cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Śmiechu warte (wierszyki A. Frączek i obrazki M. Szymanowicza)



W tomiku "Śmiechu warte" Agnieszka Frączek bawi nas smakowitymi żartami poetyckimi, a do literackich szaleństw przyłącza się ilustrator, mistrz dziecięcej groteski Maciej Szymanowicz. Wierszyki oparte są na zabawie słowami, konwencjami i tradycją: wśród 19 krótkich utworów znajdziemy między innymi "Scenkę z thrillera", "Grała wrona w badmintona", "Spinacze spod Czimpoczacze" czy "mUCHOmora". Już w tytułach dostrzegalne są językowe gry, nie zabraknie ich też w rymowanych tekstach. Autorka "zaczepia" kilka gatunków literackich, tradycyjnie kojarzonych z twórczością dla dzieci, i znanych motywów bajkowych: mamy więc królewicza, koźlątka i wilki, antagonizm psa i kota, ożywające przedmioty, a także kogoś zaklętego w żabę.

Stroskany wyglądem kędziorków
przeglądał się baran w bajorku.

Lustrował raz to, a raz owo,
rechocząc: – Wyglądam fajowo!

Wpatrywał się w wodę z zawzięciem,
lecz w którymś okrutnym momencie...

A niech to! – zabeczał z wrażenia. –
Nos... bee!... mi normalnie zzieleniał!

Jest i ukłon w stronę polskiej klasyki dziecięcej, poznajemy bowiem dalsze (lub alternatywne) losy Pawła i Gawła z bajki Aleksandra Fredry. Bardzo lubimy takie żartobliwe kontynuacje, zwłaszcza że w tej wersji uciążliwe sąsiedztwo przybiera wyjątkowo rytmiczną, zabawowo-wyliczankową formę. Współczesnemu dziecku lepiej od tradycyjnego "Pawła i Gawła" czyta się właśnie "W holu hol" Agnieszki Frączek.

Kapu, kap! Co za los!
Woda kapie mi na nos!

Pewnie Gaweł, sąsiad z góry,
w przedpokoju pławi kury
albo, tak jak tydzień temu,
zrobił basen strusiom emu.

Tupu, tup! Po schodach gnam,
bo już dość tych figli mam.

Co za człowiek! U mnie potop,
a on kąpie rybkę złotą
i ropuszek całe stadko
uczy, jak się pływa żabką.

W zbiorze "Śmiechu warte" bajkowe postaci występują w różnej odsłonie i kondycji, na przykład kózki są postrachem wilków, a wspomniany królewicz okazuje się dość... wymięty, ale dochodzi do siebie i angażuje się w życie domowe.

Ktoś mi kiedyś przysłał pocztą
paczkę kolorową.
A w tej paczce był królewicz.
Żywy! Daję słowo!

Żywy i prawdziwy całkiem –
od nosa do pięty,
choć podróżą ciut zmęczony
i lekko wymięty.

Obok nieoczywistych nawiązań do powszechnie znanych motywów Agnieszka Frączek przedstawia też własne wierszowane wariacje, jak w "Spinaczach spod Czimpoczacze". Tu króluje absurd, racjonalność ma wolne, a wyobraźnia buszuje w najlepsze. Właśnie dlatego do wierszy tej autorki idealnie pasują rysunki Macieja Szymanowicza, jednocześnie dziecięce i przerastające zwyczajowe rozumienie ilustracji dla najmłodszych. O ile do standardowego wyobrażenia o "książeczce" pasują duże, szklące się oczy (choćby te na okładce), o tyle odbiegają od niego inne elementy czy aspekty ilustracji: nietypowe ujęcia (olbrzymia twarz na okładce), zezujące lub jakby przekrwione spojrzenia, ogromniaste i nieszablonowo uzębione buzie (obok tych zwyczajnych, po prostu uśmiechniętych), niespotykane w rzeczywistości, karykaturalne proporcje części ciała. Warto rodzinnie sięgnąć po "Śmiechu warte", jeśli zależy nam na kontakcie dziecka z różnorodnymi formami literackimi i plastycznymi – trudno znaleźć podobne oraz równie udane zestawienie najnowszej polskiej poezji oraz ilustracji dla najmłodszych. Poza tym przy tej książce wyśmiejemy się do cna, i czytając, i oglądając obrazki. A że wydawnictwo Literatura zadbało o duży format, twardą oprawę, wyraźne barwy oraz solidne, gładkie i jakoś tak perliście połyskujące karty, publikacja na pewno nieprędko znudzi się małym książkomaniakom.
Bożena Itoya

Agnieszka Frączek, Śmiechu warte, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

Hilda i Troll


Czy Wasze dzieci mają już książkę, na której okładce można wyczuć deszcz? I którą podpisuje się na kłodzie drewna? Jest taki wspaniały, starannie i elegancko wydany album... nie, nie fotograficzny ani muzealny, tylko komiksowy. Wydawcą jest Centrala ("komiksy dla dzieci mądrych rodziców"). A może nie byliście dotąd przekonani do formuły komiksu, który wydawał się Wam gorszym, bardziej prymitywnym typem lektury, zwłaszcza jeśli jesteście rodzicami dziewczynki? Komiksy są przecież raczej dla chłopców... Poza tym, jeśli dziecko już umie i nawet lubi czytać, to po co mu komiksy, one są dla tych, którzy dopiero składają zdania i do czytania trzeba ich zachęcać obrazkami, małą ilością tekstu, prostotą i popularnym charakterem. Luke Pearson w albumie "Hilda i Troll" dowodzi, że jest inaczej: kadrowane historie z dymkami bywają ambitne i przystępne zarazem, są sztuką, ale mogą wciągnąć każdego młodego czytelnika, niezależnie od płci oraz stopnia wtajemniczenia w świat sztuk plastycznych i dotychczasowych doświadczeń z komiksem.
Hildę poznaliśmy kilka lat temu, gdy ukazało się pierwsze polskie wydanie tego komiksu, a właściwie jego pierwszej części, bo po "Hildzie i Trollu" następuje "Hilda i Nocny Olbrzym", "Hilda i ptasia parada" oraz "Hilda i Czarna Bestia". Seria ma swoich wiernych fanów i w pokoleniu dzieci, i rodziców. My też chętnie wróciliśmy do historii, którą mój syn inaczej odebrał kiedyś, jako siedmiolatek, a inaczej teraz, mając jedenaście lat (album w 2016 r. doczekał się drugiego wydania). Na szczęście zdążył zapomnieć, co i jak działo się w tej opowieści, dzięki czemu mógł ją przeżyć jeszcze raz, "na świeżo".
Określenie "świeżość" bardzo dobrze opisuje moje odczucia po lekturze (pierwszej, drugiej, trzeciej...) "Hildy i Trolla", bo z książki aż biją wolność, niepokój i tajemnica towarzyszące dziecięcym przygodom, niemalże czujemy wiatr rozwiewający trawy na pagórkach w pobliżu domu dziewczynki, prawie słyszymy szum górskich strumieni. Czyta się fajnie, bo jest to lektura lekka i głęboka zarazem, wszak sięga aż do źródeł skandynawskich wierzeń ludowych i tamtejszej literatury dziecięcej. Jeśli zechcecie poszukać więcej opinii o tym cyklu, nieraz natkniecie się na porównania z Muminkami Tove Jansson. Mój syn nie przepada za kultowymi trollami z Doliny Muminków, więc tego podobieństwa nie zgłębiamy, za to uważamy Hildę za taką Pippi z baśni, trochę norweskich, trochę celtyckich, mającą też co nieco z Indianki. Niby więc wkraczamy na znany nam teren, a jednak tutaj nic nie jest takie, jak należałoby się spodziewać: kamienie nie są martwe i zimne jak głaz, lisy nie są rude i chytre jak lis (a w dodatku mają rogi). Fantazja i talent autora doprawiły zakorzenione w kulturze europejskiej motywy oraz pomalowały je na (trawiasto)żółto i na (nocno)niebiesko.
Świat przedstawiony nie zostaje zaprezentowany od A do Z, poznajemy tylko wycinki, to, co tworzy atmosferę opowieści. Nie znajdziemy tu odpowiedzi na standardowe pytania zadawane podczas omawiania szkolnych lektur: ile lat ma bohaterka?, gdzie mieszka (w jakim kraju, regionie)? jakie ma zwierzątko? Właściwie dla nas nie było to zbyt ważne, istotą tego komiksu jest bowiem hasanie z Hildą po jej wzgórzach i lesie, towarzyszenie jej w spotkaniach z dziwnymi, nadprzyrodzonymi postaciami, związanymi z okolicą przynajmniej tak samo mocno, jak mała bohaterka. Chatkę, w której dziewczynka mieszka z mamą, odwiedza drewniany stworek, nie do końca wiadomo skąd i po co przychodzi. Hilda wczytuje się w książkę o okrutnych, krwiożerczych trollach, a następnie szuka śladów ich obecności w terenie (w towarzystwie wspomnianego niebieskiego, rogatego liska... a może to sarenka? lisko-sarenka?). Jak można się domyślić po tytule komiksu, coś znajdzie. Bohaterka szybko wzbudza sympatię czytelnika, bo już od pierwszych stron, jeszcze przed trollową przygodą, przejawia zamiłowanie do niebezpieczeństw i cieszy się swobodą podejmowania decyzji na opak, na przekór oczekiwaniom – idzie deszcz, więc trzeba zanocować na dworze, w namiocie.
Lekturze towarzyszy co prawda dreszczyk emocji, ale książka nie jest straszna, na pewno trochę tajemnicza i marzycielska, a jednocześnie pogodna i zaskakująca. Taki los łowcy przygód. Scenariusz i rysunki zachwycają, są "klimatyczne", zapadają w pamięć i sprawiają, że każdy czytelnik chce przezywać takie strachy, a po przeczytaniu komiksu patrzy na wszystko wokół inaczej, wypatrując bytności fantastycznych istot. "Hilda i Troll" jest jedną z tych książek, które mieszkają w namiocie (czy innym tajemnym zakątku) w dziecięcym pokoju, są częstym towarzyszem zabaw i na całe lata pozostają ulubionymi. Najlepiej czytać w ciemności, z latarką i akompaniamentem deszczu.
Bożena Itoya

Luke Pearson, Hilda i Troll, przekład Hubert Brychczyński, Fundacja Tranzyt / Centrala – mądre komiksy 2016.

Alya i trzy koty


Książka "Alya i trzy koty" jest bardzo sympatyczną i pod różnymi względami egzotyczną lekturą. Po pierwsze, w nietypowy sposób doświadczamy oswajania świata po narodzinach nowego członka rodziny, ponieważ z rewolucyjną sytuacją oswajani są koci, a nie ludzcy domownicy. Ta koncepcja wydała się nam bardzo zabawna: terapia literacka dla kotów. Spróbujemy poczytać to opowiadanie z naszą leciwą kicią, która jedenaście lat temu miała pewien problem z akceptacją noworodka.

Koty lubią przesiadywać na brzuchu Mariam. Ale brzuch robi się coraz większy i większy, jak balon, i koty muszą się wdrapywać coraz wyżej i wyżej.

Amina Hachimi Alayou pokazuje świat dla nas obcy, znany najwyżej z wakacyjnych podróży, kina i literatury, a dla niej oczywisty i codzienny. Autorka i ilustratorka (Maya Fidawi) w naturalny sposób wprowadzają nas do wnętrza domu i rodziny funkcjonujących gdzieś daleko, w tekście nie zostaje powiedziane gdzie. Dziecko i rodzic mogą natomiast łatwo rozpoznać kolorystykę oraz motywy architektoniczne czy ceramikę kojarzone z ciepłymi, baśniowymi krajami arabskimi. Sam tekst zawiera pewne tropy, jak choćby imiona, ale według mnie ta książka żyje przede wszystkim obrazkami, bez nich byłaby jedną z wielu oderwanych od konkretnej rzeczywistości, zawieszonych w nicości i nijakich historyjek o narodzinach dziecka. A w tym przypadku wchodzimy do czyjegoś domu, wnikamy w jego atmosferę i role domowników (łącznie z kotami). Ilustracje są duże i zawierają dużo wskazówek odnośnie kultury, w jakiej osadzona jest opowieść: często koncentrują się na powiększeniu jakiegoś elementu lub wzoru ubrania, wystroju domu lub podwórza, w dyskretny sposób, jakby przy okazji, obejmują też roślinność, układ pomieszczeń i ich barwy. Bezpośrednie informacje o pochodzeniu książki znajdziemy w jej opisie na stronie internetowej wydawnictwa Muchomor oraz po wpisaniu do wyszukiwarki internetowej nazwy wydawcy oryginalnego utworu – Yanbow Al Kitab mieści się w Maroku, a dokładnie w Casablance, i właśnie tam mieszkają mała Alya, jej mama Miriam, tata Sami, babcia i trzy koty: Minusz, Pasza i Amir.

Sami otwiera drzwi pokoju i koty słyszą dziwny krzyk. Co to takiego? To nie miauczenie! To nie jest kot! To coś nowego i dziwnego!

Większość przedstawionych w książce scen rozgrywa się w przestrzennym, pięknym domu, przypominającym raczej pałacyk (jest tu nawet fontanna!) niż przeciętne polskie mieszkanie. Miriam żyje jak królowa, koty – niczym książęta, a tytułowa Alya jest tak naprawdę postacią drugoplanową, pretendentką do tronu, zagrożeniem dla kociej trójwładzy. Pojawienie się niemowlęcia zmienia porządek domu, ale nawet nie widzimy dziewczynki w całej okazałości (raz pokazane są rączki, kiedy indziej stopy, becik, wózek, ale będzie i jeden obrazek z małą uśmiechnięta buzią). Ledwie zarysowany, ale niewątpliwie obecny, jest w "Alyi i trzech kotach" ojciec, podobnie tylko w domyśle znajduje się świat zewnętrzny. Sami przemyka w dość tradycyjnym i orientalnym stroju (widzimy tylko fragment postaci i to zaledwie dwa razy), a przestrzeń poza domem i otoczonym murkiem ogrodem oglądamy tylko raz, w retrospekcji mówiącej o znalezieniu jednego z kotów. To zresztą jedyny obrazek, na którym kolory są smutniejsze, rzeczywistość ponura i brudna, a przedmioty po prostu brzydkie. Dzięki temu kontrastowemu wyjątkowi atmosfera książki staje się jeszcze wyraźniejsza, spójniejsza. To hermetyczna historia o domu kobiet: babci, mamy i nowo narodzonej córki, o miejscu oraz więziach będących ostoją ciepła, miłości i spokoju. Cieszmy się zaproszeniem do tego szczęśliwego, zazwyczaj niedostępnego dla obcych marokańskiego domostwa-królestwa. Jeśli zaś czytelnik nie odkryje w sobie pasji badacza kultur, zawsze będzie widział przynajmniej ładną, solidnie wydaną, wesołą i przystępną w odbiorze książkę dla małych miłośników kotów.
Bożena Itoya

Amina Hachimi Alayou, Alya i trzy koty, ilustracje Maya Fidawi, tłumaczenie Jolanta Kozłowska, Muchomor, Warszawa 2017.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Pieniądze albo kasa

 
O czym i jak pisać dla młodzieży? Sięgając po kolejne powieści i opowiadania adresowane do rówieśników mojego syna i nieco starszych nastolatków (tak do 16-17 lat) mam wrażenie, że polscy autorzy i wydawnictwa koncentrują się na literaturze obyczajowej, takiej godzinie wychowawczej w wersji książkowej. Te publikacje często przypominają rozmowy z telefonu zaufania, nawet w publikacjach fantastycznych niemal obowiązkowo występują wątki porzucenia, utraty rodzica, zabiegania o atencję czy akceptację ze strony środowiska rówieśniczego. Oczywiście, takie książki są potrzebne i na pewno w dużym stopniu spełniają swój cel, ale młodzież nie chce czytać tylko takich poważnych, nieco ponurych lektur. Oferta i rola literatury młodzieżowej nie powinna ograniczać się do dublowania i mnożenia problemów dorastania, jakich nastolatki i na żywo mają w nadmiarze. Wie o tym Paweł Beręsewicz, którego książki sprawiają, że w dojrzewającym dziecku nie gaśnie pasja czytelnicza. Choćby półki bibliotek i księgarń uginały się pod ciężarem problemów egzystencjalnych analizowanych na milion sposobów, wśród nastu pouczających książek dla nastolatków zawsze znajdzie się jedna wesoła perełka od Pawła Beręsewicza. Jak powieść "Pieniądze albo kasa" wydana w serii "Plus minus 16" (Literatura).

Mały z Łysym "robili w branży samochodowej", jak sami ogólnikowo stwierdzali, kiedy niezorientowani pytali ich o źródło utrzymania – źródło, dodajmy dość obfite. W szczegóły niechętnie się wdawali w nieznanym towarzystwie, ponieważ ich praca w niektórych środowiskach uchodziła za niezbyt godną szacunku. Otóż Mały z Łysym, jak by to powiedzieć... zmieniali samochodom właścicieli. Nie, niezupełnie kupowali.
ZnikaLYśmy je – zeznał przed sądem Łysy.
Zaczynali całkiem zwyczajnie: wybita szybka, klameczka od środka, czary-mary pod kierowniczką i odjazd.

Książka rozpoczyna się mocnym, kryminalnym akcentem: oto dwóch pomniejszych przestępców próbuje przeprowadzić interes życia, a główną rolę odgrywa w nim luksusowy (kradziony) samochód. Szereg wpadek prowadzi jedną z niedoszłych gwiazd handlu autami z drugiej ręki do konstatacji, że musi opisać swoją "karierę" w pamiętniku. Następnie poznajemy kolejne złote interesy Staszka, od wydłubywania monet z kałuży w drodze z przedszkola, przez wymianę niegrzechoczącej własnej skarbonki na grzechoczącą młodszego brata, handel starymi zabawkami na internetowych aukcjach, aż do akcji ze wspomnianym superautem.

O! Skarbonka! – powiedziałem. – Nareszcie będę miał gdzie deponować swoje oszczędności.
Lubiłem czasem zasunąć taki tekst. To robiło na dorosłych wrażenie.
Fiu, fiu! – zagwizdał dziadek. – Cóż za bogate słownictwo! A dużo masz tych oszczędności?
Dwie – powiedziałem zgodnie z prawdą. – Jedną mała brązową i jedną średnią srebrną, tylko że obie są wpadnięte za szafę. Tata uważa, ze dla dwóch nie warto przesuwać mebli. A według ciebie, dziadku, ile trzeba wrzucić za szafę, żeby warto ją było odsuwać?
Dziadek z powagą zmarszczył brwi i powiedział, że to zależy od różnych okoliczności, takich jak wartość wrzuconych oszczędności, wielkość szafy i to, czy w najbliższym czasie planuje się jeszcze coś wrzucać, bo jak tak, to warto poczekać na ten najbliższy czas, żeby się niepotrzebnie nie namachać dwa razy.
No tak – powiedziałem, bo jak dziadek coś tłumaczył, to od razu wszystko zaczynało być jasne.

Każdy rozdział oznaczany jest etapem edukacji bohatera (zerówka, piąta klasa, trzecia klasa gimnazjum itp.), saldem początkowym i końcowym. Sumy oscylują zazwyczaj między zerem a kilkoma złotymi, ale będą też większe i mniejsze niespodzianki. W każdym razie przeważnie pieniądze nie trzymają się Staśka Tondery, chyba że cudze (zwłaszcza brata). Ale nas, czytelników, ta lektura wzbogaca, zwłaszcza saldo śmiechu rośnie w zastraszającym tempie.
Opowieść obfituje w prześmieszne wpadki i trafne obserwacje z życia beztroskich nastolatków. Dzieje się dużo, a każdy szczegół może okazać się istotny dla rozwikłania tajemnicy danego rozdziału i całej książki, zanim autor odkryje wszystkie karty. Powieść napisana jest po mistrzowsku, bo czytelnik przez dłuższy czas nawet nie wie, że uczestniczy w jakiejś grze. Paweł Beręsewicz opracował bowiem dla nas jedną dużą i kilka drobniejszych zagadek, z którymi niełatwo sobie poradzić. My daliśmy się "wkręcić", ale dzięki temu zabawa była dużo lepsza niż gdy chwytając za książkę od razu się wie, jaki to typ opowieści i o co w niej chodzi. Przeczytajcie koniecznie "Pieniądze albo kasę", niezależnie ile macie lat i funduszy. To jedna z ulubionych książek moich i mojego syna.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Pieniądze albo kasa, okładka Katarzyna Kołodziej, wydanie II, Literatura, Łódź 2016.

Zawodowcy



W tej książce każdy dobrał sobie profesję odpowiadającą pierwszej literze imienia: od piekarza Piotrka, przez sędziego Sebastiana, informatyczkę Irenkę czy ochroniarza Olgierda, aż po pisarza Pawła. Czy dobrze wybrali? Zdania mogą być podzielone, a najwięcej obiekcji miewa sam autor. Trudy życia zawodowego przedstawione zostały w formie komediowej i dość abstrakcyjnej. Chyba nikt z bohaterów nie spędza swojego dnia pracy typowo, każdy pakuje się (lub jest pakowany) w kłopoty.
Oczywiście lektura ta nie ma służyć pomocą w wyborze przyszłego zawodu, tylko w rozweseleniu – siebie, rodziców, nauczycieli. Nie wszyscy mali bawią się w dorosłych, nie wszystkich też bawi zadawane im co i rusz (w szkole, domu, gdziekolwiek) pytanie "kim chcesz zostać w przyszłości?", ale chyba każdy będzie miał ubaw czytając przestrogę pisarza Pawła pojawiającą się na zakończenie każdego (no, prawie) rozdziału.

A wy? Zastanawialiście się już, kim chcielibyście zostać, kiedy dorośniecie? Czy aby nie aktorem? Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał.

Co może przytrafić się lekarce Lidce, która cierpi z powodu braku ciekawych pacjentów? Nie próbujcie zgadnąć, i tak się wam nie uda – wyobraźnia autora przekracza wszelkie normy. Czy według pisarza Pawła praca kucharza (Kuby) lub strongmana (Stefana) jest tak atrakcyjna, jak pokazuje to telewizja? I jakie są granice dobrego aktorstwa (Agaty)? Opowiastki Pawła Beręsewicza są zupełnie zaskakujące, powalająco pomysłowe i absolutnie absurdalne. Naprawdę warto przyjrzeć się koszmarowi nauczycielki Natalii i perfekcjonizmowi budowniczego Benedykta, pozwiedzać co nieco z przewodniczką Patrycją, czy wreszcie poznać receptę na szczęśliwy zawód wystawioną przez pisarza Pawła. Do kompanii brakuje tu tylko jakiegoś ministra, na przykład Mirosława, z Ministerstwa Głupich Kroków.

Sprawa nie była prosta. Znał ją już dobrze z akt, które dokładnie przestudiował przed rozpoczęciem rozprawy. Do sporu doszło w piaskownicy. Po zakończeniu drugiego śniadania wszystkie grupy przedszkolne udały się na plac zabaw. Zarówno Maciek z Krasnali, jak Wojtek z Niedźwiadków zajęli miejsca w piaskownicy, do czego naturalnie obaj mieli pełne prawo. W umysłach obu stron sporu jednocześnie powstał plan wykopania dołka. W piaskownic znajdowały się dwie łopatki, żółta i czerwona, ale ponieważ żółta leżała bliżej, obaj jednocześnie wyciągnęli po nią ręce i jednocześnie ją chwycili. Rozpoczęła się szamotanina, podczas której Maciek z Krasnali zdzielił Wojtka z Niedźwiadków wiaderkiem w głowę, a Wojtek z Niedźwiadków sypnął Maćkowi z Krasnali paskiem w oczy. Nieużywaną ręką obaj cały czas trzymali łopatkę.
Hm! – mruknął sędzia Sebastian i podrapał się w głowę.
Z jednej strony Wojtek z Niedźwiadków chodził do przedszkola już drugi rok, miał więc w przeszłości więcej czasu niż Maciek z Krasnali na nabawienie się łopatką. Z drugiej strony Maćkowi z Krasnali zostały jeszcze dwa lata do zakończenia przedszkola, miał więc szansę na dużo dłuższe cieszenie się łopatką w przyszłości.

Poczucie humoru może rosnąć wraz z dzieckiem, ale niestety często tępieje pod wpływem wzrostu wymagań i powagi szkolnego otoczenia. Wśród lektur dla klas nauczania początkowego książek humorystycznych (lub takich choć czasem, co parę rozdziałów, odrobinę zabawnych) jest jak na lekarstwo. Im człowiek starszy, tym poważniejsze książki powinien czytać, prawda? Może dlatego czytelnictwo spada proporcjonalnie do dorastania? Wprowadzanie do czytelniczej diety dziecka kolejnych smakołyków literackich autorstwa Pawła Beręsewicza gwarantuje odświeżenie poczucia humoru, tego wesołego zmysłu, naturalnego dla maluchów, a z czasem zanikającego (oczywiście nie u wszystkich). Wśród młodszych i starszych czytelników tego pisarza z pewnością nie ma żadnych smutasów, tylko sami spryciarze, doszukujący się w książkach ważnych szczegółów, czekający na mocną pointę, lubiący szalone igraszki literackie. Jeśli chcecie wychować mola książkowego (a nie tylko wielbiciela obrazków, bo na samych książkach obrazkowych nie wykształci się zamiłowania do czytania dłuższych tekstów), od maleńkości karmcie go opowiadaniami, wierszykami i powieściami Pawła Beręsewicza. "Zawodowcy" spodobają się zresztą i tym dzieciom, które nie radzą sobie z książkami, wolą telewizję lub gry. Tutaj każdy rozdział przypomina mały reality show lub program o określonym fachowcu (taki o usterkach i innych wpadkach), nie zabraknie też gry – pisarza z czytelnikiem.
Ilustracje Jony Jung ładnie komponują się z opowiadaniami, ponieważ wydobywają z tekstu tę naiwno-dziecięcą stronę rozważań o zajęciach dorosłych. Obrazki w "Zawodowcach" są wesołe, pogodne i nie zdradzają za wiele – jeśli dziecko obejrzy je przed przeczytaniem całości (a zdarza się to, oj, zdarza bardzo często!), to i tak nie za wiele się domyśli. Bo kto zrozumiałby lub wziął poważnie portrety ochroniarza broniącego własnej lodówki, ogródka w rozdziale o aktorce lub sędziego sypiącego z rękawa tak istotnymi argumentami, jak lizaki? To przecież tylko zawodowe zmyłki.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Zawodowcy, projekt graficzny i ilustracje Jona Jung, wyd. II poprawione, Literatura, Łódź 2014.

Kamienne anioły


Seria niewielkich (rozmiarem i objętością) powieści Kristiny Ohlsson składa się z trzech części: "Szklanych dzieci", "Srebrnego chłopca" i "Kamiennych aniołów". Są to książki dla młodszych nastolatków, bo i bohaterowie są w tym wieku. Autorka łączy opowieści o duchach z kryminalnymi zagadkami i mocnymi wątkami obyczajowymi. Każda odsłona cyklu wyróżnia jedno z trojga przyjaciół, w "Kamiennych aniołach" na pierwszy plan wysuwa się Simona, jak dotąd postać dość bezbarwna, mało charakterystyczna i stanowiąca (według nas, czytelników) raczej tło, uzupełnienie Billie i Aladdina.
Simona jako jedyna z tria bohaterów pochodzi z rodziny głęboko zakorzenionej w Åhus, pozostali przeprowadzili się tu, nie są rodowitymi mieszkańcami. Tajemnica domu babci Simony splata się z historią miasteczka, a nastoletni badacze przeszłości i zjawisk paranormalnych mają szansę zamknąć przynajmniej jeden z rozdziałów tych dziejów. Podobne zagadki zajmowały Billie, Aladdina i Simonę w poprzednich tomach, ale tym razem sprawa dotyczy nie tylko sąsiadów, miejsc i budynków, ale i najbliższych Simony. Dziewczyna wpada na trop tajemnicy odwiedzając ukochaną babcię, w której wielkim domu ktoś wzdycha, a w ogrodzie okalającym budynek (dawny hotel, a więc jedną z ulubionych lokalizacji twórców horrorów i thrillerów) przesuwają się masywne posągi przedstawiające rodzinę: dwoje dzieci i rodziców. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia babci, Simona przebywa u niej coraz częściej, spędzając czas między innymi z archaicznym magnetofonem, który nagrywa głosy w rzeczywistości niesłyszalne. Śledztwo młodzieży dotyczy właśnie źródła tajemniczych dźwięków oraz tożsamości osób przedstawionych na pomnikach z ogrodu (tytułowych kamiennych aniołów).
Sporo tu duchów, ale i rodzinnej atmosfery. Simona jest mocno związana z rodzeństwem, rodzicami i babcią, której choroba okazuje się bardzo poważna. Wracają koszmary Billie ze "Szklanych dzieci", gdzie poznaliśmy przyjaciółkę Simony jako dziewczynę nie tyle smutną, co zupełnie załamaną po śmierci ojca. Książka "Kamienne anioły" jest jeszcze dotkliwsza, bardziej wzruszająca, intensywna i prawdziwa pod względem emocji. Przypuszczam, że także autorka (zresztą tak, jak ja) jako dorastająca kobieta musiała się pożegnać z babcią, która była jednym z filarów jej młodzieńczego świata. Ten wątek przyćmił nawet samą akcję detektywistyczną, choć, jak zawsze u Kristiny Ohlsson, sprawa z przeszłości była ciekawa, niepokojąca i tylko częściowo wytłumaczalna. W tym miasteczku duchów wszystko ma metafizyczne podszycie, niewątpliwie seria o Åhus to są książki "dla tych, co się lubią bać".
Bożena Itoya

Kristina Ohlsson, Kamienne anioły, tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska, Media Rodzina, Poznań 2016.

Silver. Trzecia księga snów


Ostatnia odsłona trylogii "Silver" niemieckiej autorki Kerstin Gier jest dobrym uzupełnieniem pozostałych tomów. Co prawda nie wywołała w nas takich czytelniczych emocji jak "Pierwsza księga snów", ale za to nadrobiła niedoskonałości tomów 1. i 2. Nadal jest to poczytna książka fantastyczna dla młodzieży, teraz nawet lepsza pod względem jakości literackiej.
Liv Silver zmaga się z demonami własnymi i tymi z zaświatów, o ile rzeczywiście istnieją. Dojrzewanie i miłość przynoszą rozmyślania o "pierwszym razie", lęk, ciekawość i gorączkę. Za to conocne podróże po korytarzu z drzwiami do snów (własnych i cudzych) urozmaicane są spotkaniami z tajemniczą siłą, która czasami występuje jako podmuch wiatru, kiedy indziej jako przyciemnione światło lub tylko wrażenie czyjejś złowrogiej obecności. Bezkształtne zagrożenie oraz niepewność, kto w tej opowieści sprzyja, a kto szkodzi bohaterce w jej realnym życiu, nadają tempo i naszemu oddechowi, i lekturze.

Arthur czekał przed naszym domem na Graysona, ale zamiast niego spotkał mnie. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę... – W zamyśleniu skubałam cyklameny stojące na stoliku. – Powiedział, że gdybym umarła, już po pół roku nie pamiętalibyście, że kiedykolwiek żyłam. I że chętnie to udowodni.
Henry i Grayson milczeli. W końcu Grayson podniósł głowę i rzekł:
Zapomnijcie o wszystkim, co do tej pory mówiłem. W tej chwili jest mi już obojętne, czy resztę życia spędzi jako śliniące się i pogrążone w śpiączce warzywo. Musimy go zatrzymać, wszystko jedno jak.
Tak, ale do tego potrzebujemy Anabel. – Henry przyłączył się do skubania cyklamenu i niby przypadkiem dotknął moich palców. – A ona jest w tej chwili mocno zaabsorbowana swoim demonem. Przynajmniej pod tym względem Arthur nie kłamał. Mnie Anabel też powiedziała, że on wrócił. I że nasze imiona zapisane są krwią. I że ta krew popłynie podczas zaćmienia słońca... I jeszcze kilka innych obłąkanych rzeczy. To nie był dobry pomysł, żeby odstawić leki.

Liv i Henry nadal są sobie bardzo bliscy, choć ich związku nie można uznać za typowy ani spokojny. Dziewczyna ma kompleksy na tle doświadczenia w relacjach damsko-męskich, a chłopak zawieszony jest między potrzebą obrony Liv przed zagrożeniami wszystkich światów, fascynacją sennym korytarzem, obowiązkami względem młodszego rodzeństwa oraz egzaminami końcowymi (jest dwa lata starszy od Liv). Do kłopotów Liv dochodzi jeszcze niepokój, chwilami przechodzący w rozpacz, z powodu rychłego rozstania z byłą nianią, znaną nam dobrze z poprzednich tomów Lottie (teraz będącą obiektem westchnień aż dwóch panów). Trzeba przyznać, że przy problemach Henry'ego te gnębiące Liv wypadają blado, a nawet banalnie i dziecinnie.
Upiorne działania czarnych charakterów tym razem koncentrują się nie na podejmowanej wprost przemocy fizycznej (jak w tomie 1.), nie na popychaniu ludzi do autoagresji w lunatycznym śnie (jak w tomie 2.), ale na przejmowaniu kontroli nad ofiarą na jawie, wprowadzaniu jej w pewnego rodzaju trans. Okrutne praktyki wywołują w Liv i jej przyjaciołach poczucie nieustannego zagrożenia: nie wiadomo kto, kiedy i pod czyim wpływem zwróci się przeciwko komu. To bardzo ciekawy motyw, ale autorce nie zawsze udaje się utrzymać napięcie.
"Trzecia księga snów" jest dobrym studium metod manipulacji – tych najbardziej współczesnych, jak opiniotwórcze media i blogi, oraz tych dawniejszych, uniwersalnych, działających niezależnie od epoki, jak wykorzystanie lęku o najbliższych lub strachu przed odrzuceniem, a także takich, jakimi posługują się sekty. Wszystko wydaje się takie oczywiste, aż trudno uwierzyć, że ktoś się na to nabiera i poddaje podobnym wpływom, a jednak i my sami nie jesteśmy zupełnie odporni. I dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Każdy z czytelników może tu szukać własnych demonów.
Autorka w kilku miejscach powieści przypomina wydarzenia z poprzednich tomów, co wydaje się zbędne, bo kto czytał i dał się wciągnąć, ten po prostu żyje "Silverem", ma swoich ulubieńców i na pewno nie uronił ani sekundy akcji, a już zwłaszcza najważniejszych jej zwrotów. Ci najwięksi fani na pewno będą czasem zaskoczeni nowymi wcieleniami bohaterów, bo zdarzy się na przykład, że dawniejsza ofiara i niegdysiejszy oprawca awansują na obrońców. Oby przytrafiło się też spotkanie z autorką, może podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki, których honorowym gościem będą Niemcy?
Bożena Itoya

Kerstin Gier, Silver. Trzecia księga snów, tłumaczyła Agnieszka Hofmann, Media Rodzina, Poznań 2017.

Paweł Beręsewicz o książkach i spotkaniach z dziećmi

Wywiad z Pawłem Beręsewiczem (autorem "tak mniej więcej 20-30 książek") przeprowadzony przez Bożenę Itoyę 5 kwietnia 2017 r. w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie, po spotkaniu pisarza z czytelnikami.

Bożena Itoya: Którego ze swoich bohaterów literackich lubi Pan najbardziej? Naszym ulubieńcem jest Jacek Karaś. I Mesio, Staszek Tondera, pan Mamutko. Tak naprawdę każda kolejna Pana książka staje się dla mojego syna ulubioną. Jesteśmy ciekawi, jak Pan patrzy na swoich bohaterów?

Paweł Beręsewicz: Myślę, że moim ulubionym bohaterem jest tata Ciumko, który jest troszkę moim alter ego, troszkę może przypomina mojego własnego tatę, troszkę jest takim tatą, jakim chciałbym być. Także tata Ciumko, tak bym obstawiał, że to mój ulubiony bohater.

B.I.: My jeszcze bardzo polubiliśmy pisarza Pawła z "Zawodowców", szczególnie syn.
Czytając Pana powieści i opowiadania często współczujemy bohaterom, zwłaszcza rodziców kompromitujących młodego człowieka, jak w książce "Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek", lub straszliwych nieszczęść przytrafiających się bohaterom "Pieniędzy albo kasy", "Zawodowców" czy "Pocztu psujów polskich". Jaki jest sekret tak skutecznego i silnego oddziaływania na emocje czytelnika? Mój syn krzyczy co jakiś czas "o nie, nie, tylko nie to!".
Czy miał Pan podobne doświadczenia w młodości? A może studiował Pan psychologię?

P.B.: Nie, psychologii nie studiowałem. Doświadczenia z rodzicami, oczywiście, miałem, ale myślę, że sam jestem takim tatą, co kompromituje swoje dzieci. To jest takie bezpośrednie doświadczenie. Dzieci żyją w ciągłym strachu, że jak tata coś powie, to będzie kompromitacja przy dziewczynie, czy przy kolegach. Kiedyś przyszła cała grupa kolegów córki, jedli z nami obiad przy stole. Był jeden kolega, który prawie się nabawił wrzodów żołądka, bo podobno był bardzo wystraszony. Tego zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się bał. Przeżył to strasznie, ale jakoś z tego wyszedł.

B.I.: A odnośnie młodych ludzi: kilka lat temu wydał Pan zbiór wierszyków pod tytułem "Czy pisarzom burczy w brzuchu?". Czy ta publikacja była inspirowana prawdziwymi rozmowami, czy rzeczywiście dzieci zadają takie pytania? Jakie było najdziwniejsze, najśmieszniejsze pytanie od młodego czytelnika?

P.B.: Są to pytania zebrane ze spotkań autorskich, poza tym tytułowym pytaniem, które oczywiście sobie wymyśliłem: czy pisarzom burczy w brzuchu. Musiałem wymyślić, bo zazdroszczę moim kolegom autorom, którzy zawsze sypią anegdotami na temat pytań, jakie padają na spotkaniach. Mnie jakoś nigdy specjalnie nie zaskoczyło żadne pytanie, więc musiałem sobie wymyślić "Czy pisarzom burczy w brzuchu?". Ale myślę, że dobrze wymyśliłem.

B.I.: A czy często spotyka się Pan z czytelnikami? Czy takie spotkania są według Pana niezbędne dla pisarza, czy można dobrze pisać dla dzieci "na sucho", nie mając z nimi bezpośredniego kontaktu?

P.B.: Bardzo często spotykam się z czytelnikami, mam bardzo dużo spotkań. Lubię to, najczęściej. Myślę, że taki kontakt z czytelnikiem jest potrzebny autorowi. Mam też co prawda własne dzieci, które już... dzisiaj mój syn na przykład kończy 20 lat.

B.I.: Proszę złożyć od nas życzenia!


P.B.: Złożę. Fakt dwudziestych urodzin syna naprawdę robi wrażenie. Także kontakt z dziećmi na pewno jest ważny ważne, żeby wiedzieć, jak rozumują, o czym mówią, jak mówią. Na pewno z tego korzystam. Pytanie, czy one też z tego korzystają. Kiedy rozmawiam z bibliotekarzami, zawsze podkreślają, że to jest ważne, że po takim spotkaniu jest wzmożone zainteresowanie książkami, dzieciaki przychodzą, chcą czytać. Mam więc nadzieję, że jeżeli dobrze poprowadzić takie spotkanie, to ku obopólnej korzyści.

B.I.: Inny typ spotkań to spotkania na targach. W maju odbędą się Warszawskie Targi Książki, wielu czytelników, w tym my, nie może się już doczekać i premier, i spotkań. Jak Pan odbiera takie wydarzenia jako autor? Czy są ważne? Czy coś się zmienia w tej kwestii? Czy są lepsze, gorsze targi, czy ma Pan jakieś ulubione spotkania targowe w Polsce, czy może zawsze jest podobnie i woli Pan takie spotkania w bibliotece?

P.B.: Zdecydowanie wolę spotkania w bibliotece. Szczerze mówiąc, nie przepadam za targami. Zawsze grzecznie przychodzę i zawsze miło sobie rozmawiam z czytelnikami, którzy przyjdą, ale nie przepadam za targami. Jakoś jestem przytłoczony hałasem, tym targowiskiem, nie jestem fanem takich spotkań. A czy któreś z targów jakoś szczególnie...

B.I.: Może mają jakiś swój charakter, czymś się różnią? My właściwie bywamy tylko w Warszawie...

P.B.: Co do przeniesienia tych targów z Pałacu Kultury na Stadion Narodowy, zdania są podzielone. Ja akurat uważam, że to był dobry pomysł, że tam jest więcej miejsca, że to jest takie modne, nowoczesne miejsce i dosyć lubię te targi.

B.I.: Pamiętam, że byliśmy w Pałacu Kultury, kiedy odbywały się chyba pierwsze targi pod obecną nazwą byłam na nich z synem, kiedy miał ze 3 lub 4 lata. Rzeczywiście było ciasno i trudno było cokolwiek znaleźć.

P.B.: Tamte targi miały swoje tradycje, więc rozumiem niektóre osoby przywiązane do tego miejsca. Są osoby, które kręcą nosem i burzą się na mieszanie literatury z takim miejscem, które nie jest specjalnie związane z kulturą, ale ja nie mam takich uprzedzeń i uważam, że to była korzystna zamiana.

B.I.: W podręczniku mojego syna znalazł się fragment "Ciumkowych historii w tym jednej smutnej". W załączonym biogramie jako Pana pierwszy zawód wymieniony jest tłumacz. Wiemy, że Pan tłumaczy, bo na naszej półce stoi 7 książek przełożonych przez Pana z języka angielskiego, między innymi "Ania z Zielonego Wzgórza", "Tajemniczy ogród", ale też mniej znane, jak "Olbrzym z krainy baśni" chyba nasza ulubiona. Mamy też bajkowy słownik Pana autorstwa, syn używa go w szkole i w domu.
Czy nadal zajmuje się Pan przekładami? Który typ twórczości bardziej Panu odpowiada: twórczość pisarza czy praca przy przekładach?

P.B.: Lubię tłumaczyć. Nie zdarza mi się to często. Jestem oczywiście otwarty na propozycje i czekam na propozycje, jak takie przychodzą i są interesujące, to zawsze bardzo chętnie to robię. Nie wiem, trudno mi powiedzieć, chyba jednak wolę pisać własne rzeczy, natomiast cenię sobie możliwość takiego płodozmianu. Nie ukrywam, nie mam nieograniczonej ilości pomysłów, czasem taki oddech i jakby "korzystanie z cudzych pomysłów" jest niewątpliwie korzystne. Lubię zrobić sobie taką przerwę na tłumaczenie.

B.I.: W 2016 roku ukazał się tom "Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach", którego współwydawcą jest Fundacja Cała Polska Czyta Dzieciom. Teksty przygotowało kilku autorów, nam się oczywiście najbardziej podobały opowiadania napisane przez Pana. Zupełnie wyjątkowe wydało nam się opowiadanie "System". Czy lubi Pan taką konwencję, właściwie jest science-fiction, w kinie i literaturze jako czytelnik i jako autor? Czy będziemy mieli okazję przeczytać jeszcze coś podobnego (Pana autorstwa)?

P.B.: Zasadniczo nie jestem wielkim miłośnikiem fantastyki, natomiast tutaj rzeczywiście, dostałem od Fundacji zadanie do odrobienia: 3 wartości, na temat których trzeba było wykonać jakieś wariacje literackie. Pomyślałem sobie, że spróbuję się też pobawić gatunkami i każde z tych trzech opowiadań jest troszeczkę innym gatunkiem. Jest ten "System", który jest rodzajem antyutopii to też takie mrugnięcie do czytelnika, bo wiem, że antyutopia jest gatunkiem popularnym wśród młodzieży. Jedno z tych opowiadań jest taką baśniową fantastyką, co też nie jest moim wybitnie ulubionym gatunkiem, ale to także rodzaj mrugnięcia do czytelnika i zabawy w gatunek. Trzecie jest typem parodii reportażu, to kolejny bardzo modny, może nie wśród młodzieży, ale wśród dorosłych, gatunek literacki. Postanowiłem, że tak powiem, zabawić się. Czy będę kontynuował (książki) w tym nurcie fantastycznym... wątpię, ale kto wie.

B.I.: W każdym razie bardzo nam się podobało.
W książce "Więcej niż klub" napisał Pan o pasjonatach piłki nożnej, w "Wielkiej wyprawie Ciumków" cała rodzina wyrusza na rowerową wędrówkę, cykliści są również bohaterami tego trzeciego opowiadania z "Gorzkiej czekolady" – "Pecha" . Bardzo dobrze czyta się nam te Pana "sportowe" utwory.
I tu znów to samo pytanie: czy planuje Pan kolejne, podobne ("sportowe") książki? Zwłaszcza, że są napisane z humorem, jak wszystkie Pana książki, nie jest to taki sobie, zwykły opis meczu...

P.B.: To może zdradzę tajemnicę: napisałem zbiór wierszy o różnych dyscyplinach sportu. Bardzo dobrze się przy tym bawiłem, mam nadzieję, że czytelnicy będą się bawili przynajmniej w połowie tak dobrze, jak ja. Nie wiem jeszcze, trudno mi powiedzieć, kiedy ta książka się ukaże. Troszkę inna rzecz tym razem, mam nadzieję, że będzie dobra zabawa. Zdecydowanie będzie to książka sportowa, jest pięćdziesiąt czy ileś tam wierszy, każdy o innej dyscyplinie sportu. Będzie bardzo sportowo.

B.I.: Mam wrażenie, że dużo więcej jest literatury uczącej miłości do zwierząt niż tej promującej sport czy choćby wspominającej o sporcie. Bardzo się nam (te książki) podobają.
A czy myśli Pan, że tradycyjnej książce coś zagraża (to pytanie też dziś padło, ale z pana ust do dzieci): "internety", e-booki, aplikacje, ekranizacje? Czy książka ma się jednak dobrze?

P.B.: Nie mam pojęcia, tak naprawdę, jak odpowiedzieć na to pytanie. Jeżeli chodzi o e-booki, to był taki moment, że wydawało się, że one wejdą przebojem i zupełnie odbiorą czytelników książce papierowej. Wydaje mi się, że to się troszkę zahamowało, że ten boom się skończył, szczególnie jeśli chodzi o literaturę dziecięcą. Tutaj jednak papierowa książka, do takiego rodzinnego, domowego czytania, bardziej się nadaje. Myślę, że jeśli chodzi właśnie o książkę dziecięcą, to chyba jednak papierowa książka ocaleje. Ale oczywiście głowy nie dam. Jak sobie tak pomyślę: w końcu takie czytelnictwo papierowej książki, to w całej historii ludzkości jest tylko taki maleńki kawałeczek historii, więc może nie musimy czytać papierowych książek, żeby być cywilizowanymi ludźmi. Nie wiem, to ciekawe.

B.I.: A czy planuje Pan jakieś eksperymenty z formą książki? Nie tyle formą literacką, co samym kształtem, planem książki – na przykład mój syn czytuje coś, co się określa jako gry paragrafowe, gamebooki, które można czytać na wiele sposobów, łączyć ich fragmenty w różnej kolejności. Są też książki, których część ukryta jest na stronach internetowych czy w jakichś aplikacjach... Czy jednak Pan planuje pozostać przy takiej tradycyjnej narracji?

P.B.: Myślę, że to jest fajny pomysł. Specjalnie się na tym nie znam, więc trudno mi powiedzieć, ale jak dla mnie brzmi to ciekawie i atrakcyjnie. Jeżeli to jest sposób na zainteresowanie czytelników, to czemu nie.

B.I.: My mieliśmy ostatnio problem, bo jedna taka książka nas zainteresowała, ale nie mamy smartfonów ("planowo"), więc książka, której część jest ukryta w jakiejś aplikacji, też w pewnym sensie ogranicza (grono odbiorców), wcale nie "wychodzi" do wszystkich.
Ostatni temat, który chciałabym poruszyć, to ilustracje.
Książki, które Pan napisał, to, oczywiście, dla nas przede wszystkim tekst. Mimo że mój syn bardzo lubi komiksy i zazwyczaj zwraca uwagę na ilustracje w książkach, przegląda je sobie, to Pana książki są połykane od deski do deski, kartki przelatują i dopiero na końcu przyglądamy się tym ilustracjom. Są wśród Pana książek perełki ilustracyjne, zwłaszcza wśród tych najnowszych i dopiero zapowiadanych, przy czym są to bardzo różne stylistyki – nawet, tak jak Pan pokazywał [na spotkaniu z czytelnikami przyp. B.I.], różne wydania tej samej książki ("Pana Mamutki i zwierząt"). "Ciumkowe historie" to, jeśli chodzi o grafikę, coś zupełnie innego niż "Tajemnica człowieka z blizną" czy "Poczet psujów polskich" lub "A niech to czykolada", też teraz wznawiana z nowymi ilustracjami.

P.B.: Tak, bardzo efektownymi ilustracjami.

B.I.: Czy któryś z tych "Pana" ilustratorów, albo w ogóle polskich ilustratorów, to taki Pana typ, to znaczy, czy ma Pan ulubionych ilustratorów? Czy z któregoś projektu wydawniczego jest Pan szczególnie zadowolony? Czy uważa Pan, że ilustracje są taką "wartością dodaną", czy mogą coś zmienić, dodać coś, czego Pan nie planował?

P.B.: Myślę, że są "wartością dodaną", natomiast ja patrzę na książkę raczej z punktu widzenia autora słowa i zawsze wydaje mi się, że to słowo jest w książce jednak (nie chcę, żeby koledzy ilustratorzy to usłyszeli) ważniejsze [śmiech]. Ale zawsze jest miło, jak to słowo jest też ładnie opakowane. Bardzo sobie cenię i bardzo lubię projekty Olgi Reszelskiej, która zilustrowała "Tajemnicę człowieka z blizną", "Na przykład Małgośkę" i "Czy wojna jest dla dziewczyn?".
Pani użyła określenia "pańscy ilustratorzy", to nie jest tak, nie ma czegoś takiego, jak "moi ilustratorzy". Zwykle zdaję się tutaj na wydawcę, na jego decyzję. Ja najwyżej mogę kręcić nosem, ale zwykle tego nie robię, choć pewnie mógłbym trochę pomarudzić i powiedzieć, że to mi się nie podoba, to chciałbym zmienić. Ale tym zajmuje się wydawca, ja za bardzo nie ingeruję. Uważam, że ilustrator też jest twórcą na swoich własnych prawach i ma prawo do jakiejś wizji. Jak się te nasze wizje spotkają, to fajnie, jak nie, to trudno, nic takiego strasznego się nie dzieje.

B.I.: Bardzo dziękujemy za rozmowę.

P.B.: Dziękuję.

Zapis i opracowanie rozmowy: Bożena Itoya.

Za możliwość przeprowadzenia wywiadu dziękujemy panu Pawłowi Beręsewiczowi (który zgodził się na rozmowę mimo długości wcześniejszego spotkania z czytelnikami – około 90 minut rozmów i autografów!) oraz Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie.

Cudanakiju.pl

piątek, 31 marca 2017

Mgnienie oka


Wydawnictwo Muchomor uczyniło z książek o naukowcach i ludziach sztuki jedną ze swoich rozpoznawalnych marek. Literackie biografie pisane przez Annę Czerwińską-Rydel, z nowoczesnymi, wyróżniającymi się i nagradzanymi ilustracjami oraz grafikami, sprawiają przyjemność miłośnikom książki obraz(k)owej, ale i zwolennikom publikacji, w których dominuje tekst ujęty w tradycyjną narrację. Nowa pozycja tego typu, zatytułowana "Mgnienie oka. Opowieść o Danielu Mikołaju Chodowieckim", inauguruje kolejną serię wydawnictwa Muchomor: "Gdańscy Artyści", bliską poprzednim trylogiom gdańskim tej autorki.

W pewnym momencie mała dziewczynka wstała ze swojego krzesła. Przesuwała się powoli w stronę malarza, stawiając kroki cicho jak kot. Wreszcie stanęła przed Chodowieckim i spojrzała na niego błagalnie.
Hm? – mruknął Daniel, nie odrywając wzroku od kartki. – Czy mogę ci w czymś pomóc?
Tak. Chciałabym, żeby mnie pan narysował – odpowiedziała dziewczynka poważnie.
O! A jak się nazywasz i ile masz lat? – Chodowiecki spojrzał na nią z ciekawością.
Jestem Johanna. Johanna Trosiener – Uczennica dygnęła. – Niedługo skończę siedem lat.
Ha! Poważny wiek! uśmiechnął się artysta. Znam twoich rodziców. Poczekaj chwilę, skończę rysunek klasy i zaraz naszkicuję twój portret.

Pomysł wydawania książek o tak ściśle określonym temacie i odbiorcy, bo koncentrujących się na historycznych twórcach i dzisiejszych odbiorcach sztuki związanej z Gdańskiem, jest ambitny i godny podziwu. Podobnych projektów nie podejmuje się dla poklasku tłumu, tylko z pasji, autentycznej potrzeby tworzenia dobrej książki, po prostu "dla sprawy". Popularyzacja wiedzy z zakresu sztuki jest właściwie działalnością niszową, zważywszy na powszechność wydawnictw czy stron internetowych traktujących o naukach ścisłych. To, na ile rzadko i w jak niewielkich nakładach ukazują się książki (dla młodych czytelników) o sztuce w porównaniu z tymi o kosmosie czy eksperymentach fizycznych, jest dokładnym przełożeniem stosunku edukacji artystycznej do kształcenia w obrębie dziedzin ścisłych – przynajmniej w warunkach polskiej szkoły oraz rynku wydawniczego. Wszyscy wiedzą, kim był Mikołaj Kopernik i Maria Skłodowska-Curie, ale ilu uczniów słyszało o Danielu Mikołaju Chodowieckim? Dzięki Annie Czerwińskiej-Rydel możemy łatwo uzupełnić edukację swoich starszych dzieci, a nawet własną.
"Mgnienie oka" jest historią podróży, jaką w 1773 roku odbył Daniel Mikołaj Chodowiecki z Berlina do Gdańska. Bohater po trzydziestu latach nieobecności w rodzinnym mieście rusza w odwiedziny do matki i sióstr. Dom opuścił jako siedemnastolatek, zmuszony do zarabiania na rodzinę po śmierci ojca. W chwili rozpoczęcia akcji książki Chodowiecki ma już własną rodzinę (żonę i pięcioro dzieci) oraz wielki dorobek w dziedzinie rytownictwa – jest znanym i poważanym rytownikiem. Jego wędrówka przybliża nam realia tamtych czasów na ziemiach pruskich i w Gdańsku, a liczne retrospekcje pozwalają poznać historię życia artysty.

W pewnym momencie malarz zatrzymał się przed jedną z chałup.
Hej, gospodarzu! – zawołał. Macie tu trochę owsa na sprzedaż? Potrzebuję dla konia.
Nie, miłościwy panie. – Chłop ukłonił się do ziemi. – My biedni, sami strawy żadnej nie mamy, a konia to już dawno nie widzieliśmy.
A może macie coś innego do sprzedania? – zapytał Chodowiecki, bo żal mu było tych ludzi i chciał ich jakoś wspomóc.
Jeśliby jaśnie pan zechciał kupić moją córkę – powiedziała nagle wieśniaczka i popchnęła przed siebie malutką, ledwie trzyletnią, obdartą dziewczynkę – to byśmy sprzedali. My mamy jeszcze siedmioro dzieci. Nie nastarczamy dla wszystkich jadła. Gdyby pan ją wziął, to ona by tam w świecie lepiej miała.

Koncepcja książki oparta jest na scenach, ujęciach z podróży od domu dorosłości do domu dzieciństwa i z powrotem. Kolejne wydarzenia oraz spotkania z ludźmi (bliskimi i obcymi) są równocześnie opisywane przez autorkę i rysowane przez bohatera, bo poza współczesną oprawą graficzną (Emilia Pyza), książka została opatrzona ilustracjami (a dokładniej: rycinami) samego Daniela Chodowieckiego. W narracji trzecioosobowej, w dialogach oraz przypisach pojawiają się opisy warsztatu artysty, poszczególnych etapów jego pracy, co składa się na zrozumiałą definicję sztuki rytownictwa, dzisiaj właściwie nieznanej przeciętnemu odbiorcy książek dla młodzieży.

Postanowił dać koniowi odpocząć, a sam rozłożył kartki i zaczął rysować – klasztor, kościoły, domy, las, a na horyzoncie morze z wieloma statkami.
Wreszcie (po dłuższej chwili, bo spodobała mu się ta Oliwa) zdecydował się jechać dalej. Droga wiodła do Wrzeszcza. Przed wjazdem stał szlaban z pruskim orłem, ale warta przepuściła Chodowieckiego bez żadnych trudności.
"Wrzeszcz robi wrażenie miasteczka, w którym wszystko nakierowane jest już na Gdańsk" – pomyślał, rozglądając się wokoło.
Droga zmieniła się teraz w Wielką Aleję łączącą Wrzeszcz z Gdańskiem. Wzdłuż niej ciągnęły się chodniki dla pieszych obsadzone młodymi drzewami. Daniel przegalopował Aleją, a potem wjechał przez Bramę Wyżynną i skierował się ku Podwalu Przedmiejskiemu. Tam postanowił zatrzymać się w gospodzie "Pod Koroną".

"Mgnienie oka" to publikacja piękna, jedna z takich, jakie wyszukiwałam w antykwariatach jako nastoletnia miłośniczka Gdańska. To wspaniale, że teraz dużo łatwiej jest dotrzeć do książek oddających atmosferę dawnego wolnego miasta, przy czym najnowsza "gdańska" biografia Anny Czerwińskiej-Rydel jest wydana znacznie staranniej niż moje antykwaryczne białe kruki (z lat 70.-90. XX w.), tu zadbano o każdy szczegół treści i formy.
Bożena Itoya

Anna Czerwińska-Rydel, Mgnienie oka. Opowieść o Danielu Mikołaju Chodowieckim, rysunki Daniela Chodowieckiego, projekt graficzny i projekt serii Gdańscy Artyści: Emilia Pyza, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2016.

środa, 29 marca 2017

Bankrut – gra karciana z ilustracjami Nikoli Kucharskiej


Wydawnictwo Nasza Księgarnia istnieje od ponad 90 lat, na publikowanych przez nie książkach uczyły się czytać dzisiejsze dzieci, młodzież, rodzice, dziadkowie, pewnie też pradziadkowie, a jednak ten wielki, klasyczny już wydawca wciąż eksperymentuje i zaskakuje kolejnymi projektami. Tym razem nie jest to nowa książka czy seria, ale zupełnie odrębna gałąź działalności wydawniczej: gry karciane i planszowe. Spośród kilku pozycji, którymi Nasza Księgarnia zadebiutowała w planszówkowym świecie, sięgnęliśmy po "Bankruta", ponieważ zaintrygowało nas połączenie nazwiska znanego autora gier Reinera Knizi z nazwiskiem młodej, bardzo przez nas lubianej ilustratorki, wydającej książki głównie w Naszej Księgarni – Nikoli Kucharskiej.
Gra przeznaczona jest dla grupy od 3 do 6 graczy w wieku od 8 lat, jako czas rozgrywki na pudełku podano 30 minut, ale w naszym wypadku nigdy się na tym nie kończyło. Niewielkie, bardzo poręczne pudełko zawiera karty do gry, instrukcję i kilka gadżetów: pokaźny notes do zapisywania wyników (z logo "Bankruta"), firmowy ołówek NK, kartę megamocy z bohaterami serii "Hej, Jędrek!", naklejkę – planszówkowy ex libris, oraz foliowy woreczek na karty. To więcej niż mieści się w wielkich pudłach wielu innych wydawnictw specjalizujących się w grach, a tu pudełeczko jest niemal kieszonkowe, w każdym razie na tyle nieduże, że bez problemu zmieściło się w nieco przeładowanym plecaku szkolnym mojego syna, gdy z okazji pierwszego dnia wiosny zamiast niektórych lekcji miał święto gracza.
Rozgrywka w "Bankruta"jest prosta (dla starszego dziecka – po pierwszych 2, może 3 próbach), dynamiczna, podzielona na kilka krótkich rund, których liczba rośnie wraz z grupą graczy (3 osoby = 3 rundy, 4 osoby = 4 rundy itp.). Do naszej dyspozycji jest 9 rodzajów kart, każdy z nich ma swój rysunek i cyfrę (5, 7 lub 9), która oznacza końcową punktację, a równocześnie liczbę kart tego typu w całej grze. Przed każdą rozgrywką następuje tasowanie i rozdanie – rewersem do góry, by nie wiadomo było, kto co dostał. Każdy gracz dostaje tyle samo kart, a jedna ląduje na środku stołu. W chwili, gdy zostaje odkryta, rozpoczyna się wielkie targowanie.
Gracze gorączkowo wymieniają się kartami, dążąc do stanu przewagi: jeśli ktoś widzi, że ma większość z każdego typu kart, którym dysponuje (na przykład 5 z 7 ryb, 3 z 5 drewien, 6 z 9 ziół), a może nawet wszystkie (np. 5 z 5 zbóż), powinien krzyknąć "stop!". Następuje podliczanie rundy, a punkty na plusie lub minusie przyznawane są za komplet kart danego typu (wartość każdej karty razy 2), za pojedyncze karty, o ile gracz ma ich większość (np. 4 punkty za 4 z 7 kart prosiaków, ale 0 punktów za 2 z 5 kart cegieł), za uzasadnione zatrzymanie gry (+5 punktów, gdy mamy większość z każdego typu kart w naszej talii) lub za nieuzasadniony "stop!" (-5 punktów, nawet, gdy tylko w jednym typie kart z naszej talii jest mniej niż połowa, np. 4 z 9 kart złota). Jest jeszcze zakała gry, karta ze środka stołu – za posiadanie takiej karty w swojej talii dostaje się na koniec punkty ujemne (po jednym za każdą kartę), ale ponieważ w trakcie rozgrywki można tę kartę wymieniać (zabrać i położyć na jej miejsce inną, z własnej talii), środek blatu jest frontem walki równie gorącym, co główne targowisko. Nikt nie chce zostać bankrutem, w ostateczności więc, gdy wisi nad nami bliski "stop!" innego gracza, ciążące nam karty można oddać chętnym, bez wymiany, "za darmo". Pot nas zlewa, walczymy do ostatniej sekundy, czasem udaje się wygrać, kiedy indziej bankrutujemy z kretesem – zależy, jak szybko umieją liczyć i planować nasi przeciwnicy. Mnie udało się zwyciężyć tylko dwie czy trzy z kilkudziesięciu rund w kilkunastu rozgrywkach.
Mimo to uwielbiam grać w "Bankruta", bo zapewnia świetną zabawę w dobrej oprawie. Karty zostały wykonane z solidnego papieru, prawie po nich nie widać, ile razy i w jakich nerwach były rzucane na blat i przekładane z ręki do ręki. Na pochwałę zasługuje też praca ilustratorki: rysunki są ładne, zabawne i czytelne, to dzięki nim polska edycja "Bankruta" ma niepowtarzalny klimat. Zwłaszcza obrazki na pudełku oraz jego kolorystyka skradły nasze serca, zresztą jak cała gra, która i w kategorii graficznej, i jako zabawa rodzinna ma u nas status ulubionej gry roku.
Bożena Itoya

Bankrut, autor: Reiner Knizia, ilustracje: Nikola Kucharska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

poniedziałek, 27 marca 2017

Jak zwierzęta śpią?


Książka "Jak zwierzęta śpią?" pierwotnie została opublikowana w 2012 roku przez czeską oficynę Baobab, a w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Muchomor kilka dni temu (marzec 2017 r.). Jest to niezwykle efektowna pozycja popularnonaukowa, w której prym wiodą ilustracje (Marie Štumpfová), choć zgrabne, zwięzłe i niepozbawione humoru notatki (Jiří Dvořák) o sennych bohaterach też mają wielki urok. Przekład Julii Radziwiłł wypadł lekko, w tekście pojawiają się przyjemne dla ucha i wyobraźni poetyckie porównania (jak głębiny morza i snu) oraz praktyczne objaśnienia działania organizmu zwierzęcia (na przykład klapki na nosie foki lub zrogowaciałego naskórka na kolanach wielbłąda).

Mocno uczepiwszy się gałęzi, paw składa ogon, pochyla głowę i zasypia – jakby naraz zamknął tysiąc par oczu.

Autor tekstu i tłumaczka, łącząc zrozumiały wykład popularnonaukowy z marzycielskim nastrojem dobranocki, osiągnęli niełatwy cel: oto czytamy książkę ładnie brzmiącą, przystępną i ciekawą dla każdego członka rodziny, od malucha po seniora rodu.

Pyton zielony przesypia cały dzień. Znajduje sobie gałąź, okręca się wokół niej dwa razy i kładzie głowę pośrodku zwojów. Jakby sobie ze swojego ciała uplótł gniazdo.

Również ilustracje równoważą wartości artystyczne i informacyjne: zwierzęta przypominają te prawdziwe, jak na ilustracjach (lub rycinach) w tradycyjnych książkach przyrodniczych, a zarazem ujęte zostały w zachwycającej kolorystyce, z wykorzystaniem techniki rysunku atrakcyjnej dla dzisiejszego małego czytelnika. Zresztą stylistyka ilustracji cieszy oko wszystkich domowników, każdy w naszej rodzinie ma w tej książce swojego ulubieńca. Pojawiają się tu różne natężenia kolorów – takie charakterystyczne dla świtu, pełni dnia, zmierzchu i nocy; zimy, wiosny, lata i jesieni; upału i mrozu – oraz rozmaite legowiska, od całkiem dzikich do zupełnie udomowionych, niemal ludzkich pieleszy.
Czytelnik może na różne sposoby porównywać opisane i narysowane zwierzęta, a wyniki zestawień będą czasem zaskakujące, bo ktoś może na przykład uznać, że metoda snu pelikana bardziej przypomina odpoczynek lisa niż jerzyka, choć mogłoby się zdawać, że wszystkie ptaki śpią tak samo.

Gdy zapada zmrok, gromada ptaków wzlatuje najwyżej, jak umie. Potem ptaki rozkładają skrzydła i powoli szybują w dół, pogrążone w ciemności i drzemce. Ale nie całkowicie: pół ich mózgu śpi, a druga połówka pilnuje, czy nie zbliża się ziemia albo jakiś drapieżnik...

Autorzy przedstawili nam 16 zwierząt, które śpią w ciekawy sposób: wyjątkowo krótko albo zaskakująco długo, często, w dziwnych miejscach i pozycjach. Kto nie znał tych zoologicznych ciekawostek, ten podczas lektury nieraz zakrzyknie: "wow!". Z książki dowiemy się, czy zwierzęta śnią, czy lepiej drzemać samemu, czy może raźniej głęboko spać w grupie, kto układa się do snu tam, gdzie się bawi, je, chodzi, pełza lub pływa, a kto potrzebuje łóżka lub... nawet kilku. Zbadamy, kto uważa, że można spać na otwartej przestrzeni, a według kogo bezpieczniej jest się ukryć lub przynajmniej przykryć. A czy jest jakieś zwierzę, któremu nikt nie może zagrozić, nawet w trakcie snu? Zobaczymy też, jak jaśnieje poranek w Afryce, a w jaki sposób zmierzcha się w Azji. A teraz wybierzcie, czyj sen jest najbardziej spektakularny.
Tylko od czytelnika zależy, ile czasu spędzi z książką "Jak zwierzęta śpią?", czy wystarczy mu jednorazowa lektura i przyswojenie wiadomości, czy też podejmie własne obserwacje i zestawienia. Zaś ilustracje pozwolą wczuć się w sytuację śpiochów i śnić kolorowo o różnych zakątkach świata, od sawanny po lodowce, nie pomijając własnego ogródka.
Bożena Itoya

Jak zwierzęta śpią?, narysowała Marie Štumpfová, napisał Jiří Dvořák, przetłumaczyła Julia Radziwiłł, Muchomor, Warszawa 2017.