cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 21 września 2017

Dziewczyny z ryciny


"Dziewczyny z ryciny" są siódmą książką z cyklu "Aniołki kota Cagliostro" i siódemka zdecydowanie okazała się szczęśliwa dla autorów: Jarosława Mikołajewskiego (tekst) oraz Marcina Bruchnalskiego (ilustracje). Kolejna detektywistyczno-kulturowa przygoda międzynarodowej grupy przyjaciółek jest lekka, przejrzysta, zabawna, kolorowa i wciągająca. Po raz pierwszy obok stałego edytora, poznańskiego wydawnictwa Media Rodzina, wystąpił współwydawca: Muzeum Łazienki Królewskie, ponieważ tytułowe dziewczyny są postaciami z pewnego muzealnego eksponatu, który na co dzień można zobaczyć na jednej z ekspozycji w słynnych warszawskich ogrodach.
Na początku książki autor i ilustrator przedstawiają sześć bohaterek, pochodzących z Polski, Włoch, Czech, Anglii, Rosji i Francji, oraz ich kociego szefa, dalej zarysowują sferę i mapę ich detektywistycznej działalności, sposoby komunikacji oraz fantastyczne aspekty znajomości. Tę część publikacji czyta się i ogląda bardzo przyjemnie nawet starym znajomym aniołków kota Cagliostro, do których należymy – dobrze pamiętamy każdą ich przygodę. Od pierwszej strony autor, będący wybitnym pisarzem, poetą, tłumaczem i znawcą kultury włoskiej, oczarowuje znakomicie skonstruowaną opowieścią, humorem, naturalnością języka, pogodą ducha, jakąś świetlistością bijącą od zagadki i jej opisu (choć zazwyczaj zagadki bywają mroczne...). Jarosławowi Mikołajewskiemu wspaniale akompaniuje Marcin Bruchnalski, którego subtelne ilustracje nie tylko oddają miejsca oraz bieg akcji, ale też współtworzą nastrój historii. Choć obraz Łazienek Królewskich nosi w sobie chyba każdy warszawiak, to nasza wyobraźnia nie odmalowałaby tak cudownie dziewczyn z ryciny. Okładka z wizerunkami tajemniczych bohaterek oraz nocnego parku (z jednym z jego budynków i mieszkańców) jest po prostu piękna i wyjątkowa.
Dziewczęta, na wezwanie kota Cagliostro prowadzące śledztwo, nie zobaczą trzech Heliad z akwaforty w sytuacji, w jakiej my widzimy je na okładce – to przywilej czytelników. Marta i jej przyjaciółki (Olga, Patricia, Helenka, Rita i Mary) zostają skierowane do muzealniczki opiekującej się zbiorami Białego Domku w Łazienkach Królewskich, gdzie doszło do tajemniczego zniknięcia.

(...) Faeton poprosił swojego tatę, żeby ten pozwolił mu powozić rydwanem słońca. Czyli słonecznym wozem. Helios musiał się zgodzić, bo wcześniej obiecał, że spełni każde życzenie syna. Kłopot w tym, że Faeton nie potrafił powozić rydwanem, więc konie brykały po całym niebie i nie dały się prowadzić drogą, jaką słońce codziennie odbywa po niebie.
Wyobraźcie sobie – wtrąciła pni – słońce, które to wzbija się w górę, to opada, po chwili znowu się wzbija, i znowu opada... Przecież to byłaby apokalipsa.
Profesor mówił nam w szkole – wróciła Rita do swojej opowieści – że kiedy Faeton znalazł się za wysoko, groziło to pożarem, a kiedy za nisko, mogła spłonąć ziemia. Wtedy Zeus, czyli bóg bogów, trafił Faetona piorunem. Chłopiec wpadł do Padu i zginął...
Owszem, do Padu potwierdziła pani ale kiedyś ta rzeka nosiła nazwę Erydan... Brawo, Rito! Doskonale znasz mitologię. Ale teraz popatrzcie: jeszcze wczoraj na rycinie był grób z urną na szczycie... I wciąż tutaj jest. Była Klimena, i ona wciąż płacze nad synem, jak wczoraj. Był łabędź, i też wciąż tu jest. To Kyknos, przyjaciel Faetona, król Ligurów, który zmienił się w łabędzia. Żyjąc w wodzie, unika słońca i nieba... Były też trzy Heliady i... I ich właśnie nie ma! A przecież tu stały.

Przewodniczkami Aniołków są dwie członkinie grupy: Marta, dlatego, że orientuje się w historii i topografii warszawskich ogrodów, oraz Rita, ponieważ dobrze zna mitologię i dzieła starożytnego poety Owidiusza. Rozwiązanie zagadki będzie jednak możliwe nie tyle dzięki wiedzy, co empatii, a także "wrażliwości, domyślności tudzież intuicji", które to cechy posiadają młode detektywki (określenie autora). W książce znajdziemy dużo dziewczęcej mocy, radości, świeżości, a także ciepła i otwartości, jakie towarzyszą wielkiej, "wielokrotnej" przyjaźni. Ta otwartość oznacza z jednej strony gotowość na uwzględnienie w śledztwie choćby najbardziej nieprawdopodobnych możliwości, a z drugiej – niezamykanie się na nowe znajomości. Znając poprzednie przygody Marty i spółki trudno się dziwić, że zaprzyjaźnią się one nawet z mitycznymi Heliadami.
"Dziewczyny z ryciny" poza wartością kulturoznawczą zapewniają po prostu dobrą rozrywkę z odrobiną poezji. Heliady przemawiają bowiem wierszem, a i cała otaczająca je atmosfera jest tak liryczna i nostalgiczna, że brakuje nam tylko muzyki... muz. Warto zaproponować tę pozycję młodym podróżniczkom, fascynatkom zagadek detektywistycznych, turystkom zwiedzającym stolicę, warszawiankom dopiero poznającym swoje miasto, czy też po prostu dziewczętom lubiącym czytanie i myślenie. Zresztą chyba każdy chciałby przeżyć taką antyczną przygodę we współczesnej Warszawie.
Bożena Itoya

Jarosław Mikołajewski, Dziewczyny z ryciny, ilustracje Marcin Bruchnalski, seria Aniołki kota Cagliostro, Media Rodzina, Muzeum Łazienki Królewskie, Poznań – Warszawa 2017.

środa, 20 września 2017

Zapomniana sztuka zabawy


Są takie chwile w życiu zaangażowanego rodzica, kiedy prawie zaczyna żałować, że się o czymś dowiedział. Być może znacie to uczucie - czasem prosta wizja świata, jaką wyznawaliśmy w czasach przedrodzicielskich, musi ulec w zderzeniu ze zniuansowaną rzeczywistością i współczesną wiedzą naukową. Pojawia się jakiś artykuł, książka, wątek na forum - i nic już nie jest takie samo. Od kiedy zostałam rodzicem, miałam już takich momentów objawienia wiele: zaczynając od karmienia ("Pierś? Butelka? A jest jakaś różnica?") poprzez foteliki samochodowe ("Cóż to filozofia - zapiąć dziecko w foteliku?"), nosidła ("Co złego w noszeniu przodem do świata?") czy kwestię nagród i kar ("Karny jeżyk? Czemu nie!"). Potem następuje faza intensywnego czytania, niezliczone wątpliwości oraz, jak to zawsze w tych przypadkach bywa, neoficki zapał w krzewieniu nowo zdobytej wiedzy.

Drodzy zaangażowani rodzice, jeśli czujecie, do czego zmierzam, lepiej przestańcie czytać od razu. Bo jeśli nie zapuszczaliście się jeszcze na tereny związane z edukacją, być może szczęśliwsi będziecie, pozostając w błogiej nieświadomości. Nie? No dobrze. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Książka "Wolne dzieci", wydana w Polsce przez wydawnictwo MiND, wywróci do góry nogami wasze myślenie o edukacji i sprawi, że już nigdy nie zaznacie spokoju, zadręczając się po nocach, czy wasz wybór szkoły lub modelu kształcenia dla potomstwa jest tym najlepiej odpowiadającym na jego naturalne potrzeby. Autor, Peter Gray, nie jest bynajmniej pisarzem kanapowym - sam przeszedł bolesną drogę od edukacji tradycyjnej syna, w której ten nie potrafił się w żaden sposób odnaleźć, poprzez (przyjętą z początku z pewnym wahaniem) edukację demokratyczną, aż po poświęcenie się badaniom nad edukacją i zabawą (Gray jest profesorem biopsychologii).

Trzeba przyznać, że przedstawiona w książce argumentacja jest bardzo przekonująca, choć zalatuje trochę mitem szlachetnego dzikusa. Autor "Wolnych dzieci" przekonuje, że w toku rozwoju cywilizacji - poczynając od przyjęcia przez człowieka rolniczego trybu życia - stłamsiliśmy naturalną dla naszego gatunku spontaniczną formę edukacji, polegającą na zabawie i spontanicznym naśladownictwie. Zastąpiła ją edukacja pojmowana jako żmudna praca i przykry obowiązek, do którego należy dziecko zachęcać różnymi formami motywacji zewnętrznej. Czytając iście idylliczny opis prymitywnych społeczności zbieracko-łowieckich, w których dzieci wiodą beztroskie życie bawiąc się, dokazując, nieniepokojone przez dorosłych, co najwyżej dobrowolnie korzystając z ich wsparcia, niejeden czytelnik westchnie nad swoim własnym dzieciństwem, pełnym nakazów, zakazów, nagród i kar, spędzonym w dużej części w różnych placówkach oświatowych, które dla Graya są niczym innym jak więzieniem. Ponurej wizji dopełniają statystyki, z których wynika, że ściśle wypełniony lekcjami, zajęciami dodatkowymi i zadaniami domowymi plan dnia współczesnych dzieci zbiera żniwo w postaci gorszej kondycji psychicznej i rosnącej liczby samobójstw.

Przymusowo-cierpiętnicza wizja edukacji jest w naszym społeczeństwie tak dominująca, że mało komu przychodzi do głowy zastanawiać się nad sensem sadzania kolejnych pokoleń dzieci w ławkach i wlewania im przysłowiowego oleju do głowy. Tymczasem Gray przytacza niezliczone badania dowodzące nieskuteczności, a nawet szkodliwości takiego modelu edukacji. Okazuje się, że nie tylko wszechobecna w szkole świadomość bycia ocenianym, ale nawet sama obecność nauczyciela potrafią skutecznie hamować proces nauki. Jednocześnie z badań wynika, że kluczowe znaczenie dla procesu przyswajania wiedzy ma nastrój zabawy, istotnie wpływający na kreatywność i elastyczność myślenia. Zabawa to mechanizm ewolucyjny służący najbardziej złożonym organizmom właśnie do nauki funkcjonowania w środowisku i doskonalenia technik przetrwania. Wpływa na rozwój fizyczny, umysłowy, emocjonalny, uczy samokontroli, umiejętności negocjacji, empatii i dbania o samopoczucie innych, świadomości własnych możliwości, a jednocześnie sprawia bawiącym się autentyczną radość. Gray podsumowuje to tak:

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy wszechmocni i stajemy przed problemem, jak sprawić, żeby młodzi ludzie ćwiczyli umiejętności, które będą im potrzebne do życia w dorosłości. Czy najlepszym rozwiązaniem nie byłoby wbudowanie w ich mózg mechanizmu, który sprawi, że sami zechcą je ćwiczyć, nagradzając się poczuciem szczęścia?

Dlaczego więc nie pozwalamy dzieciom korzystać z tych mechanizmów? Wnioski Graya są rewolucyjne: czas przywrócić zabawie należne jej miejsce w edukacji dzieci. By tak się stało, my, dorośli, powinniśmy przede wszystkim stworzyć środowisko, w którym nasze dzieci będą mogły rozwijać się zgodnie z naturalnym instynktem nauki, a nie wbrew niemu. Współczesna szkoła - nastawiona na wyniki i rywalizację - absolutnie nie spełnia tych warunków.

Według Graya odpowiedzią jest rodzicielstwo oparte na zaufaniu: rezygnacja z ciągłego kontrolowania dzieci i umożliwienie im wzięcia odpowiedzialności za własną edukację, czy to w formie unschoolingu - czyli całkowitej rezygnacji z jakiejkolwiek formy formalnej nauki - czy też w ramach szkoły demokratycznej. Tej ostatniej Gray poświęca dużą część książki, przywołując przykład alternatywnej placówki Sudbury Valley, do której po pełnych buntu latach w szkole tradycyjnej trafił ostatecznie jego syn. Sudbury Valley trudno właściwie nazwać szkołą. Jest to funkcjonująca na demokratycznych zasadach społeczność dzieci i dorosłych, której celem jest zapewnienie dzieciom przestrzeni i wsparcia w podążaniu własną ścieżką edukacyjną. Szkoła bez lekcji, dzwonków ani jakiegokolwiek przymusu, z zasadami ustalanymi w sposób demokratyczny i wewnętrznym sądem.

Gray przedstawia funkcjonowanie Sudbury Valley w pastelowych kolorach, podobnie jak wspomniane wcześniej społeczności łowiecko-zbierackie. Są chwile, kiedy daję się ponieść jego narracji, czasami znów zapala mi się lampka: Nie, to nie może być tak piękne. I pewnie nie jest, gdyż tym fragmentom książki wyraźnie brakuje obiektywizmu. Ot chociażby gdy autor przytacza wyniki ankiet rozesłanych przez siebie i kolegę badacza do wszystkich absolwentów szkoły. Dowiadujemy się, że 82 procent ankietowanych uważa, że nauka w Sudbury Valley okazała się korzystna dla ich edukacji i kariery, po czym możemy przeczytać wyimki z kilku pozytywnych opinii. Mnie natomiast najbardziej interesuje pozostałe 18 procent (toż to jedna na pięć osób!), które odpowiedziało na to pytanie negatywnie. Czemu uważają, że szkoła nie zdała egzaminu? Tego się od Graya nie dowiemy. Nie przeczytamy też, jak na tego typu pytania odpowiadają absolwenci tradycyjnych szkół - i jak wypada porównanie jednych i drugich. Tak że w gruncie rzeczy jedyne, co wiemy na pewno, to że większość absolwentów jest zadowolona i radzi sobie w życiu. I może, biorąc pod uwagę znikome w porównaniu z tradycyjnym modelem nakłady finansowe na tego typu placówkę i ogromny stopień wolności, jaką cieszą się jej wychowankowie, to powinno wystarczyć?

Czy Gray mnie przekonał? W dużej mierze tak. Większość z tego, o czym pisze - korzyści wynikające z nieustrukturyzowanej zabawy, zrezygnowanie z motywacji zewnętrznej - jest dobrze ugruntowana w wiedzy psychologicznej i poparta licznymi badaniami. Niestety edukacja głównego nurtu wciąż ignoruje te podstawowe fakty. Szkoła z rzędami ławek i nauczycielem po prostu za bardzo wrosła w naszą świadomość, by dała się stamtąd łatwo wykorzenić. Trzeba jednak przyznać, że wizja szkoły bez lekcji i przymusu z perspektywy dorosłego, który w swojej szkolnej karierze niejedną lekcję przesiedział zapatrzony w okno z nudów, jest kusząca, wręcz porywająca. Jednocześnie nie jestem pewna, czy w świecie pełnym pseudonauki i faktów alternatywnych pozostawienie dzieci bez przewodnika, który zaopatrzyłby je w odpowiednie narzędzia poznawcze, to rozsądny pomysł. Podobnie nie przemawia do mnie idea niezapewnienia dziecku choćby podstawowej wiedzy ogólnej. Z całym szacunkiem dla społeczności łowiecko-zbierackich - może i wiedza, którą musieli się posługiwać jej członkowie, była obszerna, ale jednak była też potrzebna każdemu członkowi grupy. Dziś każdy z nas specjalizuje się w czymś innym, ale by orientować się w coraz bardziej złożonym świecie, wypada też mieć choćby podstawową wiedzę z innych dziedzin.

Grayowi jestem wdzięczna przede wszystkim za to, że wyzwolił mnie z poczucia odpowiedzialności za cały plan dnia moich dzieci. Już nie niepokoję się, słysząc, na ile zajęć dodatkowych uczęszczają znajomi mojej córki, podczas gdy ona siedzi w pokoju i bawi się pluszakami. Nie przejmuję się, że zamiast na trening, idziemy na plac zabaw, a zamiast warsztatów teatralnych wpadamy do sąsiadów czy smażymy naleśniki. Uczę się doceniać zabawę: błahą, bez konkretnego celu i bez mierzalnych efektów. Dokładnie taką, jaka powinna być.
Joanna Pietrulewicz

Peter Gray, Wolne dzieci, wydanie pierwsze, Wydawnictwo MiND, Warszawa 2017.


Uciekinierzy


Książka "Uciekinierzy" Tomasza Trojanowskiego zaspokoiła moją tęsknotę za absurdem w literaturze dla starszych dzieci i młodzieży. Nieco surrealistyczne powieści czy opowiadania rzadko zajmują współczesnych polskich autorów, za to bardzo interesują czytelników, przynajmniej tych obytych w humorystycznej beletrystyce. Na naszych półkach stoi dużo prześmiesznych, prostych, często "komiksowanych" (albo w ogóle komiksowych) publikacji dla początkujących czytelników i jeszcze więcej książek dla nastolatków (młodszych i starszych): fantastycznych, obyczajowych, ale bardzo rzadko opartych na inteligentnym, absurdalnym poczuciu humoru. Chyba uważa się, że śmichy-chichy są dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym – do 8, ewentualnie 10 lat, a potem już czas na dosłowność, przyziemność, przygotowanie do dorosłości (bo i fantastyka młodzieżowa służy najczęściej oswajaniu rzeczywistych demonów, radzeniu sobie z inicjacją, odnajdywaniu swojego miejsca w systemie – nawet wybrańcy, outsiderzy pełnią jakąś użyteczną funkcję). Ale w takim razie dlaczego literatura piękna, ta "duża", "dorosła", jest tak zróżnicowana gatunkowo? Przecież według tego, oczywiście nieoficjalnego, programu kształcenia literackiego młodzieży jego absolwenci powinni gustować tylko w skrajnych typach pisarstwa: literaturze faktu oraz fantastyce (najlepiej naukowej – szeroko rozumianej, bo tak naprawdę i tu, i tu chodzi o literaturę popularną), a do śmiechu to jest kabaret, rozrywka dla mas.
Nie wiem, czy za kilkadziesiąt lat ktoś w Polsce będzie czytywał na przykład Samuela Becketta, Toma Sharpe'a albo Kira Bułyczowa, ale jeśli tak, pewnie będą to ludzie dziś przepadający za błyskotliwo-zwariowanymi koncepcjami Marcina Pałasza ("Straszyć nie jest łatwo", "Opowieści z Krany Potworów", "Powrót do Krainy Potworów", "Zwłokopolscy" i inne), Pawła Beręsewicza ("Opowiadania (nie) dla wszystkich", "A niech to czykolada", opowiadania w tomie "Gorzka czekolada") i Tomasza Trojanowskiego. W dzisiejszych okolicznościach wydawniczych takie podejście do literatury dla dzieci i młodzieży można uznać za ambitne, wręcz odważne. Edytorzy na pewno ryzykują wydając mniej "masowe", może nawet niszowe powieści i opowiadania, a utwory Tomasza Trojanowskiego (i dwóch pozostałych wspomnianych autorów) publikuje wydawnictwo Literatura i należą się mu za to wyrazy uznania.
Powieść "Uciekinierzy" Tomasza Trojanowskiego rozpoczyna się spokojnie, w jednym z wielu podobnych do siebie miast, na zwyczajnym blokowisku, w towarzystwie przeciętnej staruszki wyprowadzającej swojego małego pieska w śmiesznym ubranku. Jeśli dzieciom wydaje się, że to ponura i nudna sceneria, po lekturze "Uciekinierów" będą inaczej patrzeć na "blokową" codzienność, oczekując nieoczekiwanego w okolicznościach pozornie najbardziej przewidywalnych.

Był pierwszy tydzień listopada. Tydzień spowity w mgłę i nieustannie siąpiący deszcz.

Starsza pani Florczakowa i jej psia pupilka Kropka po zaledwie trzech stronach doświadczają bliskiego (przez drzwi) spotkania z... na razie nie wiadomo czym. Akcja przeskakuje do centrali policji, gdzie poznajemy oryginalnych stróżów prawa, którzy niebawem zajmą się sprawą kontaktów z nienazwanym, ale póki co zmagają się z inną, dość dziwaczną zagadką.

Podinspektor bez słowa podszedł do biurka, położył na nim pudełko i gestem wskazał na jego zawartość.
W pudełku spał sobie w najlepsze pingwin. Pingwin w Kasku.
Bardzo ładny – ocenił pingwina Inspektor. – Pamiątka z wycieczki?
Nie byłem ostatnio na wycieczce.
To w takim razie skąd to wytrzasnąłeś?
Z pomieszczenia gospodarczego Centrali. Skończyło się mleko do kawy. Poszedłem, otwieram lodówkę i widzę, że zamrażalnik jest niedomknięty. Próbuję domknąć, nie mogę. Coś blokuje.
Pingwin?
Niezupełnie. Kij hokejowy. Miał ze sobą kij hokejowy.
A łyżwy?
W życiu nie widziałem pingwina na łyżwach – Podinspektor zmarszczył czoło, jak zwykle zresztą, kiedy chodziło o poważną zagadkę. – I co ty na to? – dodał po chwili.

Kolejne rozdziały "Uciekinierów" są krótkie, tajemnicze i na tyle śmieszne, że mój syn dobrze się bawił, śmiał z rozmów i opisów postaci, choć jeszcze nie miał pojęcia, do czego to wszystko prowadzi. Chciał po prostu, ciągle rechocząc, czytać dalej. A dalej następuje zetknięcie wytrawnych inspektorów z miejscem potencjalnego przestępstwa oraz z naocznym świadkiem, czyli Panią Florczakową. Nieprędko jednak dowiemy się, o co właściwie chodzi w tej książce.

Do jutra będziemy sprawdzać. Tutaj wszystko wygląda tak samo, każde dziesiąte piętro jest identyczne. Może jednak wezwać wsparcie?
Nic nigdy nie wygląda tak samo. Zwłaszcza jeśli się ma wyobraźnię – powiedział Inspektor. To była druga z rzeczy, w które głęboko wierzył, dlatego teraz bacznie rozglądał się wokół, usiłując odgadnąć, co się za tym wszystkim kryje.

Bohaterowie i dziwne sytuacje mnożą się, ale nie osiągają poziomu nieprzyswajalnego dla około dziesięcioletniego czytelnika. Nie ma mowy o zagubieniu się w zbyt licznych wątkach, bo autor wraca do wcześniej wspomnianych postaci i łączy ze sobą ich niesamowite przypadki.
Przede wszystkim po stronach tej powieści grasują rozmaite zwierzęta, a czasem też inne stworzenia, raczej mało spodziewane w takich miejscach, jak Biuro Rzeczy Znalezionych, supermarket, lodówka czy pralka. Ich zachowania są jeszcze bardziej zaskakujące, czasem bardzo ludzkie, niemal do ostatniej strony wydają się irracjonalne. Główni dziecięcy bohaterowie "Uciekinierów", Franek i Jasiek, badają jednak nie sprawę dziwnego sprawowania się fauny, tylko próbują odnaleźć porwany... sprzęt RTV. Jak jedno łączy się z drugim, dowiemy się w wielkim finale, który będzie należał do detektywa nad detektywami. Ja, mimo szkolenia kryminalnego odbytego pod kierunkiem samej Agathy Christie, nijak się nie domyśliłam rozwiązania tej zagadki.

(...) do biura weszli Podejrzani Osobnicy.
Dlaczego podejrzani? Dlatego, że osobnicy mieli na sobie skafandry z łuską na plecach, pięciopalczaste płetwy zamiast dłoni i wyłupiaste seledynowe oczy na trzech czułkach.
Na ich widok Jasiek i Franek zamarli z przerażenia.
Mieli do tego zupełne prawo.
Spotkanie z Gośćmi z Kosmosu nie trafia się zbyt często.
Ere bere, ure are – powiedział grzecznie jeden z gości w kosmicznym języku.
Ure ure, barebure – dodał równie grzecznie drugi i porozumiewawczo mrugnął jednym z trzech oczu.
Jasiek z Frankiem z krzykiem rzucili się do ucieczki. Kosmici, myśląc, że to jest jakiś tutejszy zwyczaj, również rzucili się do ucieczki. I też z krzykiem. Kosmicznym.
I tak sobie uciekali. Chłopcy w tę, kosmici w tamtą stronę. Zanosiło się na bardzo długie uciekanie, na całe szczęście do biura wrócił Właściciel.
No proszę, kogo ja widzę. Znowu to samo. Już raz wam mówiłem, żebyście pamiętali, gdzie zostawiacie talerz. A państwo co?
Goście z Kosmosu przestali uciekać. Jasiek i Franek też.
Ure bure, ćmok, ćmok – powiedział jeden z gości.
Oczywiście, teraz to ćmok, ćmok. A gdyby wasz talerz znalazł ktoś nieuczciwy? I by go do mnie nie przyniósł? To co? Jak byście wrócili do domu? Na piechotę? Milion lat świetlnych?
Goście z Kosmosu wyraźnie się zmieszali, bo ich czułki z seledynowych zrobiły się fioletowe.
Bure, bure – przyznali ze skruchą.

Szare i pozornie oszczędne ilustracje Marty Krzywickiej bywają pełne ekspresji, cieni, wiatru, deszczu. Ilustratorka dba o nastrój – tajemniczy lub wesoły – oraz każdy szczegół, jak plakaty na ścianie budynku mijanego przez postaci czy inne, moje ulubione tło: olbrzymi, wielopiętrowy blok pokrojony na dziesiątki okienek i balkoników. Do tego dochodzą ciekawe, nieoczywiste ujęcia, na przykład przed wspomnianym gigantycznym budynkiem stoją dwie osoby, jedna tyłem, druga lekko odwraca twarz w naszą stronę, deszcz i wiatr trochę rozmazują obie sylwetki, a trzymany przez jednego z panów parasol słucha chyba bardziej pogody niż właściciela. Powieść "Uciekinierzy" jest po prostu pod każdym względem udana, nietypowa i zaskakująca.
Bożena Itoya

Tomasz Trojanowski, Uciekinierzy, ilustracje Marta Krzywicka, wydanie II (pierwsze w Wydawnictwie Literatura), Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

poniedziałek, 18 września 2017

Bajka (i Wiktoria) na końcu świata – Ostatni ogród



W polskim "komiksowie" dla dzieci pojawiło się coś zupełnie nowego: seria "Bajka na końcu świata" Marcina Podolca (wyd. Kultura Gniewu / Krótkie Gatki). Wydanie pierwszego tomu, zatytułowanego "Ostatni ogród", osobiście uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń książkowych 2017 roku (uwzględniając i premiery publikacji, i wszelkie festiwale oraz nagrody). Z punktu widzenia rodzica, któremu zależy na tym, by dziecko czytało dobre i ciekawe książki, na rynku dostrzega się raczej pozycje już sprawdzone, niezwiązane z żadnym wydawniczym ryzykiem: wznowienia (polskie i zagraniczne), przedruki bestsellerowych publikacji zagranicznych, kontynuacje popularnych serii, ewentualnie nowe projekty autorów polskich, którzy z sukcesem wydawali już bardzo podobne publikacje. Jako książki rozumiem tu, oczywiście, zarówno beletrystykę, jak książki obrazkowe, komiksy, poezję czy nawet utwory sceniczne, bo w księgarniach można znaleźć i dramaty, i scenariusze filmowe adresowane do młodych czytelników.
Tymczasem komiks "Bajka na końcu świata" zaintrygował mnie już na wstępie, po samych zapowiedziach, dość ponurą scenerią "postapo", rzadko spotykaną w książkach dla dzieci poniżej nastu lat, swoją "dziewczęcością" oraz nazwiskiem autora, dotąd kojarzonego tylko z kolorowymi zeszytami dla dorosłych. Sam pomysł stworzenia takiego albumu wydał mi się świetny i ucieszyłam się, że tematyka współczesnego komiksu dla dzieci (a także ogólnie: książki dla dzieci) jest poszerzana.
Po przeczytaniu "Ostatniego ogrodu" mój entuzjazm nie opadł. Album ma niepowtarzalny klimat, przywołuje jedynie odległe, subtelne skojarzenia z filmem "Wall-E", komiksem "Hilda i Troll", serią książek "Piaskowy Wilk", może z pewną kreskówką Disney'a o Myszce Miki i wietrzyku. Wszystkie te odniesienia są moimi osobistymi spostrzeżeniami i dotyczą tylko wytworów kultury dla dzieci. Kto inny i w szerszym wachlarzu popkultury (zwłaszcza wśród filmów postapokaliptycznych) może odnaleźć zupełnie inne podobieństwa. Młody czytelnik podchodzi do tej lektury "na świeżo", nie szuka nawiązań, tylko rozrywki, i dostaje ją – wraz z odrobiną refleksji.
Bajka nie jest nazwą literackiej czy komiksowej opowiastki, ale imieniem psa. Na okładce i w prawie każdym kadrze komiksu pojawia się też druga bohaterka, dziewczynka w nieokreślonym wieku, wyglądająca jak każde dziecko, tak, że bez przedstawienia moglibyśmy uznać ją za chłopca – ale wiemy, że ma na imię Wiktoria. Trudno powiedzieć, żeby Bajka była pupilką Wiktorii, jest raczej jej równorzędną towarzyszką, rozmawiającą, wspierającą, uczestniczącą we wszystkim. Cechy antropomorficzne psa mogą kojarzyć się z bajką, ale w jakiej bajce dwie dziewczynki (ludzka i psia) wędrują samotnie po zniszczonych pustkowiach? Jakby ziemskich, choć na naszą planetę nieco zbyt fantastycznych, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę portal, którym Wiktoria i Bajka wpadają do innego (?) świata lub wymiaru, oraz jedyne napotkane postaci: bezpostaciowe, zmiennokształtne coś i kolejne gadające zwierzę. Co prawda tapir deklaruje, że pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie to z zoo, więc utwierdza nas w przekonaniu, że akcja toczy się na Ziemi, tylko kiedy indziej i, zważywszy na wspomniany portal, gdzie indziej.
Ta niedookreśloność jest wielką zaletą albumu Marcina Podolca. W książkach dla starszych dzieci i młodzieży często przeszkadzają nam (mnie i mojemu jedenastoletniemu synowi) zbyt jednoznaczne wskazówki autorów oraz ilustratorów, co i jak mamy dostrzegać, interpretować, wnioskować. Jakby czytelnik ze swoją wyobraźnią nie był do niczego potrzebny, nie musiał dopełniać utworu, wzbogacać go swoim postrzeganiem, bo twórca wszystko już zaplanował. U Marcina Podolca na szczęście jest inaczej, ścieżkami, które wyznaczył Wiktorii oraz Bajce możemy sobie chodzić, jak chcemy, powoli snuć domysły i przypatrywać się każdemu drobiazgowi, albo przebiec szybciutko – właściwie można by przeczytać cały komiks w pół godziny. Tylko po co tak się spieszyć? Tutaj nie chodzi o zdobycie jakiejś wiedzy, osiągnięcie celu w każdym calu i jak najszybciej, tylko o podróżowanie do końca świata i na koniec świata, odkrycie czegoś nowego w książce dla dzieci i we własnej fantazji.
Ilustracje z jednej strony idealnie pasują do ekspresji komiksu dziecięcego, oczekiwań małego czytelnika, a z drugiej są bardzo dojrzałe. Spodobała mi się mimika bohaterów (nawet tego zmiennokształtnego!), dynamika upadków, okrzyków i biegów, przeplatana scenami raczej statycznymi i nieco melancholijnymi, oraz dominująca w albumie falistość, zaokrąglanie pejzaży, twarzy (Weroniki), roślin. Chyba pierwszy raz zetknęłam się w komiksie dla dzieci z moją ulubioną pomarańczowo-bordowo-brązowo-piaskową kolorystyką, która przeważa w "Ostatnim ogrodzie" (z dość dużym udziałem szarości), co należy uznać za śmiałe rozwiązanie w segmencie wydawniczym kojarzonym z wielobarwnością i radosną eksplozją wszelakiej soczystości. Przełamanie zielenią ogrodu (zapowiedzianego w tytule) następuje tylko na dziewięciu z 64 stron.
Pokazany przez autora kosmos dla dziewczynek może się okazać objawieniem – oto nie tylko księżniczki są bohaterkami, a w dziewczęcych książkach można się obyć bez różu, zakochanych absztyfikantów, wiecznych konkursów piękności i popularności. Na końcu świata to wszystko i tak nie będzie miało znaczenia.
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. Tom 1.: Ostatni ogród, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.

niedziela, 10 września 2017

Kastor naprawia rower

Kastora nie znamy z synem za dobrze, przeczytaliśmy dotąd dwie jego przygody, ale jestem nimi oczarowana. Autorska książka szwedzkiego twórcy Larsa Klintinga "Kastor naprawia rower" zawiera prostą historyjkę o praktycznej umiejętności – tu jest to naprawa roweru, a w innych odsłonach cyklu o bobrze Kastorze czytelnik poznaje tajniki szycia, domowej uprawy fasolki oraz majsterkowania. W szwedzkim oryginale ukazało się jeszcze kilka innych części i już po małej próbce Kastorowej edukacji wiem, że będziemy chcieli dowidzieć się, jak bohater poradził sobie jako początkujący kucharz czy malarz pokojowy. "Kastor naprawia rower" jest ostatnią książką zmarłego w 2006 pisarza i ilustratora, w Szwecji wydaną w 2004 roku. Wcześniejsze przygody Kastora ukazywały się od 1995 roku i są to publikacje zupełnie się niestarzejące, takie typowe, tradycyjne książki dla młodszych dzieci, opowiadające o zwierzątkach przeżywających codzienne "ludzkie" sytuacje.
Ponadczasowość "Kastora" polega między innymi na braku technicznych nowinek, bo taka nowoczesność szybko się dezaktualizuje. Wystarczy pomyśleć, na ile ciekawa i zrozumiała byłaby dla współczesnych dzieci historyjka o hitach lat dziewięćdziesiątych: dyskietce i pagerze, albo na przykład o (nieco późniejszym) przenośnym odtwarzaczu CD. Małe bobry na szczęście nie naprawiają ani niegdysiejszych gwiazd elektroniki, ani modnych dziś komputero-telefonów, tylko zwykły rower, na którym jeździły dzieci sto lat temu, jeżdżą nadal i pewnie będą jeździć za kolejnych sto lat.
Kastor i jego młodszy towarzysz (może brat?) Maciuś w drodze na piknik "łapią gumę". To określenie, choć dość kolokwialne, dobrze pasuje do lekkiego stylu narracji, zresztą cały przekład Magdaleny Landowskiej zasługuje na pochwałę za naturalność. Sympatyczne bobry rozmawiają swobodnie, jadą sobie przez pastelowy krajobraz, aż dochodzi do fatalnego przebicia dętki w rowerze Maciusia. Maluch nie cieszy się z wizji powrotu do domu, protestuje, zalewa się łzami, ale ostatecznie zdejmuje kask i posłusznie prowadzi rower na podwórko, gdzie spełniają się słowa Kastora: "łatanie dętki jest całkiem fajne". Ba, okazuje się, że to prawdziwy gwóźdź programu! Co tam piknik, jak można popracować narzędziami, dmuchać, moczyć, zakreślać, kręcić, naklejać...
Historia jest pogodna, ładnie opowiedziana i zilustrowana, zawiera też fragmenty instruktażowe: obrazki dokładnie odwzorowujące wygląd poszczególnych narzędzi i materiałów oraz kolejne kroki naklejania łatki na dziurawą dętkę. Moim zdaniem jest to publikacja wielostronna, bo może zachęcić dzieci i do czytania książek, i do praktycznego działania, które dodatkowo integruje rodzinę, bo który dziadek lub rodzic nie chciałby stać się dla potomka mistrzem malarstwa, krawiectwa czy majsterkowania?
Bożena Itoya

Lars Klinting, Kastor naprawia rower, tłumaczyła Magdalena Landowska, Media Rodzina, Poznań 2017.

czwartek, 7 września 2017

Czarnobyl – Strefa


Pamiętacie? Jak spędzaliście wiosenny dzień w kwietniu 1986 roku, gdy po eksplozji reaktora elektrowni jądrowej w ukraińskim Czarnobylu gruchnęła wiadomość, że radioaktywna chmura nadciągnęła nad Polskę? Moja pamięć nie sięga tak daleko, ale wiem z opowieści mamy, że spacerowała ze mną i moim rodzeństwem po podwórku, kiedy z okna zaczęła ją wołać sąsiadka–lekarka. Pani doktor krzyczała, by mama natychmiast wracała z dziećmi do domu i pozamykała okna. Niby nie jest to szczególnie interesująca historia, ale trafia do podrośniętego dziecka, które wychowuje się na tym samym osiedlu, podwórku, zna od małego tę właśnie lekarkę i potrafi sobie wyobrazić tamto wołanie, okna zatrzaskiwane na całej ulicy "wieżowców". Dlatego ta opowieść działała na moją nastoletnią wyobraźnię i dała do myślenia mojemu synowi, wychowującemu się w tej samej okolicy. Dobrze jest w taki sposób rozpocząć rodzinną rozmowę o Czarnobylu, a kolejnym krokiem może być komiks "Czarnobyl – Strefa" Natachy Bustos (rysunki) i Francisca Sáncheza (scenariusz).
Album przeznaczony jest dla dorosłych i starszej młodzieży, przy czym kwestię "starszeństwa", czyli przynależność do tej drugiej grupy, rozstrzygnąć mogą sami zainteresowani, ewentualnie rodzice czy nauczyciele dobrze znający możliwości percepcyjne i czytelnicze swoich podopiecznych. Opowieści ze świata po apokalipsie są bardzo modne wśród nastoletnich czytelników i widzów, tym bardziej więc warto pokazać młodzieży ten komiksowy portret postapokaliptycznego krajobrazu Ukrainy schyłku XX i początków XXI wieku.
Scenarzysta snuje opowieść na kilku planach czasowych i z punktu widzenia różnych pokoleń. Początkowo czytelnik jest nieco zagubiony i retrospekcje oraz zmiany bohaterów traktuje jako osobne historie ujęte w jednym albumie. Potem jednak łączymy w całość sceny dotyczące pary staruszków powracających do wysiedlonej wsi (na skażoną ziemię), rozdzielonej rodziny, której ojciec pracuje w elektrowni i po wybuchu nie ma o nim żadnych wieści, a jego ciężarna żona jest wywożona z innymi mieszkańcami Prypeci daleko, do innej miejscowości, i w końcu opowieść o młodych ludziach, migrujących wtedy, w wieku kilku lat lub jako nienarodzone dziecko, a teraz odwiedzających wyklętą ojczyznę. Wszystkie podróże opisane i narysowane w "Czarnobylu" głęboko mną poruszyły. Najboleśniej zapada w pamięć los zapomnianych, wyczerpanych, niepotrzebnych społeczeństwu osób: ludzi starszych, w chwili przesiedlenia jakby wyrwanych z korzeniami, od życia na obczyźnie wolących śmierć u siebie. Ich decyzja o powrocie nie będzie czynem bohaterskim i patetycznym, jakie nagłaśnia się w mediach, tylko cichym, niezauważalnym i obiektywnie zbędnym. Innym straceńcem jest wujek najmłodszych bohaterów, który jako młody człowiek zostaje skierowany do usuwania skutków tragicznej awarii. Ta postać reprezentuje grono "likwidatorów", nieoficjalnych bohaterów narodowych, czasem wciąż żyjących, niepełnosprawnych, pozbawionych szans na założenie własnej rodziny, jakichkolwiek perspektyw, po prostu skazanych na cierpienie i rozciągniętą w czasie śmierć. O każdym z wyroków, które spotkały pracowników elektrowni i mieszkańców sąsiadujących z nią miejscowości, czyta się z niedowierzaniem, zwłaszcza jeśli dopiero poznajemy tamte wydarzenia. Czy to naprawdę mogło się wydarzyć w naszych czasach, tuż obok Polski? Oczywiście smutna nauka płynąca z tego albumu brzmi: tak, mogło i nadal może.
Komiks "Czarnobyl – Strefa" jest artystyczną wizją i interpretacją klęski, natomiast bezpośredni, rzeczowy opis został dołączony w formie rozbudowanych notatek (wstęp, epilog i inne), więc nawet gdyby nastolatkowi coś wydało się niejasne lub niewiarygodne, po lekturze kadrów upewni się, że nie goszczą na nich obrazy po gwiezdnych wojnach, mutanty powstałe w wyniku zaawansowanych eksperymentów genetycznych ani fosforyzujące roślinki z kosmosu. To tylko rzeczywistość.
Album jest czarno-biały (poza intensywną czerwienią i martwą zielenią okładki), a rysunki okazały się tak samo mocne i bezdyskusyjne jak przekaz płynący z całej opowieści. Czy są dobre, świetne, może genialne? Cóż, zagadnienie poziomu artystycznego komiksu zostało odsunięte na drugi plan przez poważne i silne przesłanie, po prostu przeciętny czytelnik ocenia przede wszystkim temat, a nie formę plastyczną, która po pierwszych stronach staje się naturalna, spaja się z naszym myśleniem o Czarnobylu. Od czasu, gdy przeczytałam ten album, jest on moim pierwszym skojarzeniem z katastrofą sprzed 31 lat, przywoływanym nawet przed historią mamy o moim własnym dzieciństwie. Chyba właśnie tak powinien działać na czytelnika zaangażowany komiks, zatem autorom "Czarnobyla – Strefy" należy gratulować sukcesu.
Jedyny dysonans, jaki odczuwałam podczas lektury, wynika z fatalnej decyzji (wydawcy lub autorów) o czcionce nagłówków i podtytułów na okładce oraz wewnątrz komiksu. Otóż autorzy zastosowali przedziwną stylizację języka polskiego na rosyjski: niektóre litery alfabetów używanych w językach wschodniosłowiańskich występują tu jako ozdobne wersje liter łacińskich, czyli tych znanych nam z polszczyzny. Polskie wyrazy zapisano z użyciem liter alfabetu rosyjskiego przypominających inne litery polskie, na przykład znak "И" (oznaczający głoskę "i") skojarzył się komuś z polskim "N", a z "Я" (wym. "ja") zrobiono "takie śmieszne" "R". Jeśli ktoś zna i polski, i któryś z języków wschodniosłowiańskich, przeczytanie tych dziwnych zapisów przychodzi mu z wielkim trudem, zwłaszcza, że główny tytuł na okładce zapisany jest po rosyjsku. Swoją drogą, ciekawe, czemu nie po ukraińsku.
Bożena Itoya

Natacha Bustos, Francisco Sánchez, Czarnobyl – Strefa, tłumaczenie z języka hiszpańskiego Krzysztof Konopacki, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2015.

wtorek, 5 września 2017

Opowiadania (nie) dla wszystkich


W cyklu Polscy Pisarze Dzieciom, którego wydawcą jest łódzka Literatura, ukazują się tomy opowiadań różnych autorów (na przykład "Czarownice są wśród nas", "Opowiadania z kluczem", "Opowiadania o psach – Na psa urok!", "Opowiadania o zwierzętach") oraz zbiory utworów jednego pisarza, najczęściej będącego również poetą. Po tomach poświęconych twórczości Joanny Papuzińskiej, Marcina Brykczyńskiego, Grzegorza Kasdepkego i Beaty Ostrowickiej nadeszła pora na "Opowiadania (nie) dla wszystkich" Pawła Beręsewicza zilustrowane przez Nikolę Kucharską. My, jako wierni fani tego pisarza, znaliśmy większość tekstów zamieszczonych w nowym zbiorze, ale inni czytelnicy prawdopodobnie do nich nie dotarli, ponieważ były publikowane i w czasopismach ("Świerszczyk"), i w zbiorach opowiadań ("Żeby nóżki chciały iść") lub wierszy ("Czy pisarzom burczy w brzuchu?"), których nakłady dawno się wyczerpały, czasem też w nowszych publikacjach zbiorczych ("Opowiadania z dreszczykiem"). Z przyjemnością przypomnieliśmy sobie utwory, które już wymknęły się z naszej pamięci, zresztą syn czytał chętnie także te, po które sięgnęliśmy zaledwie miesiąc czy dwa wcześniej. Dla wielbiciela twórczości Pawła Beręsewicza wybór "Opowiadania (nie) dla wszystkich" to po prostu must have. Myślę, że znajdzie się też pokaźne grono czytelników, którzy sięgną po tę publikację pod wpływem fantastycznych ilustracji Nikoli Kucharskiej, partnerującej Pawłowi Beręsewiczowi już przy "Poczcie psujów polskich".
Utwory zostały ułożone w czterech działach, których tytuły podpowiadają, co autor miał na myśli nazywając cały zbiór "Opowiadania (nie) dla wszystkich", zaliczył tu bowiem opowiadania dla odważnych, niechętnych, wytrzymałych i dociekliwych. Każdy blok tekstów kończy się wierszykiem, jeden z rymowanych utworów otwiera też cały tom, odpowiadając na sztandarowe pytanie ze spotkań autorskich: "Dlaczego zaczął pan pisać?".
Odważni czytelnicy poznają historię Franka, który wraz z kolegami z "paczki" nazywanej Plemieniem rozważa... wykopaliska na indiańskim cmentarzu, a potem dowiaduje się o nocnych porwaniach kolejnych współplemieńców (opowiadanie "Bestia"), opowieści o łakomstwie przezwyciężającym śmierć ("Gdzie jest prababcia?"), przerażająco genialnym aktorstwie ("Aktorka Agata") oraz dowiedzą się, czym grozi pozostawianie książek otwartych, grzbietem do góry ("Wilk"). Niechętni przekonają się, do czego zdolna jest zdeterminowana bibliotekarka ("Sposób na Adama"), jak dziadek wędrowniczek potrafi pokonać marudnego wnuczka, i wzajemnie ("Patrzeć i naśladować"), a także co zrobić, by przekonać się do paskudnej potrawy ("Górski żurek"). Wytrzymali pokonają długie trasy lub odpoczną po nich w domu słuchając o magicznych podróżach, w których bohaterowie stykają się z miejscami i osobami spoza realnego czasu oraz wymiaru ("Niech żyją małe nóżki!", "Opowiastka na Babią Górę", "Opowiastka na Luboń Wielki"), natomiast dociekliwi przekonają się, czym grożą marzenia o ideałach ("Nauczycielka Natalia"), gdzie są granice fantazji ("Festiwal niesamowitych historii") oraz czym para się nadworny spełniacz królewskich zachcianek w Deserii ("Doradca"), a tym samym: po co komu pieniądze. Koncepty Pawła Beręsewicza są niepowtarzalne i zupełnie nieprzewidywalne. Zazwyczaj w utworach fantastycznych (kinowych i literackich) zapożyczenia oraz "twórcze interpretacje" są normą i nieustającym źródłem naszego zawodu, ale rozwiązań stosowanych przez autora "Opowiadań (nie) dla wszystkich" nie spotkaliśmy nigdzie indziej. Tu naprawdę nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę, ba, nie jesteśmy nawet pewni, z jakim typem historii mamy do czynienia – fantastyczną, przygodową, obyczajowo-realistyczną czy abstrakcyjną.
Opowiadania mają zróżnicowaną tematykę i konstrukcję, czasem historię relacjonuje jej uczestnik, niekiedy narrator jest jednym z opowiadaczy, kiedy indziej w ogóle do końca nie wiemy, jaką rolę odgrywa i pojmujemy go trochę jak lektora w filmie. Porównanie do kina jest tu jak najbardziej na miejscu, bo rzadko zdarza się nam tak zatracić w literaturze, przenieść do świata książki, czytać z otwartymi ustami i lekkim drżeniem (ze strachu). Dla mnie ten tomik był jak kolekcja filmów "Alfred Hitchcock przedstawia", tylko dla młodszych odbiorców. Oczywiście opowiadania Pawła Beręsewicza działają na wyobraźnię dużo skuteczniej niż najlepsze filmy – poruszają w umysłach małych czytelników trybiki, które u małego widza pozostają w spoczynku.
Nikola Kucharska ilustracjami oddała nie tylko charakter utworów wesołych i z dreszczykiem, ale też ich podział na prozę i poezję. Przy opowiadaniach znajdziemy wielobarwne obrazki, z kolorowym tłem lub bez, rzadziej czarno-białe szkice na zwyczajnej białej stronie; prace te zajmują czasem wycięty fragment strony, kiedy indziej są wplecione "za" tekstem, bywają też wkomponowane jako komiksowy wycinek obok wybranych akapitów, niekiedy obejmują całą stronę bez tekstu, jest i jedna rozkładówka. Wierszykom natomiast towarzyszą dwustronicowe ilustracje z jednobarwnym tłem (mglistoniebieski, fioletowy, brązowy, miętowo- i zgniłozielony) i wyraźnymi białymi elementami: postaciami i takimi akcentami, jak wybrane przedmioty, rośliny czy rysunki – całość sprawia wrażenie pokolorowanych negatywów. Ilustratorka jak zwykle bawi portretami ludzkimi, rozmaitymi minami, stadiami ruchu, strachu czy zmęczenia, nie zabrakło też rozpoznawalnego motywu twórczości tej artystki – kotów.
Książkę czyta się i ogląda z uśmiechem oraz podziwem dla talentu obojga twórców. "Opowiadania (nie) dla wszystkich" są tak emocjonujące, że odsuną od młodego człowieka ewentualne uprzedzenia względem literatury, a sądząc po przejściach mojego syna z lekturami dla klas 1-4, naprawdę można nabrać uprzedzeń. Oryginalne pomysły autora, umiejętne stopniowanie napięcia i niespodzianek oraz inteligentne poczucie humoru gwarantują obłaskawienie lęku przed książką, jeśli dotychczas młody czytelnik trafiał tylko na nudne lektury. Oczywiście sami twórcy i wydawcy nie zrobią wszystkiego za nas, nie zaczarują dzieci, by zaczęły czytać, to rodzice muszą zaszczepić sympatię do książek, tak, jak kształtują inne zdrowe nawyki.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Opowiadania (nie) dla wszystkich, zilustrowała Nikola Kucharska, seria Z parasolem, cykl Polscy Pisarze Dzieciom, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

środa, 30 sierpnia 2017

Jak Kalle rozprawił się z bykiem

Ilustrowane książki Astrid Lindgren dla najmłodszych dzieci są wspaniałym wynalazkiem, co stwierdzam regularnie co kilka miesięcy od kiedy wynalazłam je w jednej z naszych bibliotek. Wydawnictwo Zakamarki ciągle obdarowuje nas nowymi pozycjami, napisanymi co prawda dawno, czasem kilkadziesiąt lat temu, ale przeważnie debiutującymi na rynku polskim. Trudno uwierzyć, że wychowałam się bez "Jak Kalle rozprawił się z bykiem", chociaż Astrid Lindgren napisała to opowiadanie w 1950 roku, a Marit Törnqvist zilustrowała je w 1991 roku. Przecież od najwcześniejszego dzieciństwa otaczały mnie książki tej autorki, sama też od jedenastu lat otaczam nimi swojego syna, a jednak Kalle nas ominął. Jak to dobrze, że już od dziesięciu lat mamy wydawnictwo Zakamarki, które odświeża naszą domową biblioteczkę i spojrzenie na twórczość najpopularniejszej ze szwedzkich pisarek, kontynuując zarazem tradycję polskiej translatoryki, bo nieznane w Polsce utwory Astrid Lindgren przekłada Anna Węgleńska, wybitna tłumaczka popularnej "Ronji", niektórych "Karlsonów", "Blomkvistów" i "Lott".
"Jak Kalle rozprawił się z bykiem" jest typem książki, do jakiej chce się wracać na okrągło, zwłaszcza gdy ma się kilka lat i rodzica, który lubi czytać w każdej wolnej chwili. Na początku polubiliśmy ilustracje otwierające opowieść: ptaki na dachu obory goszczącej na okładce (takie same "skaczące ogonki" spotykamy na wakacjach), kury przysiadające na furtce i uciekające przed bykiem na pierwszej stronie opowiadania oraz wszędobylskie koty wylegujące się na wyklejce i początkowych kartach. Ale byliśmy twardzi i nie oglądaliśmy dalszych obrazków bez czytania, przeszliśmy do tekstu, który okazał się prawdziwą bombą.
Nie znam zbyt wielu małych form stworzonych przez Astrid Lindgren, czytywałam dotąd głównie powieści tej klasycznej autorki. Tym bardziej byłam zaskoczona urodą "Kallego", bo jest to niewątpliwie utwór ładny, zgrabny i inteligentny, pełny pozytywnej energii, choć przecież tak krótki. Siedmioletni "mały wiejski chłopiec" ze Smalandii (region Szwecji) wydaje się być kolegą, kuzynem albo pierwowzorem słynnego Emila, ale nie jest bohaterem wracającym w kolejnych książkach, tylko takim wyciągniętym na chwilę z tłumu zwyczajnym, pełnym werwy chłopaczkiem. Dzięki niemu czytelnik przekonuje się, że każdy może dokonać czegoś wyjątkowego, a potem sobie zniknąć z oczu gapiów i żyć szczęśliwie poza zasięgiem reflektorów.

Dlaczego byka nagle ogarnia złość? Dlaczego Adam Engelbrekt w tamtą wielkanocną niedzielę wpadł w tak okropnie zły humor? Tego nigdy się nie dowiemy. Może któryś z cielaków odezwał się do niego niegrzecznie w cielęcym języku, a może krowy go zirytowały. W każdym razie Svensson nie mógł pojąć, dlaczego w ten wielkanocny poranek Adam Engelbrekt urwał się i pocwałował przez oborę z wielkim hałasem i tak straszliwym wyrazem oczu, że Svensson nie odważył się go zatrzymać i spytać, czy może Adam Engelbrekt był z czegoś niezadowolony. Svensson co sił w nogach wybiegł z obory, a Adam Engelbrekt z furią popędził za nim.

W książce Astrid Lindgren wydarzeniem dnia staje się ucieczka byka z powroza. Rozbawiło nas jego podwójne imię i osobowość, dowodzące, jak wysoki był (i pewnie nadal bywa) status niektórych zwierząt na wsi. Zwierzaki w ogóle są tu w centrum wydarzeń, jest ich na kartach prawie tak dużo jak ludzi, ale tylko na ilustracjach, bo tekst ściśle trzyma się opisywanej sytuacji.
Miejsce i czas akcji są jasno określone i zamknięte w małej przestrzeni: oto mamy scenkę z życia Smalandii rozgrywającą się w wielkanocną niedzielę, prawdopodobnie na początku XX wieku, jak to było z "Emilem ze Smalandii", ale szczegóły właściwie nie mają znaczenia. Okoliczni gospodarze, ich dzieci i służba zbiegają się do zagrody (czyli dużego gospodarstwa), w której mieści się obora zamieszkana przez krowy, cielęta i królującego tam byka, sprawcę całego zamieszania. Ludzie mają bezpłatne świąteczne przedstawienie, a ich gapiostwo jest zdecydowanie ponadczasowe – przecież nadal zatrzymujemy się tłumnie przy każdym zamieszaniu na ulicy, czy to wiejskiej, czy wielkomiejskiej. Właśnie tak narodziły się uliczne teatry.
Niektóre okoliczności opowieści przeminęły i mogą się wydać czytelnikom nie tylko nieaktualne, ale i egzotyczne, jak radość dzieci z nowych sandałów, którymi zostały obdarowane na Wielkanoc, wynagrodzenie, jakie otrzymuje bohater dnia albo fakt, że Kalle mówi po smalandzku i nie zna ogólnego języka szwedzkiego, jednak, moim zdaniem, te archaizmy nie przeszkadzają w gładkiej lekturze, a tylko budują atmosferę.

Jednym z pierwszych, którego przygnała ciekawość, był Kalle z zagrody Torpet. Przybiegł tak szybko, jak tylko pozwoliły mu na to jego siedmioletnie nogi. Kalle był małym wiejskim chłopcem, dokładnie takim, jak tysiące innych smalandzkich chłopców – tak samo niebieskookim, tak samo lnianowłosym i tak samo zasmarkanym.

Nie ujawnię niczego więcej, niż zdradza tytuł książki, gdy powiem, że Kalle w pięknym stylu ujarzmi rozbrykanego olbrzyma. Cóż, gdzie dorosły nie da rady, tam pośle małego naturszczyka, a ci ze Smalandii mają najwyraźniej predyspozycje do poskramiania zwierząt, i to lepsze od niejednego parobka czy gospodarza. Przecież i Emil zasłynął z podobnego wyczynu, a jeśli nie pamiętacie tego rozdziału lub zupełnie go nie znacie, po przeczytaniu "Kallego" koniecznie sięgnijcie po przygody największego smalandzkiego łobuza.
Bożena Itoya

Astrid Lindgren, Jak Kalle rozprawił się z bykiem, ilustrowała Marit Törnqvist, przełożyła ze szwedzkiego Anna Węgleńska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.

Biuro Detektywistyczne nr 2: Operacja Reklamówka, Operacja Cyrk

Bardzo lubię wracać do norweskiej serii książek dla dzieci "Biuro Detektywistyczne nr 2", której twórcami są znany autor kryminałów Jørn Lier Horst oraz rysownik i filmowiec Hans Jørgen Sandnes. Proste, ale intrygujące i nie zawsze oczywiste zagadki detektywistyczne mają swój urok, ale niepowtarzalna atmosfera tego cyklu wynika z połączenia minikryminału z ilustracjami, które na pierwszy rzut oka wydają się bliskimi krewnymi filmu animowanego. Obrazki w książkach o Tiril, Oliverze i Otto przypominają bowiem kadry z kreskówek Disneya, ale są, według mnie, dużo ciekawsze, ładniejsze, nie takie przesłodzone jak widuje się w telewizyjnych i kinowych hitach.
Ósme zlecenie przyjęte przez młodych detektywów z Elvestad nosi kryptonim "Operacja Reklamówka". Jak zwykle nikt się nie zgłosił do Oliviera i Tiril, nie było żadnych próśb o pomoc, ponieważ Biuro Detektywistyczne nr 2 działa tak, jak zostało założone: w wyniku autoinspiracji oraz wielkiej potrzeby działania. Para śledczych i ich psi pomocnik mają nosa do problemów, ciągle coś się wokół nich dzieje, choć Elvestad to taka sobie, malutka nadmorska miejscowość, a nie Gotham City. Bezustannie wypatrują więc podejrzanych zachowań, nawet w najzwyklejszych ludziach, i zdarzeń, choćby pozornie to nie był żaden dzień zbrodni, tylko kolejny zwyczajny poranek, płynący sobie w sam raz powolnie, w rytmie Elvestad.

(...) – Popatrz na niego! – poleciła.
Wzdłuż płotu po drugiej stronie ulicy drobnym krokiem szedł mężczyzna z foliowa reklamówką w ręce.
Dlaczego? – zapytał Oliver.
Nie wiem do końca – odpowiedziała Tiril. – Ale coś z nim jest nie tak. Jakby skrywał jakąś tajemnicę.
Oliver musiał się zgodzić. Na nosie mężczyzny tkwiły okulary przeciwsłoneczne, chociaż było pochmurno. Do tego na szyi miał szalik, na uszy naciągnął czarną czapkę, a dłonie schował w rękawiczkach, chociaż nie było zimno.

Prosta obserwacja i intuicja detektywa naprowadzają bohaterów na trop lokalnej afery przemytniczej. "Operacja Reklamówka" jest jedną z moich ulubionych odsłon serii, ze względu na deszczową, mglisto-mroczną atmosferę. Nawet jeśli młody czytelnik nie czytał wcześniejszych tomów, może zacząć od tego, bo jest on świetną wizytówką "Biura Detektywistycznego nr 2": będą i dziwne ślady, i grzebanie w koszu ze śmieciami oraz interpretowanie zabezpieczonych dowodów, i ciemne pomieszczenia, i straszne robale, nie obędzie się nawet bez wybiegania na drogę wprost pod koła samochodu.
Dziewiątej książki o Tiril i Oliverze nie warto oceniać po okładce, bo choć na zewnątrz "Operacja Cyrk" wygląda bardzo podobnie do "Operacji Reklamówki", w środku znajdziemy zupełnie inną historię. Tym razem będzie słonecznie, kolorowo, w wydarzeniach opowiedzianych przez autora i scenkach przedstawionych przez ilustratora weźmie udział cały tłum postaci, co stanowi novum w stosunku do kameralnej scenerii poprzedniego tomu. Nie zwiedzimy ciasnych, podejrzanych melin przestępców, akcja poprowadzi nas przez plenery, parady, rowerowe gonitwy, do rozgrzanego brawami i błyszczącego strojami akrobatów namiotu cyrkowego oraz przytulnych mieszkań. Wszystkie te miejsca odwiedził też tajemniczy złodziej, którego tożsamość i plany starają się wykryć nie tylko członkowie Biura Detektywistycznego nr 2, ale też nr 1, w osobie wujka Freda. A giną prawdziwe skarby, choć z naszego punktu widzenia ich wartość jest względna, bo chodzi o bardzo leciwe lalki, postacie z klasycznych bajek. Na początek uprowadzony zostaje Niedźwiadek (ten od Złotowłosej), a pierwszym poszkodowanym jest dziadek Franz. Stopniowo poznamy też problemy innych kolekcjonerów i będziemy śledzić trasę kradzieży, rozpatrując poszczególne typy z licznej grupy podejrzanych.
Obie książki są bardzo dynamiczne i czyta się je błyskawicznie. Podobnie jak w pozostałych częściach serii, czytelnik może ćwiczyć spostrzegawczość również wyszukując na ilustracjach pewne szczegóły wymienione w Posłowiu Ottona, na przykład podkowy, kartki z nutami, karty iluzjonisty, nosy klauna. Ta lektura jest świetnym szkoleniem dla przyszłych czytelników "Agatek" i "Holmesa".
Bożena Itoya

Jørn Lier Horst, Hans Jørgen Sandnes, Operacja Reklamówka, tłumaczyła z norweskiego Katarzyna Tunkiel, Media Rodzina, Poznań 2017.
Jørn Lier Horst, Hans Jørgen Sandnes,

Operacja Cyrk, tłumaczyła z norweskiego Katarzyna Tunkiel, Media Rodzina, Poznań 2017.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Wilk powrócił!


Geoffroy de Pennart jest autorem i ilustratorem znanym w Polsce głównie z książek o Krowie Zosi (wyd. Muchomor), ale od niedawna możemy podziwiać również inną publikację francuskiego twórcy: "Wilk powrócił!". Miłośnicy charakterystycznej krowy będą zadowoleni, bo nowa (przynajmniej w Polsce, we Francji ukazała się w 1994 roku) książka ma podobną konwencję, formę (duża ilustracja plus około 2 linijki tekstu), zbliżone poczucie humoru, a nawet wspólnych bohaterów, i to nie tylko ogólnie (zwierzęta), ale też w szczególe (ponumerowane koźlątka). Tym razem poznamy również dwoje dzieci, a właściwie nie poznamy, tylko spotkamy, bo znani są nam skądinąd, i to jest jedna z różnic sprawiających, że "Wilka" uważam za kolejny po "Krowie Zosi" poziom czytelniczego wtajemniczenia. "Wilk powrócił!" wyróżnia się odwołaniami do znanych wytworów kultury, autor liczy na bystrość czytelnika, oferuje oryginalną zabawę motywami i własne zakończenie popularnych opowieści.
Tytuł straszy postacią groźnego bywalca bajek, ale szybko okazuje się, że to on powinien się bać. Z każdą stroną bowiem powiększa się grono bajkowych ofiar wilka, pierwotnie widujących go w zupełnie różnych okolicznościach i czasach, teraz łączących się w lęku, szukających wsparcia u innych poszkodowanych. Czytelnik dobrze się bawi zgadując, kto dołączy do przelęknionej gromadki po przewróceniu kolejnej kartki. Na pierwszej stronie (i na okładce) wieści z gazety przerażają Królika, rychło odwiedzają go Trzy Małe Świnki, zaraz po nich Koza ze swoimi siedmioma Koźlętami, Jagniątko i... no właśnie, kogo typujecie? Ja przynajmniej raz byłam zaskoczona.
Opowiadanie "Wilk powrócił!" jest nie tylko humorystyczną bajką, ale też czytelną (choć nienachalną!) pochwałą pewnych wartości. Królik i jego goście są bardzo towarzyscy, przyjaźni, dbają o dobre stosunki z sąsiadami, mogą na siebie liczyć, potrafią też przezwyciężyć uprzedzenia i nieoczekiwanie zmienić sposób myślenia. Autor silnie akcentuje interes zbiorowości i potencjał, jaki tkwi w stowarzyszaniu się. Tu każdemu opłaca się przystąpić do barwnej, zróżnicowanej kompanii. A czytelnik nie tylko uczy się, zgodnie z celem każdej bajki, jak postępować, ale też po prostu zapamiętuje pozytywne wrażenia i ciepło płynące z tej prostej książki. Jeśli chcecie, by dzieci kojarzyły książkę z czymś przyjemnym, "Wilk powrócił!" będzie znakomitym wyborem.
Książka została bogato zilustrowana, przy czym obrazki są niezbędnym elementem lektury, co zbliża "Wilka" do książki obrazkowej (picturebook) lub parakomiksu. Treść obrazów pozwala dokładniej przeżywać historyjkę, lepiej poznać bohaterów i okoliczności ich przygody. Baczny czytelnik bada na przykład, co pije Królik, jakie ma obrazy i tapety, o czym traktują nagłówki kolejnych artykułów w gazecie (widocznej już na okładce książki), może też wyszukiwać i liczyć rozbrykane koźlątka. Autor stosuje spokojne, jasne barwy, z wyjątkiem nocnej wyklejki, zresztą bardzo ciekawej i znakomicie kontrastującej z wnętrzem książki. To samo można powiedzieć o całej publikacji, stanowiącej połączenie humoru z morałem, przełamującej tradycyjną "bajkowość" własnymi pomysłami autora, w tym ułamkami sztuki komiksu, oraz godzącej pokojowość ze stanowczym pokazem siły.
Bożena Itoya

Geoffroy de Pennart, Wilk powrócił!, tłumaczyły Maria Skowrońska i Jadwiga Skowrońska, Muchomor, Warszawa 2017.

Wielki wybuch czyli K. kontra K.


Wiek jedenastu lat to ciężki okres w życiu, taki czas zawieszenia między wczesnym dzieciństwem a... wczesną nastoletniością. Z jednej strony: "Jaki plac zabaw?!", "Ja, do piaskownicy?! To dla dzieci!", a z drugiej – tylko nie uświadamianie, co mnie obchodzą dziewczyny, gdzie tam jakaś miłość... Jak przeżywają podobne chwile chłopcy, można przeczytać w powieści duetu pisarskiego Kosmowska&Kasdepke: "Wielki wybuch czyli K. kontra K.". Tytułową parą bohaterów są Kryspin i Ksenia, dziewczęcy punkt widzenia jest więc dość mocno zaakcentowany, jednak mam wrażenie, że większość zadowolonych czytelników stanowią (lub będą stanowić) chłopcy.

Po chwili zgrabne piaskowe ciasteczka piętrzyły się na drewnianej tacy i brakowało tylko amatorów na te pyszności.
Czyżby?
Właśnie ktoś wypadł z klatki i zmierzał prosto w stronę Kseni. Ten ktoś, znany na całym podwórku jako Maciej Kociński, słynął z miłości do hip-hopu oraz całkowitej niechęci do dziewczyn.
A to dopiero uczta! – but Maćka rozdeptał babki, a jego piegowata twarz wyrażała pełnię szczęścia.
Ksenia w milczeniu czekała na ciąg dalszy. I słusznie. Chłopak jednym ruchem naciągnął kaptur na głowę i, przebierając nogami w hip-hopowym tańcu, rozpoczął swój występ:
Ludzie, jak chcecie kupę obciachu,
przyjdźcie się najeść babkami z piachu.
Jest tu kuchara, Ksenia cwaniara,
co was nakarmi chyba od zara...

Ksenia, sądząc po rówieśniczkach mojego syna, nie jest typową jedenastolatką nie tylko ze względu na egzotyczne imię , ale i zainteresowanie grą sieciową polegającą na planowaniu i przeprowadzaniu gwiezdnych wojen, rozmaitych taktyk kolonizacji oraz nawiązywaniu (kosmicznych) sojuszy politycznych. Pasja i charakter Kseni (w grze posługującej się nickiem k_ona) czynią z niej wzorzec wyzwolonej nastoletniej nonkonformistki i bardzo ciekawą postać literacką, jednak w rzeczywistym świecie raczej trudno spotkać podobną osobowość. Mój syn (sam jedenastoletni) po lekturze doszedł do wniosku, że bohaterowie tej książki "nie mogą mieć tyle lat", w tym wieku nie potrafiliby sklecić choćby zdania takiego maila (elektroniczne wiadomości pojawiają się w książce bardzo często), czwarto- i piątoklasiści interesują się zazwyczaj czym innym i w ogóle są bardziej dziecinni. Oczywiście to tylko nasze subiektywne odczucia, niepomniejszające zresztą wartości "Wielkiego wybuchu", jednej z najlepszych powieści przygodowych dla dzieci, jakie kiedykolwiek czytaliśmy.
Poza nieco zawyżonym poziomem dojrzałości emocjonalnej i społecznej Kseni oraz Kryspina (nick k_on), wszystko w tej historii jest hiperrealistyczne i bardzo aktualne. Dzieci chodzą do szkoły, jakich wiele, tkwią w relacjach koleżeńskich, które wielu czytelników aż nazbyt dobrze zna z autopsji (konflikt Kseni z byłymi przyjaciółkami, wyalienowanie Kryspina i jego pozycja klasowego obiektu prześladowań). Rodzinom bohaterów daleko jest do tych z telewizyjnych reklam czy opowiadań dla małych dzieci: oboje mieszkają tylko z jednym rodzicem (mamą), tata Kseni pracuje za granicą i jest obecny tylko na Skypie (za to mieszka z nią dziadek), a rodzice Kryspina rozwiedli się około 3 lata wcześniej i po tacie została jedynie szafa z ubraniami, odziedziczonymi przez niszczyciela smutków – Terminatora rasy cocker-spaniel. Jak najbardziej rzeczywiste są też na przykład codziennie zajęcia jedenastolatków i miejsca, w których bywają, bo autorzy osadzili akcję w Warszawie, głównie na Saskiej Kępie, poszczególne wydarzenia umiejscawiając w rozpoznawalnych punktach dzielnicy, jak Park Skaryszewski, ulica Obrońców czy biblioteka przy Meksykańskiej. Z życia wzięte są również zachowania (w wirtualnej rzeczywistości oraz poza nią) graczy, ich konwersacje i elementy socjolektu. Pozostaje mi tylko dodać, że polskim realiom odpowiada nawet stereotypowa pani Bożenka, choć z doświadczenia wiem, że bywają i niestereotypowe.

Co tam robisz?! – Pani Bożenka zmarszczyła groźnie brwi i podeszła bliżej.
W swoim puchatym jasnym swetrze sięgającym prawie do kolan wyglądała jak żona białego misia z zakopiańskich Krupówek. Aż chciało się zapytać, czy można sobie zrobić z nią zdjęcie. Nachyliła się nad monitorem i, marszcząc brwi, sylabizowała tytuł. Bez okularów, które pozostały na biurku, odczytywała mniej więcej coś takiego: "Czy auta książątek bywają w jadalni? Odgarnij nalanych przy dachach". Popatrzyła na Kryspina ze zdumieniem. Potem zdumienie przerodziło się w politowanie. "Czy auta książątek bywają w jadalni?" – świetny temat wypracowania. Ciekawe, kto go wymyślił, bo na pewno żaden z polonistów. Smarkacz napisał byle co i myśli, że pani Bożenka się nie połapie. A tu niespodzianka!
Myślisz, że jestem głupia? – zapytała, jeszcze hamując irytację.
Kryspin wpatrywał się w jej dekolt. Puchaty ścieg jasnego swetra był idealną pułapką dla okruchów ciasta. Przez tych kilka sekund chłopcu udało się zidentyfikować kawałki zjedzonego przed chwilą sernika, południowego biszkoptu i porannej szarlotki. Zagadką biustowej spiżarki pani bibliotekarki pozostawały jedynie czarne drobinki.
Na co ty się gapisz?! – pani Bożenka wyprostowała się, odruchowo zasłaniając piersi.
Może to mak...? – wymamrotał Kryspin.
Bezczelny! – pani Bożenka nie kryła oburzenia. – W której ty jesteś klasie?
Co? – Kryspin czuł, że jest o krok od rozwiązania zagadki.

Ksenia i Kryspin chodzą do tej samej szkoły, do równoległych klas, w realu znają się tylko z widzenia (i lubią, więc nie wszystko jest jak w filmie "Masz wiadomość"), za to w grze Gwiezdni Rycerze są lojalnymi, kontaktującymi się codziennie sojusznikami. Jako czytelnicy doświadczamy równocześnie kilku płaszczyzn opowieści: z maili wymienianych między Ksenią i Kryspinem poznajemy działania bohaterów w grze i ich próby budowania swojego wizerunku z realu (a jest to obraz zupełnie niezgodny z rzeczywistością), natomiast ze zwyczajnej narracji dowiadujemy się, co na co dzień przeżywają k_on i k_ona w szkole, rodzinie, na podwórku oraz obserwujemy z zapartym tchem sytuacje, kiedy ich drogi się krzyżują. Dużo radości dostarcza czytelnikom także zagadnienie, które określiłabym jako życie uczuciowe dorosłych, to jest istot będących (w oczach nastolatków) jakby egzotycznym gatunkiem.

Biurko pod oknem było przeciwieństwem stanowiska pracy pana Michała: ład i porządek. Psia kość, gdzie laptop mamy?!
Yyy...? – pan Michał spojrzał na Kryspina pytająco.
Komputer, pliiiz! – jęknął błagalnie chłopak.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Farma, Plemiona czy Gwiezdni Rycerze? – zapytał wreszcie pan Michał.
Gwiezdni – wymamrotał Kryspin.
Atak czy obrona?
Sam nie wiem.
Pan Michał uniósł brwi, ale powstrzymał się od komentarza. Wskazał broda na swój monitor i wstał od biurka.
Dzięki! – Kryspin błyskawicznie znalazł się na jego miejscu. Zastukał w klawiaturę.
Pan Michał pokiwał głową i wyciągnął papierosa.
Nie mów mamie – Rzucił, sięgając po zapalniczkę.
Nie powiem – odpowiedział machinalnie Kryspin. – Szybko, szybko, hasło!
Ja też nie powiem – pan Michał zaciągnął się z wyraźną przyjemnością.
Kryspin rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
O komputerze – wyjaśnił pan Michał. – Podobno masz szlaban.
Mam – przyznał Kryspin.
Kolega mamy westchnął.
No właśnie... Niedobrze. Ale też jestem graczem, więc wiem, jak jest.
Kryspin chrząknął ze zdziwieniem. Lubił pana Michała. Mama też, choć utrzymywała, że jest on trochę dziecinny. Kryspin chyba zaczynał rozumieć, dlaczego.
Czy mogę mieć do ciebie prośbę? – odezwał się po chwili pan Michał.
Taaa... – Kryspin odpowiedział machinalnie, klikając kopertę z nieprzeczytanym maile od K.
Wspomnij mamie, ze jestem fajny! – wypalił pan Michał, po czym tak się zaczerwienił, że jego czarna broda nabrała miedzianego połysku.

Formalnie rozdziały, w których narrator (wszechwiedzący) koncentruje się na Kseni, przeplatają się z tymi poświęconymi Kryspinowi. Każdy rozdział rozpoczyna się odliczaniem godzin do tytułowego wielkiego wybuchu (sami wyczytajcie, co to za impreza), a kończy wiadomością e-mail, opatrzoną nickami i adresami k_jej i k_jego oraz wyróżnioną różową czcionką. Taka budowa powieści przyciąga i utrzymuje uwagę czytelnika. W połączeniu ze świetnie napisaną historią o porywającym scenariuszu, daje to prawdziwie wybuchową kompozycję i dawkę fascynującej lektury dla starszych uczniów szkoły podstawowej. To książka, od której naprawdę nie można się oderwać. My czytaliśmy ją na głos, na zmianę, do bólu gardła, ale po prostu musieliśmy skończyć w jedno popołudnie i wieczór, a przy tym chcieliśmy przeżyć tę przygodę razem.
Polecam przeczytanie "Wielkiego wybuchu" nie tylko spodziewanym, nastoletnim adresatom, ale i ich rodzicom. Po pierwsze dlatego, że się uśmieją, a po drugie ze względu na ogrom poruszonych problemów, których skali i charakteru zazwyczaj nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć, a często nawet w ogóle ich nie dostrzegamy. Grzegorz Kadepke i Barbara Kosmowska po mistrzowsku pokazali, co dzieje się w sercu, głowie, życiu i komputerze (teraz raczej: w smartfonie) młodego człowieka oraz jaki jest stosunek tych elementów istnienia. Czy nam się to podoba, czy nie, to, co dzieje się w sieci ma znaczenie, ba, stanowi istotny składnik nastoletniego "ja". Natomiast poza Internetem nasze dzieci nadal mają te same co zawsze problemy: czują się nieakceptowane przez środowisko rówieśników, nierozumiane przez dorosłych (świetne fragmenty o podejrzeniach względem seksualnych zainteresowań Kryspina), chcą się wyróżniać, ale tylko w modnych kategoriach, mieć psa, czasem zapaść się pod ziemię lub chociaż uciec z domu. Wszystko to znajdziemy w "Wielkim wybuchu". Są tu też gonitwy, komedie omyłek, zdradzone przyjaźnie, potyczki z nauczycielami.
A jeśli przeszkadza Wam, że powieść wydała się nam bardziej chłopięca, wrażenie to zrównoważy różowość i "sweterkowatość" ilustracji Anny Wielbut. Oprócz postaci zobaczymy na tych rysunkach komiksowe dymki (i kilka innych wybuchowych elementów), pikselowane motywy graficzne, jaskrawe wstawki (na przykład smycze na szaro-czarno-białym portrecie zbiorowym psów). Wszystkie te różowe akcenty i sam sposób podejścia do pracy ilustratora dają bardzo ciekawy oraz zabawny efekt i stanowią kolejną w tej książce wybuchową mieszankę. "Wielki wybuch" pod każdym względem wywarł na nas piorunujące wrażenie.
Bożena Itoya

Barbara Kosmowska, Grzegorz Kasdepke, Wielki wybuch czyli K. kontra K., zilustrowała Anna Wielbut, wydanie I w Wydawnictwie Literatura, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.