cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 17 lipca 2017

Atlas miast



Wydawnictwo Nasza Księgarnia przygotowało w tym roku kilka okazałych publikacji obrazkowych, jedną z nich jest olbrzymi "Atlas miast" (ilustracje: Martin Haake, tekst: Georgia Cherry), pierwotnie wydany w 2015 roku (Aurum Press – The Quarto Group, Londyn 2015). Nie mamy w domu wielu podobnych pozycji (przypominam sobie dwie oraz blok "aktywnościowy" do jednej z nich), na "Atlas miast" spojrzeliśmy więc świeżym okiem, bez zamiaru i predyspozycji do porównywania go z konkurencyjnymi ujęciami.
Książka posiada walory edukacyjne, przekazuje bowiem pewne elementy wiedzy kulturoznawczej, historycznej, geograficznej i ogólnie przyrodniczej, ale należy pamiętać, że jest to przede wszystkim publikacja artystyczna. Po układzie i proporcjach przyjętych w obrazkach poświęconych Warszawie szybko oceniliśmy, że w "Atlasie miast" wszystko jest umowne, subiektywne i nie w pełni poważne. Podtytuł określa rozmiar przedsięwzięcia: ambitni autorzy opracowali aż 30 dwustronicowych plansz, zbudowanych z pewnych ikon kultury (także popularnej) danego miasta, a każdy obrazek opatrzyli krótkim, prostym i bardzo ogólnym podpisem, dodając także jedno- lub kilkuzdaniowy opis miasta, informację o kraju (w którym znajduje się dane miasto), języku i populacji. Dla jasności znajdziemy tu też flagę i zwrot "dzień dobry" lub "cześć" w języku urzędowym albo jego miejscowym wariancie (kangur mówi "G'day"), a dla lepszej zabawy – pięć szczegółów do wyszukania (np. 5 rowerzystów w Kopenhadze, 5 niebieskich czaszek w Meksyku, 5 tangarek w Rio de Janeiro, 5 autobusów wodnych w Amsterdamie).
Ponad połowa miast pokazanych w atlasie leży w Europie (Lizbona, Barcelona, Londyn, Amsterdam, Paryż, Rzym, Berlin, Helsinki, Oslo, Kopenhaga, Sztokholm, Ateny, Stambuł, Praga, Budapeszt, Moskwa, Warszawa), przy czym Warszawa umieszczona została nie w części "europejskiej", ale między Buenos Aires a Hongkongiem. Może nasza stolica znalazła się tylko w polskiej edycji książki? Na to wskazywałaby też informacja redakcyjna o innym autorze tekstów dotyczących Warszawy. Poza Europą, dzięki atlasowi zawędrujemy do Ameryki Północnej (5 miast) i Południowej (3 miasta), Azji (4 miasta oraz wspomniany Stambuł) i Australii (1 miasto). Wybór autorów nie padł na żadne miasto afrykańskie, szkoda, byłoby co porównywać. Informacji o kontynentach i powyższych wyliczeń niestety nie znajdziemy w książce.
Pod względem plastycznym publikacja robi dobre wrażenie, zwłaszcza na dzieciach w wieku wczesnoszkolnym, które mogą nie tylko samodzielnie przeczytać opisy, ale też zrozumieć konwencję artystyczną. Nie jest to bowiem przekaz dosłowny, co można dostrzec już po brązowym kolorze wody w rzece na pierwszej planszy (Lizbona). Postaci narysowane są z przymrużeniem oka, często zajmują swoją osobą całą dzielnicę, czasem mają za duże, kiedy indziej tycie głowy, twarze niejednokrotnie przypominają maski, kolory skóry nie zawsze odpowiadają jakiejkolwiek ludzkiej rasie. Obrazki najogólniej można określić jako nieco geometryczne, bo sporo tu kantów i linii, zwłaszcza w tle (przypuszczam, że mają się one odnosić do prawdziwego planu miasta – podziału na dzielnice i/lub lub ważniejszych ulic). Oryginalna kolorystyka jest wkładem własnym ilustratora, niektóre miasta poznajemy jako pełne barw (Sztokholm, Stambuł, Nowy Jork), inne zapamiętamy jako szare (Berlin), fioletowe (Rzym!), brązowe (Lizbona!), piaskowo-wysuszone (Buenos Aires, Meksyk), mroźne (Oslo). Nie zawsze są to powszechne, pierwsze skojarzenia kolorystyczne z danym krajem lub miastem, ale niewątpliwie wpływają na oryginalność "Atlasu miast".
Koncepcja książki zakłada prezentację specyficznych cech danego miasta: miejsc, zabytków, potraw, zwierząt, wydarzeń, przedmiotów, czasem twórców lub bohaterów literatury. Zwięzły tekst jest równie nietypowy, co strona wizualna atlasu, bo każdy obiekt naniesiony na plan miasta opatrzony jest notatką w trybie rozkazującym: "Pozwól sobie na ciastko...", "Posłuchaj miejscowej orkiestry...", "Wejdź po 299 schodach...", "Zakop skarb w piaskach...", "Zwariuj na punkcie sztuki...", "Pogap się na szklany dach...", "Postukaj obcasami w takt...", "Prześledź historię Meksyku. oglądając piętnastometrowy mural...". Jak widać po ostatnim cytacie, również polska ortografia została potraktowana w sposób artystyczny, ponieważ zamiast przecinków zastosowano kropki, których nie ma za to na końcu zdań (rozpoczynanych tradycyjnie – wielką literą). Tyle rozkaźników w jednej publikacji wydało się nam męczące, jako mało doświadczeni czytelnicy książek krajoznawczych mieliśmy też pewien problem ze zrozumieniem, czemu ma służyć ten atlas-przewodnik (oba terminy pojawiają się w tytule książki): wzywa się nas do odwiedzenia tych miejsc poprzez otwarcie okienka? Nie, tu nie ma żadnych okienek. Może mamy przewrócić stronę, by znaleźć więcej informacji o danym obiekcie? Też nie, na kolejnej stronie jest już inne miasto. Przypuszczam, że nikt nie zabierze tego gigantycznego tomu na włóczęgę po wielkich miastach, dziecko nie zapamięta też wszystkich podanych w atlasie informacji (a są to przede wszystkim nazwy własne), by wykorzystać je w realnej podróży, może je ewentualnie wynotować planując takową, ale czy będzie to uporządkowany indeks? We właściwej części książki nie znalazła się ani jedna data, co istotnie ogranicza możliwość zestawiania ze sobą zarówno skarbów danego miasta, jak i różnych kultur przedstawionych na kolejnych planszach. Bez chronologii (i z pominięciem Afryki) nie nauczymy się za wiele o bogactwie cywilizacyjnym świata, czyli też nie taki był cel autorów. Pozostaje więc ostatnia możliwość, najprostsza, ale też najmniej odpowiadająca tytułowi publikacji ("atlas" i "przewodnik" są terminami o konkretnych znaczeniach) oraz zastosowanemu w niej trybowi rozkazującemu – to artystyczna wizja podróży, zakładająca, że mały czytelnik będzie wędrował jedynie palcem po planszy, bawił się, a nie uczył, przeglądając i zapamiętując tylko niektóre elementy zatłoczonych plansz. Ta książka ma tylko wzbudzić ciekawość świata. W tym zakresie "Atlas miast" sprawdza się znakomicie.
Bożena Itoya

Atlas miast. Podróżuj po świecie z przewodnikiem po 30 miastach, ilustracje: Martin Haake, tekst: Georgia Cherry, tłumaczenie oraz teksty dotyczące Warszawy: Anna Garbal, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Gru i Jadwiga kontra Jagiełło

Humorystyczno-edukacyjna seria "Ale historia...", pisana fachowo oraz ciekawie przez Grażynę Bąkiewicz, ilustrowana wesołym ołówkiem Artura Nowickiego i ukazująca się w wydawnictwie Nasza Księgarnia, liczy trzy tomy i kwitnie. Ostatnia (jak dotychczas) odsłona bawi już samym tytułem: "Jadwiga kontra Jagiełło" brzmi jak prasowy nagłówek, i to raczej dotyczący sportowego ringu niż wielkiej historii. Wszystko się mniej więcej zgadza, bo w tej książce historię badają uczniowie, podejmując, na życzenie nauczyciela historii (imć Cebuli), wyzwanie zbliżone do zakładu: kto był lepszym królem – Jadwiga czy jej mąż Jagiełło? Powagi znajdziemy tu tylko tyle, ile jest niezbędne dla zachowania historycznej "czystości" danych, które przekazywane są już w sposób mniej konwencjonalny, bo poprzez wypowiedzi małych (fikcyjnych) bohaterów, ich obserwacje podejmowane "na żywo" w XIV i XV wieku oraz w formie krótkich, zabawnych komiksów. Poza graficznymi wstawkami i tradycyjnymi ilustracjami mamy do czynienia z przygodowym opowiadaniem czy też minipowieścią, bez historycznych notek, przypisów i wykładów. To czysta beletrystyka, choć autorka odwołuje się do licznych ciekawostek i faktów z dziejów Polski.
Bohaterem każdej trzeciej serii "Ale historia..." jest inny uczeń tej samej klasy. W "Mieszko, ty wikingu!" poznaliśmy Aleksa, w "Kazimierzu, skąd ta forsa?" przez historię prowadziła nas Zuzka, a "Jadwiga kontra Jagiełło" należy do Grubego.

Cześć, jestem Gruby. Naprawdę mam na imię Karol, ale jakoś nikt o tym nie pamięta. Nawet w domu mówią na mnie Gru, co podobno było pierwszym słowem skierowanym do mnie przez mojego młodszego brata. Że niby taka pamiątka, ale przecież wyraźnie słychać, że to skrót od Grubego, i świadczy raczej o tym, że mój brat już pierwszym słowem chciał mnie obrazić. Nie skarżę się, bo w końcu na pierwszy rzut oka widać, że jestem za gruby. Już ze sto razy próbowałem zerwać ze słodyczami, ale na postanowieniach się kończy. No cóż, każdy ma jakąś słabostkę. Chociaż nie, nie każdy. Mój brat jest idealny, w dodatku nie lubi cukierków. Podobnie jak rodzice. Wszyscy w tej rodzinie (poza mną) jedzą sałatę, liczą kalorie i mają sprawy pod kontrolą.

Karol vel Gruby vel Gru jest bardzo wdzięcznym bohaterem, chyba bardziej ludzkim od poprzednich, może dlatego, że mniej przebojowym i bliższym zwykłym dzieciom, do jakich zapewne zaliczają się czytelnicy. Czytając książkę pozornie traktującą tylko o historii, poznajemy jedną z wielu rodzin oraz należącego do niej chłopca, który ma i kolegów, i kompleksy, i marzenia – jak każdy młody człowiek. Trochę śmiejemy się z tego, co myśli i mówi, ale głównie kibicujemy mu, mamy nadzieję, że zostanie dostrzeżony i doceniony przez swoje środowisko, zwłaszcza rodzinne, bo tego pragnie chyba najbardziej.
Niektóre problemy świata przedstawionego odbiegają od naszych, współczesnych, bo rzecz dzieje się w przyszłości i rodzice Grubego borykają się na przykład z wymianą starego samochodu na kapsułę do przemieszczania się w przestrzeni. Również nauczanie historii przebiega inaczej niż w szkole choćby mojego syna, i właśnie dlatego książki Grażyny Bąkiewicz są takie ciekawe dla czytelników, nawet tych początkujących.

Wciskając guzik, patrzyłem na drzwi, czy aby w ostatniej chwili się nie otworzą i ktoś nie powstrzyma startu. Ale nie. Udało się. Hurra!
Szuuuu... mknąłem przez warstwy czasu. Jak mówię "mknąłem", to nie jest to żadna przenośnia. Ławki Cebuli, w przeciwieństwie do publicznych środków transportu, przenoszą w przeszłość błyskawicznie. Wystarczy wstrzymać oddech i już jest się dawno temu.
Raz, dwa, trzy... i wylądowałem. Szczęśliwie w jednym kawałku, chociaż nieźle zagruchotało, gdy osiągnąłem cel. Ale ławka się nie rozsypała i zaraz zniknęła w czasoprzestrzeni. Cebula przyśle ją we właściwej chwili.

Te niewielkie próbki tekstu dobrze pokazują, jakim językiem pisane są książki z cyklu "Ale historia...": zwięzłym, lekkim, elastycznym, niemal potocznym, ale nadal poprawnym i skodyfikowanym, odpowiadającym podręcznikom. Ta charakterystyka znakomicie odpowiada także obrazowi historii, jaki przekazują autorka i ilustrator. Naprawdę żałuję, że podobnych publikacji nie było w moim dzieciństwie (lub na nie nie trafiłam) i dzieje Polski jawiły mi się zbiorem dat oraz nudnych opisów koligacji władców. Książka "Jadwiga kontra Jagiełło" oswaja z egzotyką dawnych wieków i porządkuje wiedzę już na samym początku jej zdobywania, bo w polskich szkołach dzieci dostają podręcznik do historii w czwartej klasie, w wieku dziesięciu lat, a po serię "Ale historia..." mogą sięgnąć nawet wcześniej.
Władysław Jagiełło, Jadwiga Andegaweńska i inne postaci historyczne przedstawione zostały w ciekawy, często wesoły sposób, jako osoby, które moglibyśmy minąć na ulicy i trochę je poznać, jak politycy, o jakich słyszy się na co dzień w mediach (bo zakładam, że dzieci o nich nie czytają). Pojawia się też wątek przedmałżeńskiej miłości młodej Jadwigi, porywający dla dziewcząt po obu stronach książki. Chłopcy pewnie zainteresują się opisami Krakowa i wzmiankami o bitwach, oblężeniach oraz szpiegach. Do Krzyżaków dołączy nawet jeden z uczniów (określenie "kolega" nie bardzo tu pasuje) z klasy Grubego, jeśli czytaliście poprzednie książki z tej serii, zgadnijcie, który? Powrót w pełnym składzie z wycieczki w czasie będzie ostatnim, ale też najtrudniejszym zadaniem, jakie Grubemu i jego kompanii wyznaczy profesor Cebula.
Zaletą i specyficzną cechą tej historycznej przygody jest, pod kolejnym już względem, charakter bohatera. Gruby to smakosz, w podróżach do przeszłości najbardziej interesują go przepisy na słodycze. Dzięki temu z lektury dowiemy się dużo o wyposażeniu czternasto- i piętnastowiecznej kuchni, sposobach przyprawiania oraz podawania potraw, pracy kucharza, zwyczajach przy stole, a nawet poznamy przybliżoną cenę cukru. Wszystko to zostało smakowicie doprawione obrazkami Artura Nowickiego, tym razem jeszcze bardziej satysfakcjonującymi, pełnymi humoru, szczegółów, śmiesznych min, cieni (łącznie ze śladami po poruszonych i znajdujących się już gdzie indziej przedmiotach), szczerbatych uśmiechów i wciąganych do przeszłości, rozciągniętych postaci. I choć kolor pojawia się tylko na okładce, są to ilustracje wyjątkowo barwne oraz nowoczesne.
Jeśli wasze dzieci lub podopieczni jeszcze nie zetknęli się z cyklem "A to historia...", koniecznie zadbajcie o uzupełnienie tej luki. Można zacząć nawet od książki "Jadwiga kontra Jagiełło" – mimo że jest to trzecia część, wszystkie elementy świata przedstawionego zostały czytelnie objaśnione i są zrozumiałe dla debiutującego konesera historii Polski w ujęciu obrazkowo-przygodowym.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Jadwiga kontra Jagiełło, ilustracje Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Mój przyjaciel Stefan


"Mój przyjaciel Stefan" Evy Lindström jest jedną z książek, które polecił mi mój syn, mówiąc, że muszę przeczytać, bo mi się spodoba. Skąd wiedział? Oboje lubimy trochę "szalone" książki i filmy, w których nieprzewidywalność przeważa nad racjonalnością. Także w tym szwedzkim opowiadaniu, a właściwie literacko-graficznej opowiastce, istoty oraz sytuacje znane nam z rzeczywistego świata mieszają się z fantastycznymi zdolnościami i motywami. Oboje bawiliśmy się świetnie, ponieważ zagłębieni w lekturze nie mieliśmy pojęcia, co wydarzy się na kolejnej stronie, a ponadto książka ma niepowtarzalną atmosferę i kompletnie nie potrafię jej przypisać do czegokolwiek, co wcześniej czytaliśmy.

Miał na imię Stefan i pochodził z południa kraju. Sprzedał dom rodzinny i przeprowadził się do miasta. Przez jakiś czas pracował jako sowa w przeróżnych programach przyrodniczych. (...) Teraz miał inną pracę. Wiercił dziury w ścianach sklepów, żeby potem ktoś mógł zawiesić półki, na których położy się rzeczy na sprzedaż. Te dziury śniły mu się po nocach. Były wszędzie, cały świat pełen dziur. Stefan budził się zlany potem.

Tytułowy Stefan jest puszczykiem, poznajemy go, gdy występuje w filmach, i choć pozornie nie ma w tym nic dziwnego, bo są to filmy przyrodnicze, jednak Stefan odgrywa role – jest aktorem. Chyba naturszczykiem, ponieważ nie pozostaje długo przy tym zajęciu. Naturalne poszukiwanie swojego miejsca w świecie wypełnia całą książkę. Pewnie nie każdy doceniłby, że za przyjaciela ma takiego wagabundę, to ten typ znajomych, których trochę się unika i pokpiwa z nich za ich plecami, ale mała narratorka "Mojego przyjaciela Stefana" jest pełna zrozumienia i ciepłych uczuć.

Tęskniłam za nim. Dlatego ucieszyłam się na widok ogłoszenia w gazecie:
SZKOŁA LATANIA U STEFANA
TEORIA I PRAKTYKA
TEL. 12345467865
Zadzwoniłam. Zajęcia właśnie się zaczynały i Stefan powiedział, że mogę chodzić za darmo. Po starej znajomości.

Można pomyśleć, że przyjaciółka Stefana nie będzie dobrym kursantem, skoro jest dziewczynką, a nie ptakiem. Rzecz w tym, że wielozawodowy puszczyk uczy latania właśnie ludzi, czasem nawet osiągając sukces. Robi się więc coraz bardziej nieprawdopodobnie, ale spokojnie, trafimy jeszcze na ziemię. Stefan chwyta się bowiem kolejnych zajęć i znajduje nawet wspólnika, a charakter ich współpracy oraz sposób bycia niepokojąco przypominają historie, o jakich czasem słyszymy w mediach (albo obserwujemy na osiedlowych ławeczkach).

Ten Borys był sową innego gatunku. On i Stefan mieli plany których nie chcieli mi zdradzić. Wkrótce miało z tego wyjść coś naprawdę świetnego. Teraz jednak szwendali się tylko i objadali klementynkami. Zaproponowali, żebym poszwendała się z nimi, ale nie miałam ochoty.


Wolny ptak Stefan jak zwykle goni za jakąś ideą, wpada w kłopoty, ale nadal jest sobą i ciągle ma przyjaciółkę. Choćby byli daleko od siebie, nie utrzymywali kontaktu, ta więź jest najprawdziwszym, najbardziej namacalnym elementem opowieści. Przyjaźń na odległość może być akumulatorem zasilającym, gdy to co blisko zawodzi, cieszę się, że taka relacja została pokazana w książce dla młodych czytelników.
Historyjkę zilustrowała autorka, nie dziwi więc idealne zgranie obrazu i tekstu. Twarz Stefana została jakby "wyprowadzona" z wyglądu prawdziwego puszczyka, bardziej nieprawdopodobna wydaje się natomiast dziewczynka, która równie dobrze mogłaby być panią w średnim wieku lub staruszką. Scena latania kojarzy mi się z różnymi obrazami tkwiącymi gdzieś w zakamarkach mojej pamięci, chyba najbardziej z Chagallem, choć kolorystyka jest zupełnie inna, a i twarze nie przypominają tamtych. Książka utrzymana jest w łagodnych barwach (po lekturze zapamiętaliśmy głównie jasnoszary oraz bladożółty) i konwencji dziecięcego rysunku. To bardzo spójne i wielostronne dziełko literacko-plastyczne, trochę zahaczające o nowoczesną, ilustrowaną powiastkę filozoficzną dla najmłodszych (i trochę, a nawet całkiem starszych).
Dzieci często zauważają, gdy coś nie gra w książce lub filmie: dziecko tak by nie powiedziało, nie ma takich ładnych mieszkań ani grzeczniutkich rozmów na przerwach... Jednak kiedy cała opowieść kwitnie abstrakcją, pytanie "ale jak to?" czy komentarz "to nie możliwe!" nie pada ani razu. Młody czytelnik chłonie tę atmosferę, wczuwa się w bajkowo-rzeczywistą akcję i niczego autorowi nie zarzuca. Tak właśnie został odebrany w naszym domu "Mój przyjaciel Stefan".
Bożena Itoya

Eva Lindström (tekst i ilustracje), Mój przyjaciel Stefan, przełożyła ze szwedzkiego Marta Wallin, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Peter i Lena. Dwa opowiadania


W 2017 roku wydawnictwo Zakamarki obchodzi 10-lecie istnienia, a mój syn ma akurat 10 lat doświadczenia jako czytelnik bibliotek dla dzieci i młodzieży. Pamiętam zachwyt początkującej mamy, jaki ogarnął mnie gdy jakoś w 2008 roku odkryłam, że Astrid Lindgren, literacka fascynacja mojego dzieciństwa, nadal jest w Polsce autorką popularną, często publikowaną, a na półce bibliotecznej stoją nie tylko klasyczne lektury, jak "Dzieci z Bullerbyn", ale i krótsze formy, w dodatku wydane dopiero co i w kolorze. W sam raz dla młodszego przedszkolaka, pomyślałam, i rzeczywiście, syn uwielbiał słuchać opowiadań o Lotcie oraz innych maluchach. A teraz dwa z tych utworów ukazały się w nowym, pięknym wydaniu pod wspólnym tytułem "Peter i Lena. Dwa opowiadania".

Lena nie umiała ani chodzić, ani mówić, umiała tylko płakać. Kiedy płakała, przychodziła mama, wyjmowała ją z łóżeczka, przytulała swój policzek do jej policzka i mówiła, że jest najsłodszym dzieckiem na świecie. Oczywiście Peter też. Kiedy Lena była głodna, dostawała jedzenie prosto od mamy. Co wieczór była kąpana w wanience, a tata bardzo, bardzo ją kochał.

Opowiadanie "Ja też chcę mieć rodzeństwo" jest i mądre, i zabawne, a przede wszystkim skuteczne. Oczywiście pierwszą myślą przeglądającego tę książkę dorosłego jest: to coś dla maluchów spodziewających się rodzeństwa albo właśnie debiutujących w roli starszego brata lub siostry. Rzeczywiście, to jedna z takich publikacji, jej bohater – Peter – dziwi się nowemu układowi rodzinnemu, jest zazdrosny, wściekły, ale z czasem staje się pomocnikiem rodziców i jeszcze starszym bratem. Wyjątkowość tego opowiadania (w porównaniu z innymi oswajającymi dzieci z pojawieniem się młodszego rodzeństwa) polega na prostocie narracji, braku przesadnej słodyczy i pokazaniu życia każdego kolejnego członka rodziny jako cyklu, w który włączane są starsze dzieci.

I wtedy urodził się im braciszek Mats. Nie umiał ani mówić, ani chodzić, tylko płakał. A kiedy płakał, przychodziła mama, wyjmowała go z łóżeczka, przytulała swój policzek do jego policzka i mówiła, że jest najsłodszym dzieckiem na świecie. Oczywiście Peter i Lena też. Kiedy Mats był głodny, mama go karmiła. Co wieczór był kąpany w wanience, a tata, Peter i Lena przyglądali się. Mama i tata, Peter i Lena bardzo, bardzo kochali Matsa.
Kochali go, mimo że był malutki i sprawiał wiele kłopotów, a mama musiała ciągle się nim zajmować i nie miała zbyt dużo czasu dla Petera i Leny. Ale im to nie przeszkadzało, bo w swoim pokoju prowadzili prawdziwe wojny na poduszki i było im bardzo wesoło.

Tekst jest tak urokliwy, że dobrze czyta się go nawet, gdy opisana sytuacja nijak nie dotyczy czytelnika. To po prostu dobra literatura, dodatkowo świetnie przełożona na język polski przez Annę Węgleńską, tłumaczkę między innymi "Ronji, córki zbójnika".
W drugim opowiadaniu Peter i Lena są już starsi, na tyle, że dziewczynka stwierdza (wypowiadając tym samym tytuł utworu): "Ja też chcę chodzić do szkoły". Pięciolatka zazdrości bratu, rwie się, by mu dorównać, i to też jest typowa sytuacja w rodzeństwie. Doskonale pamiętam, że kiedy byłam w tym wieku, mama uczyła mnie pisać, bo koniecznie chciałam dorosnąć do poziomu starszych braci. Lena dopiero coś tam sobie bazgroli, czytać też nie umie, za to może zabłysnąć znajomością ptaków oraz... "bardzo dobrym" bratem. Peter bowiem spełnia marzenie siostry i zabiera ją do szkoły, a my oczywiście towarzyszymy im przez cały dzień: w drodze przez miasteczko ("Kiedy mają przejść przez ulicę, muszą bardzo uważać."), na lekcjach, podczas przerwy, szkolnego posiłku, a nawet bójki. Wieczorem, który możemy podziwiać na okładce książki, okazuje się, że Peter i Lena nadal są zwyczajnym, wcale nie idealnie zgodnym rodzeństwem, które czasem mawia do siebie "głupia (głupi) jesteś".

Dobrze się jednak stało, że Bosse nie zjadł tysiąca naleśników. Zaraz po przerwie dzieci mają gimnastykę. Ciekawe, jak z tysiącem naleśników w brzuchu Bosse skakałby i robił taczkę?
Gimnastyka to najprzyjemniejsza lekcja – mówi Peter do Leny.
A Pelle pokazuje jej, jakie silne muskuły można sobie wyrobić na gimnastyce. Najwyraźniej już zapomniał, że to głupie przyprowadzać do szkoły małe dzieci.

Oba opowiadania zilustrowała Ilon Wikland, a więc książkę przygotowało moje ulubione trio twórcze (autorka, ilustratorka i tłumaczka), dzięki któremu w dzieciństwie śniłam o lesie Ronji i pokochałam czytanie. Także po lekturze zbioru "Peter i Lena" chce się więcej – książek, obrazków i... rodzeństwa. Kolorowy świat z tej publikacji będzie przenikał do życia kolejnych dzieci, a pewnie i pokoleń, bo książka wydaje się "nieprzemijalna" oraz niezniszczalna – wydana na solidnym papierze, szyta (a nie klejona), opatrzona twardą oprawą i płóciennym grzbietem. Z radością sięgnęliśmy ponownie po opowiadania "Ja też chcę mieć rodzeństwo" oraz "Ja też chcę chodzić do szkoły". Według nas wcale się nie zestarzały (wyd. Zakamarki opublikowało je – każde osobno – w 2008 roku, a Astrid Lindgren napisała w 1951 i 1954 roku) i, mimo niezwykłego rozwoju polskiego rynku książki dla dzieci, utrzymały swój status najlepszych utworów dla przedszkolaka, bo właśnie tak je od początku postrzegałam.
Bożena Itoya

Astrid Lindgren, Peter i Lena. Dwa opowiadania, ilustrowała Ilon Wikland, przełożyła ze szwedzkiego Anna Węgleńska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.

Pozłacana rybka


Barbara Kosmowska często podejmuje w swoich książkach trudne tematy, a bohaterami czyni osoby wrażliwe, indywidualistów znajdujących się gdzieś na peryferiach modnej ("tej dzisiejszej") młodzieży. Nie inaczej autorka postąpiła w powieści "Pozłacana rybka", utworze na tyle wymownym i uniwersalnym, że znalazł się na nowej ministerialnej liście lektur. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Literatura w ramach serii "Plus minus 16", a spodoba się najbardziej nastolatkom (zwłaszcza dziewczętom) od 12-13 lat wzwyż, przy czym nawet rodzice przeczytają ją jednym tchem. A przeczytać powinni.
Historia Alicji zawiera kilka wątków, które wynikają z prawdziwego życia i mogą się w nim pojawić. Nastoletnia bohaterka musi sobie poradzić z rozwodem i "nowymi życiami" rodziców, odległością dzieląca ją od przyjaciela (sympatii), byciem "bardzo rozpieszczoną jedynaczką", różnicami, jakie pojawiają się między nią a najlepszą przyjaciółką, z pojawieniem się przyrodniego brata, a w końcu z jego ciężką chorobą. Właśnie ten motyw najlepiej zapamiętujemy z książki i jeszcze po wielu tygodniach rozmyślamy o relacjach rodzinnych w obliczu tak wielkiej tragedii, jaką jest choroba kilkulatka.

W domu czekały na nią dwie nowiny. Dobra i zła. Mama pokazała jej pozytywną odpowiedź z kliniki w Sztokholmie, potwierdzającą termin wizyty Fryderyka.
To już za niecały miesiąc! – ucieszyła się Alicja.
Jest inny problem – mama mówiła z uśmiechem, ale w jej głosie pobrzmiewał niepokój. – Fryderyk na razie jest zbyt słaby, żeby udać się w taką podróż. Trzeba czekać, aż nabierze sił.
Nabierze! Musi! – Alicja nie chciała być dużą i rozsądną dziewczynką. Nie dzisiaj, gdy pojawiła się taka szansa dla jej brata. – Będę go karmiła. Mogę z nim codziennie ćwiczyć chodzenie. Zmuszę jaszczurkę, żeby zaczął pełzać jak szalony – trajkotała zawzięcie. Jej wysiłkom towarzyszył słaby uśmiech mamy.

Fryderyk jest synem ojca Alicji i jego partnerki, z którą związał się po rozwodzie z mamą bohaterki. Alicja mieszka z matką, a nową rodzinę początkowo ledwo akceptuje. Z czasem mały brat staje się ukochany, a macocha znośna, z tendencją do bycia przyjaciółką. Okoliczności zmieniają się na dramatyczne, jedyną pociechą może być zbliżanie się do siebie najbliższych Fryderyka, małego pacjenta onkologii. Czasem pojawia się gwałtowna, szalona, irracjonalna nadzieja bez pokrycia, ale wszystko wskazuje na to, że z chorobą Frycka-Jaszczurki wygrać się nie da. Jest jeszcze Robert...

Zaczęło się od festynu na pożegnanie lata. Początkowo wcale nie miała ochoty kręcić się w tłumie zgłodniałych turystów, wypełniających każdy plażowy zakątek. Nie lubiła tego plastikowego święta, wielkiej wyprzedaży kiełbasek i piwa.
Nie pójdę – zdecydowała naburmuszona.
Szkoda. – Robert stał zgaszony jak powoli zachodzące słońce. – Chciałem ci zagrać kawałek Vivaldiego – powiedział z ociąganiem. Zamierzał już odejść, gdy zmieniła zdanie.
Jeśli nie będę musiała jeść kiełbasek i strzelać do sztucznych królików, to ostatecznie mogę ci towarzyszyć – oświadczyła.
Nie pożałujesz! – obiecał jej z błyskiem w oczach.
A potem grał. Ludzie otoczyli go zwartym kołem, gdy z prowizorycznej sceny rozdawał im okruszki koncertu. Łapali je w otwarte z podziwu usta. Zasłuchani i szczęśliwi. Nad Alicją otworzyło się ciemne niebo. Przynajmniej tak się jej wówczas wydawało. Robert tonął w liściastych dekoracjach szumiących dębów, a ona myślała z dumą: "To dla mnie ta smyczkowa rzewność. Wszystko to dla mnie...".

Choć w życiu Alicji nie brak romantycznych chwil, przeważają sprawy trudne i smutne, bo nawet zacieśnienie relacji z partnerką ojca, mimo że wydaje się wszystkich cieszyć, prowadzi do konfliktu z matką. Bliskość wakacyjnej miłości też wydaje się względna, gdy wreszcie ma nastąpić wyczekiwane spotkanie w mieście Alicji. Nie wiem, czy w pozaliterackiej rzeczywistości różnice między nastolatkami z dużych miast a rówieśnikami mieszkającymi w małych miejscowościach są tak odczuwalne, ale w powieści Barbary Kosmowskiej obserwujemy coś na kształt szoku kulturowego, odmiennego systemu wartości, moralnej przepaści między metropolią a wsią.

Drzwi luksusowego mieszkania otworzył Borys.
Oho! Kogo tu mamy! – krzyknął w stronę pokoju, z którego dobiegały ostre rytmy techno. Nikt go nie usłyszał, choć Borys wrzeszczał imponująco. Tak głośno, że Alicja z niepokojem spojrzała na jego rozbiegane i nienaturalnie błyszczące oczy.
Macie szczęście, że nie cała trawa skoszona – mówił bełkotliwie próbując uporać się z zamkiem w drzwiach.
Jaka trawa? – próbowała ustalić Alicja, ale Borys zagłuszył jej pytanie kolejnym rykiem.
Ziomy są! – wrzeszczał do otwartych drzwi. – Państwo młodzi z sianokosów wrócili!

Po tej lekturze co inteligentniejsi czytelnicy zadadzą sobie pytanie, co naprawdę jest ważne w życiu i w ludziach, a pozostali zaśmieją się i nadal będą szukać przyjaciół (i pary) patrząc na buty, fryzurę czy "imprezowość". Swoją drogą, czy na pewno wyrasta się z takich kryteriów oceny ludzi? Czy nie wszyscy dobieramy sobie towarzystwo obserwując, ile kto czego ma i czy fajnie jest się z nim pokazać – w realu albo na portalu społecznościowym? A może to tylko stereotyp wielkomiejskości, którym posługuje się autorka "Pozłacanej rybki", może nie jesteśmy powierzchowni na tyle, że dopiero silny wstrząs potrafi poukładać nam w głowach?
Konwencja dramatu obyczajowego i wgląd wszechwiedzącego narratora w duszę nastoletniej bohaterki wpływają na język powieści, chwilami nieco wzniosły, oraz czynią z książki wyciskacz łez. Lektura ta zmusza do refleksji, może też nieść pomoc i oczyszczenie czytelnikom, którzy mieli doświadczenia podobne do Alicji. Autorka podpowiada między innymi, jak koncentrować się na potrzebach osoby chorej, a nie na naszej rozpaczy, czym jest wolontariat i jak zmienia się świat, gdy... Przeczytajcie sami. Każdy może przeżyć tę książkę inaczej, ale na pewno dobrze, że będzie czytana i omawiana w szkołach – zbliży do siebie dyskutujących uczniów, pozwoli im się lepiej poznać i pomoże poradzić sobie z klasowymi problemami, jak anoreksja (lub bulimia) jednego z uczniów lub presja środowiska. Znajdziecie tu całe morze dorastania i kilka kół ratunkowych.
Bożena Itoya

Barbara Kosmowska, Pozłacana rybka, okładka Marta Kramarz, wyd. IV, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

środa, 5 lipca 2017

Czarownice są wśród nas


Zawsze czekam z niecierpliwością na kolejną odsłonę serii "Polscy pisarze dzieciom", konsekwentnie, od wielu lat prowadzoną przez wydawnictwo Literatura. Zbiory opowiadań zawierające za każdym razem ponad 10 tekstów różnych autorów dają pewien obraz współczesnej polskiej literatury dla dzieci, można bowiem poznać indywidualny styl pisarzy, leitmotivy ich twórczości lub przynajmniej zaobserwować, na jakie sposoby wywiążą się ze wspólnego zadania. Tym razem Joanna Papuzińska, Zuzanna Orlińska, Liliana Bardijewska, Beata Ostrowicka, Grzegorz Kasdepke, Paweł Wakuła, Agnieszka Urbańska, Katarzyna Wasilkowska, Renata Piątkowska, Joanna Wachowiak, Kalina Jerzykowska, Katarzyna Ziemnicka oraz Marcin Brykczyński mieli napisać o czarownicach i uprawianiu magii w codziennym życiu współczesnych dzieci, stąd tom zatytułowano "Czarownice są wśród nas".
Katarzyna Wasilkowska wprowadziła magię do świata bohaterów znanych z powieści "Jowanka i gang spod Gilotyny". Był to pomysł bardzo ciekawy i satysfakcjonujący dla nas, wielbicieli literackiego debiutu tej autorki, czyli dopracowanej pod każdym względem "obyczajowej przygodówki", w której wyróżniona została między innymi rola samotnego ojca i relacja dziecka z dziadkiem. W opowiadaniu "Wiedźmka i mag", opublikowanym w zbiorze"Czarownice są wśród nas", poznajemy lepiej jednego z dziecięcych, a właściwie już młodzieżowych, bohaterów "Jowanki" – Wawrzyńca, a także jego młodsze rodzeństwo, przedszkolaków Zuzkę i Patysia. To maluchy wchodzą w rolę czarodziejów, zabiegając o magiczną metamorfozę starszego brata, jak dotychczas przykro doświadczanego przez dojrzewanie, pozbawionego pewności siebie, a przypuszczalnie także samoświadomości i tożsamości. Działania spółki wiedźmka&mag są łobuzerskie i zarazem urocze, a problemy Wawrzka do bólu prawdziwe. Autorce udało się dokonać czegoś, co dotąd wydawało mi się niemożliwe: w jednym tekście połączyła utwór literacki dla najmłodszych i najstarszych uczniów szkoły podstawowej. Ci pierwsi będą się identyfikować z brojącymi kombinatorami, a drudzy z dorastająca "ofiarą" czarów. Opowiadanie jest wciągające, zabawne ze względu na "magię" i równocześnie poważne, bo dojrzewającemu nastolatkowi jego stan zawsze wydaje się dramatem. Tekst został napisany lekko, z dużym wyczuciem literackim i rodzicielskim. Wszystko to sprawia, że uważam "Wiedźmkę i maga" za jedno z najlepszych opowiadań w tomie "Czarownice są wśród nas".
Palmę pierwszeństwa przyznaję jednak Zuzannie Orlińskiej, która w opowiadaniu "Czarodziej Złota Rączka" wywraca wszystko do góry nogami, zamieniając to, co zwyczajne z magią, igrając z przyzwyczajeniami i oczekiwaniami czytelników.

Lubiłem warsztat dziadka. Znajdowało się tu mnóstwo niezwykłych narzędzi, dłutek, pilników i wiertarek, pełno tajemniczych tubek, słoiczków, buteleczek. Pachniało mocno jakimiś wyziewami, od których czasem kręciło się w głowie. Na półkach nad stołem leżały różne zapasowe części ciała: stopy, ramiona, dłonie. Niektóre, misternie wykończone, wyglądały jak żywe, inne, z wiadomych tylko sobie względów, dziadek porzucił w trakcie roboty lub zostawił na potem. Niedopracowane czekały na swój moment.
Wyżej, zamknięci w czystych sześcianach, drzemali ludzie stworzeni wcześniej. Ci byli już całkiem gotowi: mieli włosy, szeroko otwarte szkliste oczy, ubrania. Czekali tylko na jedna decyzję, na słowo, które ich ożywi.
/Zuzanna Orlińska, Czarodziej Złota Rączka/

Dziadek-demiurg jest według bohatera (Jędrusia) jednym z całkiem zwyczajnych mieszkańców ulicy Czarodziejskiej, zdaniem chłopca niesłusznie noszącej taką nazwę. Cóż bowiem dziwnego w majsterkowiczu składającym i ożywiającym istoty ludzkie? Mama też jest typowa, zabiegana jak każda inna, nic specjalnego.

Mama akurat dzisiaj podróżowała w czasie. Domyśliłem się tego od razu, gdy tylko zobaczyłem te blade, smutne ziemniaczki na dnie garnka z zimną wodą. Musiała je obrać, kiedy wróciła na chwilę do naszego świata, ale że spieszyło jej się w dalszą drogę, nawet nie zdążyła włączyć palnika.
Po cichutku uchyliłem drzwi pokoiku, w którym pracowała. Tak jak się spodziewałem. Nie było jej tam. To znaczy – spoza stosów książek, rozłożonych na biurku, dostrzegłem jej nieruchomy profil oblany srebrzystą, mżącą poświatą, ale to było tylko jej ciało, które zawsze zostawiała na miejscu.
/Zuzanna Orlińska, Czarodziej Złota Rączka/

Kiedy już myślimy, że poznaliśmy całą możliwą magię tkwiącą w tym (czy tamtym?) świecie, dzieje się coś niespodziewanego i dla bohaterów straszliwego, a do akcji wkracza tytułowa Złota Rączka, czyli pan Janusz. Dla Jędrusia czary dopiero się zaczynają.
Opowiadanie "Kocie sztuczki" Liliany Bardijewskiej urzeknie właścicieli i wielbicieli kotów, zwłaszcza tych czarnych. To historia jednego z literackich kuzynów Mikołajka, który próbuje wprowadzić w życie pewien magiczny plan. Scenerią przygody stają się kocia piwnica (w bloku) i miejskie boisko, akcja prowadzona jest po mistrzowsku i czytając czujemy się jak widzowie kinowi lub teatralni. Wyobraźnia działa, autorka wciąga nas w opowieść do tego stopnia, że marzymy o pogłaskaniu pomiaukujących bohaterów.
Ciekawe wydało się nam również opowiadanie "Ciotka Jaga" Pawła Wakuły, w którym, podobnie jak w kilku innych utworach tego pisarza (seria książek o leśniczym Piątku z Doliny Bagiennej Trawy), do głosu – dosłownie – dochodzą nasze rodzime, legendarne straszydła. Tajemnicze talizmany, chatka poza zasięgiem (telefonów, elektryczności, cywilizacji i może nawet czasu), tytułowa ciotka, od której stronią miejscowi, bo ponoć jest czarownicą, pożeracze dzieci, zapętlona przestrzeń, do tego masa przesądów – takie elementy świata przedstawionego sprawiają, że aż strach się bać.

Zakopałem się pod kołdrą i czekałem. Przyszli szybciej, niż się tego spodziewałem. Usłyszałem skrobanie do drzwi i czyjś natrętny, oślizgły głos spytał:
Jesteś tam, Tymoteuszu?
Nic nie odpowiedziałem, zakryłem głowę kołdrą i czekałem.
Grubasku, otwórz nam! – zamlaskał ktoś pod drzwiami. – Przecież wiemy, że tam jesteś! Zrobiliśmy wszystko, żebyś przyjechał do nas i został zupełnie sam tej nocy! Nie wymkniesz się!
/Paweł Wakuła, Ciotka Jaga/

Bardzo osobiście odebrałam "Druhnę ciotunię" Joanny Papuzińskiej, ponieważ miałam szczęście spotkać własną cudowną "ciocię" w szkole średniej. To niepozorne opowiadanie zawiera dawkę prawdziwych czarów, bo młody człowiek znajdując w szkole dorosłego przyjaciela czuje się właśnie tak, jakby to była bajka, magia, cud. Bohaterowie "Druhny ciotuni" przeżywają dodatkowo pokręcone (naprawdę!) przygody, których pozazdrości im każdy znudzony bywalec zajęć pozalekcyjnych. Joanna Papuzińska po raz kolejny dowiodła, że jest wielką indywidualnością i mistrzynią polskiej literatury dla dzieci.
W zbiorze "Czarownice są wśród nas" znalazło się więcej interesujących opowiadań, jak choćby zamykający tom "Punkt spełniania marzeń" Marcina Brykczyńskiego, utwór prosty, ale przewrotny i nietypowo odnoszący się do zagadnienia przemocy w szkole. Są również teksty, które znamy z wcześniejszych wydań: świetna "Zwodnicza mapa" Joanny Wachowiak (wcześniej jako rozdział "Baby Blagi", książki recenzowanej przez nas w listopadzie 2016 r.) oraz "Magia w kolorze lilaróż" Grzegorza Kasdepke – opowiadanie najkrótsze, ale w pewnym sensie dominujące, bo do jego tytułu nawiązuje kolorystyka całego zbioru.
Warto przyjrzeć się dokładnie ilustracjom Joanny Kłos, po raz pierwszy zdobiącym serię "Polscy pisarze dzieciom" (i jakąkolwiek książkę wydawnictwa Literatura). Ilustratorka wykorzystała tylko trzy barwy: czerń, biel i najbardziej zauważalny kolor lawendowo-liliowy. Takie zestawienie było świetnym wyborem, bo czyni szatę graficzną wyjątkową, zarazem niepokojąco-intrygującą i wesołą. Charakterystyczne twarze wywołują uśmiech i skojarzenia z literaturą skandynawską, jakimiś skrzatami czy innymi trollami. W ilustracjach z tomu "Czarownice są wśród nas" można też dostrzec niewielkie inspiracje komiksowe, przy czym nie chodzi o konkretnych twórców, ale ogólnie o formę wyrazu. Szczególnie spodobały się nam rysunki towarzyszące opowiadaniom Joanny Papuzińskiej, Zuzanny Orlińskiej, Pawła Wakuły, Katarzyny Wasilkowskiej oraz Joanny Wachowiak, ponieważ są najdowcipniejsze, najbardziej dynamiczne, zróżnicowane, zaskakujące i najodważniejsze. Właściwie bardzo podobnie oceniam ilustracje do utworów Kaliny Jerzykowskiej, Katarzyny Ziemnickiej i Marcina Brykczyńskiego, zatem wśród tekstów, których oprawa plastyczna nas oczarowała, wymieniłam aż 8 z 13 opowiadań. Trudno się temu dziwić, skoro sukienka druhny ciotuni jest tak wzorzysta, jej stopy tak wielkie, zaklęcia zakręcone, podopieczni zakrzywiają przestrzeń (i drzwi), "niemagiczna" ulica Czarodziejska (czarodzieja Złotej Rączki) tak umiejętnie żongluje perspektywami i cieniami, do jej mieszkańców zaliczają się tak fascynujące sztuczne osoby, a na dodatek światło gaśnie na całe dwie strony. Udane nocne (i inne) obrazki zastaliśmy też w opowiadaniach "Ciotka Jaga" oraz "Wiedźmka i mag", w którym rozśmieszył nas również Wawrzyniec rosnący tak szybko, ze przestał się mieścić w książce. Przerastający oczekiwania bohaterowie zdarzają się zresztą w tym tomie częściej, począwszy od druhny ciotuni na pierwszej stronie pierwszego opowiadania. Swoje wyjątkowe portrety zyskały również zwierzęta, na które warto zwrócić uwagę zwłaszcza w "Zwodniczej mapie" i "Kocich sztuczkach".
Tak zróżnicowany tematycznie zbiór krótkich form prozatorskich zasługuje na uwagę rodziców i dzieci, a także na obecność na ich półkach. Wszystkie opowiadania mają dobrą atmosferę i optymistyczny wydźwięk, a po ich lekturze czytelnik zacznie się uważniej przyglądać swojej rodzinie, sąsiadom oraz innym osobom z najbliższego otoczenia, w poszukiwaniu magii, takiej codziennej i tej nadprzyrodzonej.
Bożena Itoya

Czarownice są wśród nas, różni autorzy, zilustrowała Joanna Kłos, seria Polscy pisarze dzieciom, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

piątek, 30 czerwca 2017

Psociniec

Poezja niewątpliwie pozytywnie oddziałuje na dziecko, podobnie bezcenny jest wpływ domowego zwierzaka na tegoż młodego człowieka. Właśnie taka i dokładnie o tym jest najnowsza książka Joanny Papuzińskiej, "Psociniec" – zbiór wierszy traktujących o rozmaitych psich oraz kocich charakterach, które nie mają sobie równych (i wiersze, i charakterki). Zawsze będzie nam czegoś w życiu brakowało, jeśli nie czytujemy wierszy i dorastamy bez zwierząt, najlepiej więc zaopatrzyć się i w "Psociniec", i w czworonożnego psotnika.

Opowiem wam o krainie,
co się nazywa Psociniec.
Mieszkają tu pies i kot,
najlepsi mistrzowie psot.
Ja wiem – niejeden powie,
że ma za dużo na głowie,
by choćby słuchać o tym,
co robią psy i koty.
Ja wiem – twierdzą niektórzy,
że dla nich to kłopot za duży,
bo mają wyższe cele
niż jakieś trele-morele,
jakieś podskoki i młyńce,
jakieś bez sensu Psocińce.
I nikt ich zdania nie zmieni.
Ale ostatnio uczeni
odkryli, że ludzka istota
powinna mieć psa i kota,
bo bez nich miewa się gorzej.
Więc kto naprawdę nie może
mieć – niech choć o nich poczyta
i kwita.
/Psociniec/

Uprzedzając uwagi, że przecież nie wszyscy mogą, bo alergia, bo małe lokum nadmienię, że Joanna Papuzińska pomyślała i o nich, ponieważ bohaterem jednego z wierszy jest pluszak. Poza tym wyjątkiem, na stronach "Psocińca" brykają autentyczne typy psich i kocich przyjaciół ras rozmaitych oraz kilku przedstawicieli gatunku nazywanego limerykiem, psotników wybitnie poetyckich i absurdalnych (znamy i lubimy podobne osobistości z utworów Marii Ekier czy Wandy Chotomskiej).

Pewna koteczka z Czerska
twierdziła, że jest perska.
Że łgała, stwierdzić nietrudno,
lecz nikt nie zaprzeczał, bo ludność
w Czersku jest bardzo rycerska.
/Samochwała/

Autorka znakomicie zna zwyczaje zwierząt i obcujących z nimi dzieci, stąd jej wierszyki są wyjątkowo zabawne i zabawowe – ich rytm wpisuje się w dziecięcy śmiech i podskoki, choćby przy grze w klasy, zalicza nagłe zakręty i nawroty, jak podczas gonitwy z psem, która rozpoczyna się, kiedy mały pan (lub mała pani) chce przypiąć smycz albo odebrać piłeczkę.

Czy wy znacie zabawę
pod nazwą "złaprękawek"?
Do gry tej potrzebnych jest
dwóch zawodników i pies.
Konieczne łóżko piętrowe,
strój – stare bluzy dresowe.
ZASADY: na górze gracze
leżą, machają w dół rękami,
a pies do nich skacze
i chce złapać za rękaw, a gracz rękę cofa (...).
/Gra/

Krótkie, zgrabne utwory gwarantują zainteresowanie słuchacza lub początkującego czytelnika. Również temat tomiku nie pozwala na nudę. Chyba wszystkie maluchy lubią zwierzęta, a jeśli któryś jeszcze nie ma własnego, autorka podaje kilka wskazówek, gdzie szukać i czego się spodziewać.

Musia to pies niewielki.
Nosi czerwone szelki.
Bardzo lubi swą panią.
I byłby z niej pies anioł,
gdyby nie zwyczaj brzydki
szczypania gości w łydki.
Goście się denerwują, piszczą, krzyczą nawet,
ktoś ma dziurę w rajstopach, a ktoś rozlał kawę (...).
/Muśka/

Ten optymistyczny poetycki obraz nie zawsze łatwego życia domowego z czworonogiem dopełniony został ilustracjami Joanny Rusinek. W tak barwnej i uroczej wizji jesteśmy w stanie znieść nawet podarte rajstopy i tęsknotę za kotem-włóczykijem. Na malunkach widzimy istoty zadziorne i anielskie, uliczne trzpioty i rasowe kanapowce, które rozweselają oraz koją wszelkie stresy i troski. Znamy wiele prac Joanny Rusinek, tym w "Psocińcu" dalej do plakatu, którego specyfikę dostrzegałam na przykład w "Wędrówce Nabu" (książka Jarosława Mikołajewskiego, wyd. Austeria), za to bliżej do tradycyjnej, rozbudowanej ilustracji książkowej dla dzieci, komentującej tekst wprost, ale z sercem i figlarnością, na którą stać tylko niektórych twórców.
Przepiękna jest ta lekkość wierszowania Joanny Papuzińskiej oraz rysowania Joanny Rusinek, które pozwalają dobrze się bawić i małym, i dużym czytelnikom, zresztą pewnie także pupile będą miały ubaw, jeśli tylko przeczytamy im "Psociniec" odpowiednim tonem.
Bożena Itoya

Joanna Papuzińska, Psociniec, ilustracje Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

niedziela, 25 czerwca 2017

Słońcem na papierze


W czasach, gdy wiele wydawnictw stawia na eksperymenty z formą książki dziecięcej, warto niekiedy oprzeć się trendom i obejrzeć na treść, docenić choćby zróżnicowanie gatunkowe polskiej literatury dla najmłodszych. Wbrew hasłom reklamowym głoszącym "tego jeszcze nie było!", było już chyba wszystko, co wcale nie musi być pesymistyczną konstatacją. Warto wiedzieć, jakie specyficzne typy książki możemy zaoferować swoim dzieciom, by poznały bogactwo polskiego pisarstwa, współczesnego i dawniejszego. Świetnym środkiem edukacyjnym jest książka "Słońcem na papierze" Anny Czerwińskiej-Rydel, ponieważ, po pierwsze, przybliża formę biografii literackiej (czyli książki biograficznej mającej postać opowieści literackiej, a nie dokumentu), a po drugie – osobę i czasy jednego z najpopularniejszych polskich pisarzy, Kornela Makuszyńskiego. Oprócz charakteru informacyjnego, dzięki któremu może przydać się w szkole, publikacja ta posiada szereg cech czyniących z niej po prostu przyjemną lekturę: czyta się szybko, czasem z uśmiechem, kiedy indziej ze wzruszeniem, główny tekst został opatrzony nielicznymi i czytelnymi przypisami, zastosowano wyróżnienia kolorystyczne wskazujące, które fragmenty pochodzą z prawdziwych dokumentów, a oprawa graficzna jest wręcz zachwycająca. Wydawnictwo zadbało również o wygodny format, przyjemną, trwałą okładkę (matową, ale nieprzystępną dla odcisków palców!) i takiż papier oraz szycie.
Anna Czerwińska-Rydel od pierwszych stron książki zanurza nas w ciepłej atmosferze rodzinnego domu Kornela Makuszyńskiego. Aż sam czytelnik wyczuwa tę bliskość, miłość i wsparcie otaczające małego chłopca.

Moje słoneczko! zachwycała się nim pani Julia. Zobacz, Edwardzie, on się ciągle śmieje. Ze wszystkiego jest zadowolony.
Rzeczywiście, to nasze najpogodniejsze dziecko – mówił z dumą pan Makuszyński. – I jakieś takie... promienne, masz rację.

Dzisiejsze dzieci szybko dostrzegą, że na przełomie XIX i XX wieku dorastało się znacznie wcześniej niż teraz. Inne zabawy, wyjazdy do szkoły, samodzielne utrzymywanie się – warunki życia przyszłego pisarza wydadzą się dziś niemal egzotyczne. Po lekturze tej literackiej biografii zapewne żaden młody człowiek nie zadałby autorowi "Szatana z siódmej klasy", "Awantury o Basię" i "Szaleństw panny Ewy" pytania, skąd czerpie pomysły do swoich książek. Od najwcześniejszego dzieciństwa Kornela Makuszyńskiego działy się wokół niego rzeczy komiczne i dramatyczne, niczym z powieści: pożary, awanturnicze wyczyny, zarabianie na życie wypracowaniami i wierszami... Były i indiańskie potyczki, w których uczestniczył dziewięcioletni wojownik.

W tym momencie zapłonął ogień. Krwawy Byk próbował się oswobodzić, ale był mocno przywiązany do drzewa prawdziwym indiańskim węzłem.
Co teraz?! On się spali! – przerażeni wojownicy zaczęli uciekać w popłochu.
Zostali tylko osłupiały Czujny Bóbr i Rączy Jeleń, którzy, niewiele myśląc, rzucili się w ogień, by ratować kolegę.
Staszek! – wołał Czujny Bóbr. – Żyjesz?
Żyję – odpowiedział chłopak. – Ale już myślałem, że Wielki Duch zabiera mnie na Wieczne Łowy... – uśmiechnął się przez łzy, które rzęsiście płynęły mu po twarzy, rozmazując dym i sadzę.
Wyglądasz jak najprawdziwszy wódz – powiedział Rączy Jeleń, który też płakał.

Z czasem Makuszyński pakował się w coraz większe kłopoty, choć niewątpliwie w książce Anny Czerwiśńkiej-Rydel brzmią one wesoło i fascynująco. Po młodym Kornelu można się spodziewać właściwie wszystkiego. Jak kończy się nastoletnia miłość? Jeśli jest dostatecznie tragiczna, to wystrzałami i zmianą szkoły.

Dzień pojedynku był bardzo ponury, jak zwykle w chwilach straszliwych. Rywale stanęli naprzeciwko siebie w otoczeniu sztabu sekundantów. Skłonili się sobie lekko, a potem zaczęli się kłócić, kto weźmie pistolet, a kto rewolwer.
Najlepiej wylosujcie – uciszył wrzawę Witek. – Będzie sprawiedliwie.
W wyniku losowania Kornelowi dostał się rewolwer. Wziął go ostrożnie do ręki.
Lodowato zimny – pomyślał. – Czy taka właśnie jest śmierć? To dla ciebie, Kazimiero! – spojrzał w niebo i zamknął oczy.
Pal! – krzyknęli sekundanci.
W tym momencie huknęły dwa strzały i dwa młode ciała osunęły się na ziemię.

Książka "Słońcem na papierze" napisana jest dobrze, z pasją i sercem. Przyjemnie czyta się nawet same tytuły rozdziałów, wiele mówiące, często zabawne i nieco poetyckie: "Rozdział IV w którym poezja wschodzi, a słońce zachodzi", "Rozdział VII w którym poeta ma dziurawe buty, ale chodzi w słonecznej sławie jak w kapeluszu", "Rozdział XVIII w którym pierwszy pyłek słońca siada na białej kartce papieru", "Rozdział XXVII w którym pojawia się tajemnicza postać z brodą, a smętne miasto promienieje słońcem". Autorka umiejętnie oddała ciepłe relacje Kornela Makuszyńskiego z pierwszą żoną Emilią (a ilustratorka dodała niepowtarzalny portret młodej pary), a także głęboką, partnerską więź łączącą go z drugą małżonką.

Kornel każdego ranka czekał na listy od czytelników. Cieszył się na ten moment, gdy Janina kładła mu plik kopert na biurku, otwierał je łapczywie, czytał zachłannie i odpisywał na nie z radością. Tym razem jednak jego twarz pociemniała, a ręka z listem zawisła smętnie w niemym zaskoczeniu. W takim stanie zastała go pani Janina, która weszła do gabinetu męża zaniepokojona dziwną ciszą. Wyjęła mu z ręki kartkę i zaczęła czytać:
Warszawa, 15 XII 1950 roku
Wielce Szanowny Panie,
z przykrością zawiadamiamy Pana, że nie będziemy mogli podjąć się wydania Pańskich następnych książek, gdyż specjalna Komisja dla książek dziecięcych i młodzieżowych z Ministerstwa Kultury i Sztuki zakwalifikowała pańską twórczość jako szkodliwą.
Łączymy wyrazy szczerego poważania
Jan Gebethner

Praca pisarza cały czas pozostawała na pierwszym planie jego młodzieńczego i dorosłego życia, tak też jest przedstawiana przez Annę Czerwińską-Rydel. Utrata kontaktu z młodym czytelnikiem i zakaz publikowania zburzyły świat Makuszyńskiego i zniszczyły go jako człowieka. To bardzo mocny fragment opowieści, dający do myślenia odbiorcy, niezależnie od jego wieku. Jak jest teraz? Czy podobne przekreślenie pisarza byłoby możliwe?
Niepowtarzalną atmosferę "Słońcem na papierze" współtworzą ilustracje Doroty Wojciechowskiej. Rozedrgane słoneczne promienie, nabrzmiałe od ruchu powietrza bluzy i marynarki, nadmuchane śmiechem i okrzykami dziecięce buzie czy płomienie trawiące spokój początku opowieści na pewno zwrócą i waszą uwagę. Dzięki obrazom Doroty Wojciechowskiej ta książka żyje oraz świeci własnym blaskiem; poczuliśmy i atmosferę Muzeum Kornela Makuszyńskiego w Wilii "Opolanka" w Zakopanem, gdzie cała historia się zaczyna, i klimat międzywojennej Warszawy, ledwie zarysowany przez autorkę, a znakomicie oddany na ilustracji przedstawiającej urokliwe kamienice z restauracją "Astoria" oraz zaczytanym Makuszyńskim. Aż trudno uwierzyć, że Dorota Wojciechowska nie jest warszawianką, bo właśnie tak "czujemy" naszą warszawską przeszłość.
Książka, jak zwykle w wydawnictwie Przygotowalnia, posiada piękną opisową metrykę, w której nie zapomniano wspomnieć nawet nazwy nietypowego kroju pisma. To prawdziwa gratka dla bibliofila. Kolekcjonerzy i zwykli czytelnicy zwrócą też na pewno uwagę na towarzyszące opowieści zdjęcia: ciekawe, dobrej jakości, jakoś tak pasujące do słonecznej treści książki, a także na kalendarium życia pisarza, załącznik rzetelny, ale daleki od naukowej suchości. Ucieszyła mnie również rozbudowana notka o Ogólnopolskiej Nagrodzie Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego i niektórych jej laureatach. Cała książka jest więc skarbczykiem wiedzy, interesującym, miłym i ładnym towarzyszem czytelnika, a dodatkowo mogłaby służyć za wzór profesjonalnie wydanej publikacji.
Bożena Itoya

Anna Czerwińska-Rydel, Słońcem na papierze. Niezwykłe losy Kornela Makuszyńskiego, ilustracje Dorota Wojciechowska, Przygotowalnia, Kraków 2017.

czwartek, 22 czerwca 2017

Nieja i ja


Lubicie "Pippi Pończoszankę" i "Karlssona z Dachu"? Często żałuję, że Astrid Lindgren nie napisała więcej książek, zwłaszcza takich, których bohaterowie wydają się nierzeczywiści, z innego świata. Czytając po raz pierwszy o Karlssonie i Pippi błagałam w duchu, by nie okazało się, że są tylko zmyślonymi przyjaciółmi (a kapitan Pończocha – zmyślonym tatą). Z kolei kiedy nieco dorosłam, bardzo denerwowała mnie ewentualność, że Prot z filmu "K-PAX" może być tylko wytworem choroby Roberta. Dla mnie zawsze był i pozostanie prawdziwą osobą z innego świata (dlatego wyparłam z pamięci trylogię literacką G. Brewera), podobnie jak Nieja, bohaterka książki Antoniny Kasprzak. Gdyby Astrid Lindgren żyła we współczesnej Polsce, być może zamiast "Karlssona z Dachu" powstałaby właśnie książka "Nieja i ja".
Powieść zaczyna się dość typowo: poznajemy Irenkę, dziewczynkę odstającą od rówieśników starodawnym imieniem, domem, sytuacją finansową i rodzinną (pada nawet określenie "eurosierota", w danym kontekście brzmiące jak wyzwisko), a co za tym wszystkim idzie wykluczoną z klasowej grupki "fajnych" dziewcząt. Bardzo szybko jednak dostrzegłam wyjątkowość "Niei i mnie" w języku oraz sposobie opisu otoczenia Irenki. Autorka posługuje się prawdziwą współczesna polszczyzną, nie żadnym wydumanym slangiem młodzieżowym sprzed 20 lat (jak często i ciężko bywa), postaci konstruują swoje wypowiedzi tak, jak rówieśnicy mojego syna. Bez znieczulenia podane zostają także realia wielkomiejskiej szkoły. Dokładnie tak to bywa, małe diabełki, dla których nie ma usprawiedliwienia, grasują w każdej albo prawie każdej klasie, przeważnie niewidzialne dla nauczycieli i rodziców. Czytając z dzieckiem pomyślcie o tym, że może być ono równie dobrze dokuczającym jak tym, któremu się dokucza.

Pewnie się bardzo nudzisz, kiedy jesteś tak długo sama w domu? Może zaprosisz kiedyś jakąś koleżankę?
Wcale nie wiedziałam, czy ktoś chciałby do mnie przyjść. Ostatnio z dziewczynami w szkole było gorzej. Zośka na przerwie zapytała, czy oglądałam finał "Małych Gigantów". Kiedy powiedziałam, że nie, parsknęła śmiechem, a Amelka na to, z taką udawaną troską:
Wiesz, że to brzydko śmiać się z biednych ludzi.
Najpierw nie byłam pewna, czy naprawdę tak o mnie powiedziała. Mówiła w końcu szeptem. Może mi się tylko wydawało? Może one się śmiały z czegoś innego?
Ale nie, śmiały się ze mnie. Potem Amelia dorzuciła jeszcze:
Biedna, nawet na telewizor jej nie stać. Mama mówi, ze to eurosierota.
Co to znaczy? – spytała Nadia.
Że jej tata sobie pojechał, a ona musi mieszkać w tej starej chacie babuni – zachichotała Amelka.
Śmiały się wszystkie trzy, Zosia Masłoń też, bo teraz była w ich grupce.
A tu mama mówi: Zaproś koleżankę.
Może kiedyś – wykręciłam się. Mamie byłoby strasznie przykro, gdyby wiedziała, że one mi tak dokuczają.

Irenka nie koncentruje się na problemach szkolnych, bo dużo ciekawych rzeczy dzieje się wokół jej domu i rodziny. Zabytkowy budynek staje się obiektem zainteresowania lokalnego antykwariusza – przynajmniej tak głosi wizytówka imć Panka. Mężczyzna kręci się w okolicy od dnia, w którym na strychu Irenki pojawia się Nieja.

Była to... nie wiem. Dziewczynka? Mała wróżka? Krasnoludek? W każdym razie mała istotka człowiekopodobna. Czarno-biała! Chuda, blada, z włosami w koczku, z długim nosem. Ubrana w kusą sukieneczkę i rajstopy w paski – oczywiście czarno-białe. Siedziała z bardzo znudzoną miną, z nogą na nodze, i powiedziała:
No, jestem. – Jakbym na nią czekała.

Malutka panienka przybywa na harce i przekąski (z musztardą i śliwkami w occie na czele) zawsze wtedy, gdy Irenka zostaje w domu sama i zdecyduje się przywołać Nieję stukając w starą maszynę do pisania. Pamiętacie jeszcze ten niepowtarzalny dźwięk? Magia sama w sobie! Nie tylko dla tych, którzy z maszyną do pisania wiążą ciepłe wspomnienia (ja – piszącej po nocach babci). Mój syn kilka lat temu wkroczywszy do naszej biblioteki za każdym razem kierował się najpierw właśnie do stojącej w kącie maszyny do pisania i coś tam sobie wystukiwał. Może gdyby każde dziecko miało dostęp do takich eksponatów, wszystkim towarzyszyłyby przyjazne istoty z innego wymiaru?
Mimo wprowadzenia motywu magicznego, w książce Antoniny Kasprzak stale pozostajemy w kontakcie z rzeczywistością. Irenka poznaje także kogoś z własnego świata i Nieja wcale w tym momencie nie znika. Bardzo spodobał mi się się opis naturalnego nawiązywania relacji między rówieśnikami (trzecioklasistami), bo mniej więcej takie tematy i oceny towarzyszą rzeczywistym próbom "zakolegowania się". Prawdopodobne, wyważone oraz celne wydało mi się również rozwiązanie problemu wyśmiewania przez szkolne koleżanki. Autorka dobrze zna psychikę oraz sposób zachowywania się dziesięciolatków i umiejętnie przeniosła je na karty książki.

Chłopak przyszedł w sobotę po południu. Był w moim wieku. Rudy i w okularach.
Cześć, jestem Franek. Panek. Możesz do mnie mówić Fran.
Franek Panek? Ale głupio – pomyślałam.
Irenka. – Podałam mu rękę i widziałam, że on też sobie pomyślał, że mam głupie imię.
Usiedliśmy wszyscy przy stole. Franek i ja siedzieliśmy sztywni i znudzeni. Mama i dziwny Szymon rozmawiali głównie o tym, jakie wszystko u nas w domu jest piękne, co w ogóle nie było prawdą. I o tym, jak to cudownie, że pan Szymon zajmuje się bratankiem.

Ilustracje Katarzyny Bukiert bardzo dobrze komponują się z tekstem, właściwie trudno sobie wyobrazić, że mogłyby być inne. Kojarzą mi się z pewną harmonijkową książeczką z mojego dzieciństwa, w której występowała podobna do Irenki ciemnowłosa dziewczynka w czapce (i paru innych ubraniach, które nieumiejętnie przywdziewała – Irenka w pewnym momencie robi zresztą to samo). Nieja jest istotą czarno-białą (stąd w świecie Irenki występuje dużo kontrastowych barw, czasem zaskakująco zestawionych: róż z czerwienią, stroje bladoróżowe obok ciemnozielonych), ostrą w znaczeniu rysów twarzy i wyrazistości, co widać zwłaszcza na tle nieco zamglonych portretów innych postaci na końcu książki. Pod względem plastycznym książka wyróżnia się spośród pozycji, które widuję w księgarniach i bibliotekach, podobnie jak nietypowo poprowadzona jest sama opowieść. Czy także zakończenie będzie niestandardowe, jak u Astrid Lindgren? A może autorka sprowadzi historię do naszego wymiaru i Nieja okaże się wytworem wyobraźni i samotności, wyimaginowaną terapeutką? Sprawdźcie, może książka "Nieja i ja" będzie odpowiadała akurat poziomowi magii waszych dzieci, a nawet jeśli dotąd nie gustowały w podobnych tematach, powinny być oczarowane akcją, tajemnicą i czarnym charakterem.
Bożena Itoya

Antonina Kasprzak, Nieja i ja, ilustracje Katarzyna Bukiert, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2017.

Ani słowa o Zosi!


Kiedy ostatnio uczestniczyłam z synem w festiwalu filmów dla dzieci i młodzieży "Kino w Trampkach", oglądaliśmy film za filmem, wszystkie z jakimś dziecięcym lub nastoletnim problemem w tle, a ja rozmyślałam, jak wielki potencjał tkwi w polskiej literaturze obyczajowej. Historie, które stały się podstawą produkcji filmowych, ambitnych, dobrych, nagradzanych i wyświetlanych na festiwalach, nie umywają się do niektórych współczesnych powieści dla młodzieży, jakie ukazują się choćby nakładem wydawnictwa Literatura w ramach serii "Plus minus 16". Najlepszym przykładem prozy, która aż prosi się o przeniesienie na ekran i międzynarodową popularność jest "Ani słowa o Zosi!" Zuzanny Orlińskiej.
Nie jest to typowe dziewczęce czytadło, czy, jak mówi Jasiek, jeden z bohaterów powieści, "literatura dla pensjonarek", ale błyskotliwa proza dla młodzieży, i to niekoniecznie tylko dziewcząt, po prostu dla nastolatków lubiących książki ciekawe, inteligentne, zabawne, ale nie głupkowate. "Dystans" jest w tej powieści słowem kluczem i sama Zuzanna Orlińska potrafi spojrzeć z boku na twórczość własną czy innych autorów piszących dla dzieci, a także na życie pisarza. W "Ani słowa o Zosi!" pojawia się bowiem ciekawy zestaw postaci i motywów: tytułowa Zosia jest bohaterką książek dla młodzieży pisanych przez Joannę Ciszewską-Chrobot, mamę Tosi, bohaterki tej właśnie powieści. Popularną pisarkę podziwiają wszystkie dziewczęta, tylko nie Antonina, która nie chce słuchać o literackiej Zosi i nie podziela opinii, jakoby jej mama była prawdziwą znawczynią nastoletnich dusz oraz serc. Czternastolatka jest osóbką bystrą i ironiczną, próbującą zachować zdrowy stosunek (i odległość) do rodziców. A kim jest tata Tosi? Także kimś "ze środowiska", wydawałoby się, mało rozpoznawalnym dla młodych ludzi ("poetą wielkim, acz niekomercyjnym"), ale do czasu.

Zabiegł mi drogę (wyglądało to groteskowo, bo teka cały czas obijała mu się o chude kolana) i wyciągnął rękę:
Jan Dereń jestem.
Nie miałam wyjścia.
Antonina Chrobot – mruknęłam niechętnie.
Wytrzeszczył na mnie oczy:
Chrobot? Nazywasz się Chrobot? Super! A wiesz, że jest taki poeta – Marcin Chrobot?
Wiem – stwierdziłam lakonicznie.
Naprawdę? – ucieszył się. – Interesujesz się poezją? Może znasz jego wiersze?
Nie – powiedziałam ponuro. – To mój ojciec.
Zapadła cisza. Chłopak wpatrywał się we mnie z otwartymi ustami.
Zamknij buzię – poleciłam. – Wyglądasz jak przygłup.
Posłusznie zwarł szczęki.
Ty... mówisz poważnie? – spytał po chwili.
Niestety tak. Ale nie przejmuj się, z taką miną nikomu nie jest do twarzy – pocieszyłam go.
Nie, nie chodziło mi o przygłupa... Pytałem, czy to prawda z tym Chrobotem?
Że jest moim ojcem? Pewnie, że prawda.
O rany! – jęknął. – To niemożliwe! Czy ty wiesz, że Marcin Chrobot to mój ulubiony poeta? Jego "Napowietrzne jazdy" zawsze noszę przy sobie!
Mówił z takim żarem, że aż żal mi było z niego szydzić.

Na początku września oboje rodzice ruszają w pisarskie trasy, mama na Zamojszczyznę, a tata do Niemiec. Tosia zostaje zmuszona do towarzyszenia matce, opuszcza więc pierwsze dni szkoły w Warszawie, by zwiedzać niewielkie miejscowości i bywać na salonach literackich... w bibliotekach organizujących spotkania autorskie z uczniami. W tej niespodziewanej i niechcianej podróży poznaje dwóch chłopców, co działa niezwykle ożywczo, choć płeć przeciwna dotąd jej nie interesowała i, przynajmniej w jednym z dwóch wspomnianych przypadków, nadal nie interesuje. Jasiek Dereń jest chudzielcem szkicującym plenery na wyjeździe organizowanym przez jego liceum plastyczne, nieco irytującym, ale miłym kompanem wycieczek, no, nic specjalnego, natomiast David... Amerykański przystojniak co prawda dość późno zamienia z Antoniną choćby słowo, ale za to jak wygląda! I w dodatku jest wplątany w małą aferę kryminalną, która wykwita wraz z pojawieniem się na Zamojszczyźnie panny Chrobot, pani Ciszewskiej-Chrobot oraz Leny, będącej wydawcą i przyjaciółką tej ostatniej. Rodzina Tosi pochodzi właśnie z tego regionu, dom przodków, jak się okazuje odziedziczony kilka lat wcześniej przez mamę-pisarkę, znajduje się właśnie tutaj, jego współwłaścicielką jest bardzo energiczna ciocia-babcia Hala, a wokół budynku węszą podejrzane typy. Czyżby skarb? Przestępcy? Podstępni podrywacze? I porywacze? Nie zdradzę, jak rozwinie się ta przygoda, ale jest świetnie opowiedziana i po mistrzowsku doprawiona historią. Autorka zapewnia również świeży i autentyczny ogląd relacji rodzinnych, na pewno przyda się on i młodszym, i starszym czytelnikom, to znaczy rodzicom, którzy mogli gdzieś po drodze stracić dystans do siebie.
Książka jest współczesna i lekka, ale wyczuwa się w niej obecność "duchów światowej literatury", nie tylko z powodu nawiązań, ale też przez nastrój, trochę przypominający twórczość Kornela Makuszyńskiego (w końcu Zuzanna Orlińska jest laureatką nagrody literackiej jego imienia!), czy to dogłębne i szczere spojrzenie na młodego człowieka, jakie miała Astrid Lindgren (powieść "Ani słowa o Zosi!" otrzymała drugą nagrodę w ogólnopolskim konkursie imienia Astrid Lindgren). Jeśli podobało się wam tropienie skarbów polskiej historii w "Panu Samochodziku", ale nie mogliście do tej serii przekonać swoich dzieci, bo wydawała się im starociem lub lekturą tylko dla harcerzy (i to płci męskiej), spróbujcie z "Ani słowa o Zosi!". Tak dziś pisze się dla młodzieży o młodzieży i historii – rodzinnej, regionalnej i powszechnej.
Bożena Itoya

Zuzanna Orlińska, Ani słowa o Zosi!, okładka Katarzyna Kołodziej, wydanie II, Literatura, Łódź 2014.