czytelników. 
 
Jaś był zdania, że już za takie zapachy wszystkie święta są warte pokochania.
Nie mówiąc oczywiście o prezentach; jednak pod tym względem Boże Narodzenie było zdecydowanie lepsze od Wielkanocy. Cieszył się więc przeogromnie, że akurat jest grudzień, a nie, na przykład, kwiecień.
W kuchni brzęczały naczynia, co nieomylnie wskazywało na to, że niedługo będzie obiad. Zosia, siostra Jasia, na pewno krzątała się koło mamy, usiłując jej pomóc. Chłopiec wzgardliwie wydął usta: jego zdaniem Zośka w kuchni robiła więcej szkody niż pożytku, choć trzeba jej było przyznać, że się starała...
Zosiu, nie! – dobiegł nagle z kuchni rozpaczliwy głos mamy. – Jajka miały pójść na końcu, a w dodatku same żółtka, bez białek! O, mój Boże...!
A tak będzie źle? – Zosia najwyraźniej nie była specjalnie przejęta. – A może, jeśli zamiast samych żółtek doda się również białko, to ciasto wyjdzie jeszcze lepsze?
Siedzący obok Jasia tata trącił go łokciem, odrywając się na chwilę od wyścigów samochodowych, w które obaj grali na konsoli.
Kobiety gotują – rzekł półgłosem, mrużąc jedno oko. – Szkoda tylko...
Szkoda tylko, że co? – spytała słodkim głosem mama, która, jak się okazało, stanęła akurat w drzwiach pokoju. – Dokończ, kochanie. Bardzo proszę.
Jaś aż się zakrztusił ze śmiechu, ale tata wykazał się refleksem i zimną krwią godna agenta specjalnego Jej Królewskiej Mości. – Szkoda tylko, że zabroniłyście nam wchodzić do kuchni – westchnął ciężko i obłudnie. – Tak bardzo chcielibyśmy się na coś przydać...
Mama aż klasnęła w ręce, a w jej oczach pojawiły się iskierki rozbawienia.
To wspaniale! – wykrzyknęła. – Trzeba pójść do sklepu po mąkę, masło, jajka i cukier waniliowy. Bo mamy małe problemy techniczne z ciastem...
No i masz – mruknął tata z rozbawieniem, odkładając pad na stolik. – Jasiek, idziemy! Słowo się rzekło...

Książka podzielona została na 12 obszernych rozdziałów, a każdy z nich składa się z opowiadania o Jasiu Wiadomym i jego rodzinie, poruszającego określony temat, oraz jedno- lub dwustronicowej planszy informacyjnej. Teksty nawiązują do problemów i sytuacji znanych czytelnikom z życia codziennego, mają wartość literacką, akcenty humorystyczne, dobrze zbudowaną fabułę, a zawarte w nich (oraz we wspomnianych planszach) wiadomości zostały podane na odpowiednim poziomie merytorycznym, w sposób bezpośredni, ale daleki od wykładu encyklopedycznego. Bardzo cenię także płynącą z tej książki naukę wyszukiwania i selekcjonowania informacji w Internecie.
Zacytowany wyżej rozdział pierwszy nosi tytuł "Pierwsze koty za płoty", mowa w nim o chęci posiadania psa, schronisku, załączony został wzór umowy adopcyjnej, ale pojawiają się także kwestia nielegalnych wysypisk śmieci oraz powracające co roku tematy wyboru "żywej" lub sztucznej choinki i odpalania sylwestrowo-noworocznych fajerwerków, które wywołują u zwierząt ogromny stres.

Nad choinką to w sumie wciąż się zastanawiamy – rzekł tata z wahaniem. – Bo najładniejsza jest oczywiście żywa, ale nam jakoś szkoda tych wszystkich drzewek. W styczniu patrzymy, jak leżą takie biedne, wyrzucone na śmietnik... A przecież drzewa są tak pożyteczne! Sztuczna z kolei to sam plastik. Mało ekologiczny towar. No i mamy dylemat.
Pan Karol spojrzał z uśmiechem na tatę.
Ach! – wykrzyknął, z wrażenia aż zatrzymując się w miejscu. – Czyli państwo też się martwią z powodu choinek?
Z powodu choinek? – zaśmiała się mama, schylając się i głaszcząc po karku Egona, który aż przeciągnął się z zadowolenia. – Tak, ale nie tylko. Widział pan to nielegalne wysypisko śmieci na brzegu lasu?
Widziałem – zasępił się pan Karol. – W zeszłym tygodniu Egon buszował tam w krzakach i rozciął sobie łapę o jakiś stary, potłuczony telewizor. Ludzie wyrzucający śmieci w lesie są kompletnie nieodpowiedzialni...
Biedny Egonek! – jęknęła Zosia, przykucając obok psiaka i serwując mu kolejną porcję pieszczot. – Mamo, a czy my nie moglibyśmy mieć pieska? Proooszęęę...
Wiedziałem, że to się tak skończy – mruknął pod nosem tata. – Pomyślimy o tym.
Gdy mówisz "pomyślimy o tym", to od razu wiadomo, że nic z tego nie będzie! – Zosia wydęła usta w podkówkę i Jaś miał wrażenie, że siostrzyczka znowu się rozpłacze.
A będziesz sprzątała po nim kupy? – spytał poważnie pan Karol.
Jak to?! zdumiała się Zosia, cofając się o krok.
Takie są przepisy – oznajmił sąsiad, kiwając głową w stronę Egona. – Gdy piesek robi kupę na trawniku, to trzeba zebrać ją do woreczka i wrzucić do specjalnego kosza. Będziesz tak robiła?
Mama i tata spojrzeli na siebie ukradkiem i unieśli brwi z aprobatą. Oboje wiedzieli, że Zośka okropnie brzydzi się psich kup! Kiedyś przewróciła się na trawie w jedną i od tej pory trudno ją było namówić, by weszła na trawnik...
Gdyby... – zaczęła i na chwilę urwała. – No, gdyby to był MÓJ pies to może bym i sprzątała!
O, proszę, co za odwaga! – rzekł tata z uznaniem, po czym spojrzał na mamę. – Tym bardziej trzeba będzie o tym pomyśleć.
Tylko błagam, nie kupujcie psiaka z hodowli – westchnął ciężko pan Karol. – Bo często są to psy hodowane w takich warunkach, że szkoda mówić... No, chyba że chcecie mieć jakiegoś superrasowego?
Takiego jak Egon chcemy! – wrzasnęła Zosia, tarmosząc Egona za uszy.
W takim razie musicie się wybrać do schroniska – roześmiał się sąsiad, patrząc z rozczuleniem na dziewczynkę i swojego psa. – Bo właśnie stamtąd wziąłem Egona! Jeszcze był szczeniakiem, ktoś go tam podrzucił...
To w schroniskach są takie fajne psy? – zdziwił się Jaś. – A ja myślałem, ze tylko takie stare albo chore, albo coś...

Jaś jest zwykłym dziesięciolatkiem, jego siostra przeciętną pięcioletnią księżniczką, a ich rodzice najzwyczajniejszymi dorosłymi troszczącymi się o wrażliwość (także społeczną!) swoich pociech. Połączenie tych pozornie typowych osób i postaw daje jednak coś niezwykłego: razem tworzą wyjątkowo świadomy, otwarty na innych, zgrany i wesoły kwartet. Opowiadania Marcina Pałasza nie tylko uczą, ale też emanują rodzinnym ciepłem i pozytywną energią. Warto więc zaprosić Wiadomych do swojego domu na Święta i widywać się z nimi na co dzień, bo mają dla nas opowieść na niemal każdą okazję.
W rozdziale drugim, "Białe szaty królowej", Wiadomi spędzają ferie zimowe w Kudowie i odwiedzają leśniczego. Jaś i Zosia dowiadują się co nieco o paśnikach, lizawkach, zwierzętach, którymi opiekuje się pan Zbyszek, owadzich szkodnikach, z którymi walczy, a także o dzikach w mieście. Na zakończenie możemy zapoznać się z definicją Czerwonej księgi gatunków zagrożonych, charakterystyką polskiej czerwonej księgi zwierząt oraz czerwonej księgi roślin i grzybów, z wyimkiem z Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej oraz adresami internetowymi i symbolami WWF, Greenpeace i Ligi Ochrony Przyrody.
Rozdział trzeci zatytułowany jest "Tendencje" i dotyczy przede wszystkim hodowli zwierząt futerkowych. Autor wyjaśnia, czym jest petycja, jak wspierać interesujące nas projekty ochrony przyrody, prezentuje też historię lisa ocalonego z fermy. W wielu rozdziałach powraca wątek starań Jasia i Zosi o psa. Dzieci muszą przejść długą i ciężką próbę, by udowodnić, że będą się opiekować domowym zwierzęciem: co dzień, niezależnie od pogody, wyprowadzają na spacer samą smycz, udają, że sprzątają po pupilu jego odchody. Z boku wygląda to nieco dziwnie i bywa wyśmiewane przez rówieśników.

Tatusiu? – wyszeptała Zosia. – Chodźmy w drugą stronę, proszę!
Dlaczego? – zdziwił się tata. – Co się stało?
Bo ta dziewczynka mnie nie lubi, a ja się boję płaszcza tej pani...
Jak to: boisz się płaszcza?!
Bo ten płaszcz na mnie patrzy...
Tata nie zdążył zrobić nic więcej, bo starsza pani i dziewczynka szły dość raźnym krokiem i były już całkiem blisko.
O, to ta wariatka! – wykrzyknęła dziewczynka, spoglądając to na Zosię, to na sąsiadkę. – Opowiadałam ci o niej, pamiętasz, babciu?
Wariatka? – rzekł tata głośno, robiąc dwa kroki do przodu. – Co masz na myśli, moje dziecko? Dzień dobry pani.
Dzień dobry – odparła sąsiadka, najwyraźniej trochę zmieszana. – Amelko, nie wolno tak mówić o innych dzieciach!
Ale ona ma brata, też wariata! – upierała się dziewczynka. – Oboje chodzą ze smyczą i mówią, że mają psa! A wcale nie mają żadnego psa! Wymyślili go sobie i chyba myślą, że on jest prawdziwy! A jej brat zbiera nawet kupy do woreczków, a tych kup wcale nie zrobił ich pies! To wariaci, mówię ci, babciu!
Amelko, co ty wygadujesz?! – babcia dziewczynki załamała ręce, po czym błagalnie spojrzała na tatę.
No jak to co?! Spójrz sama, przecież ona nawet teraz ma tę głupią smycz bez psa. Jej tata to pewnie też wariat!
Tak – odparł ponuro tata, robiąc jakąś dziwną minę i czochrając się po głowie. – Wszyscy jesteśmy wariatami! Mamy wymyślonego psa, który okropnie gryzie po nogach takie dziewczynki, które osądzają innych po pozorach!
Zosia zaczęła chichotać, a tata nagle spoważniał.
Uczymy nasze dzieci obchodzić się z pieskiem, którego dopiero kiedyś dostaną – wyjaśnił sąsiadce. – Dlatego wychodzą trzy razy dziennie ze smyczą. Mam nadzieję, że zdoła to pani jakoś wytłumaczyć swojej wnuczce?
Ale tato, ten płaszcz ciągle na mnie patrzy – dobiegł go szept córki. – Chodźmy już!
Tata przypomniał sobie o owym niezwykłym płaszczu i uważniej przyjrzał się starszej pani. Płaszcz był dość zwyczajny, ciemnoszary, ale zamiast kołnierza miał... lisie futerko! W dodatku futerko było kompletne, z łapkami i pyszczkiem, zaś wprawione sztuczne oczy patrzyły na nich oboje dziwnym, brązowym wzrokiem.

Marcin Pałasz porusza więc nie tylko kwestie ekologiczne, ale też wychowawcze. Brak kultury osobistej, szacunku dla innych ludzi (także dorosłych) oraz swoboda w okazywaniu tychże cech, to zjawiska nagminne wśród przedszkolaków, młodszych uczniów, nastolatków, także tych "z dobrych rodzin". Z moich obserwacji wynika, że bardzo często rodzice czy dziadkowie wcale nie krytykują takiej bezczelności, często wręcz ją pielęgnują, chyba aby połechtać własne mniemanie o sobie jako opiekunie wyzwolonym. Autor "Jasia" sugeruje czytelnikom, że dbałość o środowisko życia nie ogranicza się do zwierząt oraz roślin, obok nas są i ludzie. Miejmy nadzieję, że sugestia ta padnie na podatny grunt.
W rozdziale czwartym, "Omnibus, ekspert i śmieci", poznajemy sekrety segregacji odpadów oraz recyklingu. Padają olbrzymie, przerażające liczby opisujące światową produkcję śmieci oraz czas ich rozkładania się. Plansza edukacyjna porządkuje wiedzę o koszach do segregacji śmieci. Warto zwrócić uwagę na wątek poboczny, bardzo rzadko (jeśli w ogóle) obecny w książkach dla najmłodszych: Jaś uświadamia rodziców, że ich ubrania i smartfony mogą pochodzić z fabryk, w których pracują dzieci.
Z rozdziału piątego, "Tygrys, podaj łapę!", skorzystają czytelnicy, którzy nie mają jeszcze wyrobionego zdania na temat ogrodów zoologicznych i cyrków, albo są na tyle elastyczni, że zechcą wysłuchać i rozważyć opinie autora, jego bohaterów oraz fikcyjnego profesora Leopolda Zwierzynieckiego, który wypowiada się w załączonym wywiadzie.
Tajniki zdrowego żywienia Wiadomi zgłębiają w rozdziale szóstym, a tytuł "Dzikie jaja na miękko" zapowiada, że przedmiotem zainteresowania będą między innymi jajka i drób z chowu ekologicznego i... marketowego. Jaś odwiedzi farmę ekologiczną, wyjaśni, czym jest GMO, naturalna karma dla zwierząt, dlaczego warto kupować u lokalnych producentów, a z planszy edukacyjnej nauczymy się rozszyfrowywać pieczątki na jajkach.
Choć tytuł "A wszystko to przez krowy?" tego nie sugeruje, rozdział siódmy traktuje głównie o globalnym ociepleniu i smogu, rzeczowo opisanym na stronie informacyjnej. Nie zapomnijcie odwrócić tej kartki, bo po drugiej stronie autor przygotował ważne zestawienie "Co ty możesz zrobić". A później zaprosił nas na "Wakacje w parku" (rozdział ósmy). Tu przeżyjemy wspaniałą wycieczkę, ale też po raz kolejny doświadczymy goryczy bycia wyśmiewanym przez rówieśników. Choć kwestia ta pojawia się tylko na chwilę, mocno wpływa na siostrę Jasia, a my możemy odczuć różnicę między przykrościami na podwórku, przed którymi można uciec do domu, a tymi w przedszkolu lub szkole, która z miejsca nauki nagle zmienia się w klatkę. Jednak nawet tak poważny problem rozpływa się w humorze autora, ponieważ przyczyną przykrości okazuje się błaha pomyłka. A żeby nikt się już nie pomylił, na końcu rozdziału znalazła się rozbudowana notka o Puszczy Białowieskiej.

Chodzi o to, że inne dzieci się ze mnie śmieją – bąknęła, patrząc na swoje kapcie. – Nawet Lilka dzisiaj się śmiała!
Ale czemu się z ciebie śmieją?! – zdumiała się mama, bezradnie patrząc na tatę. – Co takiego się stało?
Bo... – chlipnęła dziewczynka. – Bo inni na wakacje jadą na przykład w góry! Albo nad morze! A Lilka to już w ogóle jedzie z rodzicami do Hiszpanii! I powiedziała, że będą tam oglądać karbidę...!
Corridę? – poprawił ją odruchowo tata. – Córeczko, corrida to takie walki ludzi z bykami. Te zwierzaki są biedne i bardzo skrzywdzone! Czemu zazdrościsz Lilce, skoro przed nami takie fajne wakacje?
Fajne?! – wykrzyknęła Zosia ze złością. – Wakacje W PARKU?! Gdy powiedziałam to Lilce i innym, to śmiali się tak, że jedna dziewczynka nawet się posiusiała ze śmiechu! W majtki!!!
O mój Boże – mruknęła mama, gdyż nagle zaczęła chyba wszystko rozumieć. – Powiedziałaś koleżankom i kolegom, że spędzamy wakacje w parku, tak?
Przecież sama słyszałam, jak o tym rozmawialiście z tatą przedwczoraj! – zaperzyła się Zosia, niechętnie patrząc na chichoczącego nieprzytomnie Jasia. – Mówiliście, że wybieramy się do jakiegoś parku! A mieliśmy jechać znowu do tej leśniczówki w górach!
Zosiu kochana – rzekł tata, patrząc czule na córkę. – Trzeba było nas o to spytać! Rzeczywiście, nie pojedziemy do leśniczówki, gdyż mój kolega leśniczy musiał wyjechać z powodów rodzinnych i zastępuje go ktoś inny. Ale w zamian, przez swoje znajomości, załatwił nam coś znacznie lepszego! Wakacje w parku białowieskim!
Park to park, nieważne jak się nazywa – rzekła naburmuszona Zosia. – I wszyscy się ze mnie śmieją!
Zośka nie wie, co to jest park białowieski – oznajmił Jaś, ocierając oczy. – A nikt z nas jej tego nie wytłumaczył. Nasza wina! Gdyby powiedziała swoim koleżankom i kolegom, dokąd naprawdę jedziemy, to szczęki opadłyby im z wrażenia, ha!
A to jakiś specjalny park? – spytała Zosia ostrożnie, nieco się uspokajając. – Z jakimś, nie wiem... wyjątkowym placem zabaw albo coś w tym rodzaju?
Kochanie – uśmiechnęła się mama. – Park białowieski to nie jest taki zwyczajny park, jaki mamy tu w mieście! Chodzi o Białowieski Park Narodowy! O Puszczę Białowieską! To jest, posłuchaj tylko, wielki, olbrzymi, prastary las, jeden z najstarszych, największych i najpiękniejszych w całej Europie, a może i na świecie!

Po zagadnieniach związanych z prastarym lasem wędrujemy nad morze, bo w rozdziale dziewiątym ("Kropla szczęścia") Wiadomi spędzają wakacje na morskiej plaży i rozmawiają o obiegu wody w przyrodzie i świecie. Okazuje się, że niekoniecznie "woda jest wszędzie", jak twierdzi nowy kolega Zosi, Krzyś. Będzie i eksperyment, i obszerna porada, jak oszczędzać wodę. Wreszcie nastąpi też wizyta w schronisku dla zwierząt.
W rozdziale dziesiątym powraca temat śmieci, tym razem pod wiele mówiącym, choć dwuznacznym hasłem "Z odkurzaczem do lasu". Z jednej strony klasa Jasia uczestniczy w akcji sprzątanie świata, dzieląc się na drużyny oczyszczające poszczególne partie lasu. Równocześnie mowa jest o odkurzaczach i innych elektrośmieciach, zabieranych przez ludzi do lasu i tam zostawianych. Poznamy kolejne szczegóły recyklingu i skutki jego zaniechania, oraz ikony i wskazówki, "Co możemy zrobić, aby nie zanieczyszczać Ziemi i Kosmosu?".
O roli drzew w życiu człowieka i Ziemi przeczytamy w rozdziale jedenastym, zatytułowanym "Drzewo życia", który przybliża też niektóre zajęcia ogrodników i działkowiczów. Skończywszy opowiadanie, możemy zapoznać się z informacjami o Dniu Drzewa, obchodzonym w Polsce 10 października. Po tym relaksującym temacie, na zakończenie książki pojawia się mocny akcent w postaci rozdziału dwunastego. "Te nowoczesne dzieciaki" – to określenie dotyczące Jasia i Zosi jest przeciwieństwem "tej dzisiejszej młodzieży". Bohater książki angażuje się w walkę z pracą dzieci, walcząc osobiście, czyli zaczynając od własnego domu: uświadamiając problem rodzinie oraz podejmując wspólne z nią działania. Do aktywności pobudziło Jasia nie tylko dobre serce i sumienie, ale też szkolne spotkanie "z jakimś podróżnikiem. Zjeździł cały świat, urządza obozy survivalowe, a nawet książki pisze!". W dalszej części opowiadania pada więcej szczegółów i imię – "pan Krzysztof" to zapewne Krzysztof Petek, jak najprawdziwszy wrocławski pisarz i globtroter, autor między innymi "Zaklęcia dla Golema". Oby obaj panowie piszący dla dzieci i bardzo często się z nimi spotykający zdziałali jak najwięcej w materii ekologii i praw człowieka.
Mimo że nie mamy do czynienia z bajką, każde starsze dziecko wyczyta z "Jasia Wiadomego" przynajmniej jeden morał. Nasze przemyślenia po lekturze brzmią następująco: nie krytykujmy wielkich działań i ich skutków, jeśli sami, w naszym małym rodzinno-domowym wymiarze nie dbamy o środowisko oraz prawa człowieka. Zacznijmy od własnego podwórka, a ocalimy świat. Marcin Pałasz podjął się trudnego zadania polegającego na uwrażliwianiu "tej dzisiejszej młodzieży" na krzywdy, jakich doświadcza środowisko (zwierzęta, przyroda i ludzie), pośrednio także od nas. Taka książka może być efektywnym narzędziem pomagającym w wychowaniu młodego, zaangażowanego społecznie człowieka. To publikacja wielostronna, wpływająca też (pozytywnie!) na preferencje i kompetencje czytelnicze dziecka. Wśród utworów literackich przesączonych wiedzą, "Jaś Wiadomy zmienia świat" wyróżnia się bowiem atrakcyjnością i humorem, tę książkę po prostu dobrze się czyta. Szeroka, poważna tematyka nie zniechęca do lektury, ba, autor potrafi zainteresować nawet tych czytelników, którzy wcześniej mieli do czynienia tylko z pozycjami czytanymi z przymusu i bez przyjemności. Książka adresowana jest głównie do dzieci około dziesięcioletnich i nieco starszych, a to wiek, w którym często przesądza się, czy ktoś zostanie molem książkowym, czy na dobre znienawidzi czytanie. Jaś Wiadomy przeciąga na tę dobrą stronę czytelnictwa, ucząc równocześnie, jak na co dzień korzystać z dobrodziejstw Ziemi, nie niszcząc jej.
Bożena Itoya

Marcin Pałasz, Jaś Wiadomy zmienia świat, ilustracje Justyna Hołubowska-Chrząszczak, Wydawnictwo JUKA-91 (MAC Edukacja), Warszawa 2016.