cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

piątek, 26 maja 2017

Książka, dzięki której pokochasz książki



Regał młodego fascynata książek powinien mieścić dział humorystyczny, podobnie jak chyba każde czasopismo dla dzieci. Taki zabawny kącik przydaje się w wypadku konieczności zainteresowania czymś nieczytających kolegów, którzy w trakcie odwiedzin rozglądają się ze zdziwieniem i pytają: "i ty to wszystko przeczytałeś?". Także sam książkożerca może w razie potrzeby sięgnąć po coś z rozweselającej półki, na przykład gdy choroba nie pozwala mu skoncentrować się na poważniejszej lekturze. Właśnie w tym ostatnim przypadku mój syn skorzystał z usług Françoize Boucher, autorki "Książki, dzięki której pokochasz książki". Bawił się dobrze, choć do czytania nie trzeba go namawiać, więc, sądząc po tytule i podtytule ("Nawet jeśli nie lubisz czytać"), nie reprezentuje grupy docelowej publikacji. A może adresatami wcale nie są nieczytające dzieci (i dorośli)? W końcu rozmaite zdjęcia, cytaty, anegdoty i memy na temat pożytku płynącego z czytania rozpowszechniają zazwyczaj osoby i instytucje lubiące książki, tak samo nastawieni są odbiorcy podobnych internetowych komunikatów.



Ilustracje oraz czcionka, stylizowane na szkolne bazgrołki, przyciągają wzrok i formą, i jaskrawymi elementami. Mój syn nie przepada za takimi rozwiązaniami graficznymi, ale tu, o dziwo, nie zgłaszał sprzeciwu, tylko chichotał. Szalone zagrywki autorki nie zniechęcają nawet najambitniejszego czytelnika. Co ciekawe, forma i tematyka tej książki kojarzy się z popularnymi publikacjami książkopodobnymi przeznaczonymi do mazania, rozdzierania oraz gniecenia, a jednak Françoize Boucher nie proponuje i nie promuje podobnych "aktywności", przeciwnie, wręcz z nich kpi. Mimo propozycji nietypowych zastosowań książki jako, na przykład, przedmiotu ratującego "kiedy ktoś nagle wejdzie do twojego pokoju, a ty będziesz kompletnie nagi / naga", tak naprawdę mamy do czynienia ze współczesną, humorystyczno-postmodernistyczną pochwałą książki i czytelnictwa. Oświecenie XXI wieku dysponuje innymi metodami oraz narzędziami niż to osiemnasto- i dziewiętnastowieczne, ale przekaz brzmi znajomo: Czytajcie, a poszerzycie swoje horyzonty! Szanujcie i hołubcie książki!
Autorka przytacza rozmaite argumenty potwierdzające, że warto czytać. Znajdziemy tu twierdzenia zupełnie zwariowane i takie całkiem potulne, a także co nieco pomysłów z szerokiego pasma między szaleństwem (na punkcie książek) a mądrością (będącą wynikiem ich czytania). Dowiemy się na przykład, że książka się nie psuje, a czytać można niezależnie od pogody i miejsca przebywania. Wśród sentencji znajdą się takie dość popularne, jak: "dzięki książce możesz poczuć tysiące emocji", absurdalne: "nigdy nie zgubisz pilota do książki", ale też podszyte nutką filozofii i poetyzmu: "Czasami książka może być lampą rozświetlającą pytania, które sobie zadajesz. Może pomóc ci zrozumieć sens życia i rozwijać się". Nie zgodzę się natomiast z twierdzeniem, że "książki nigdy nie robią hałasu" – ta wywołuje głośny śmiech, co zbadałam empirycznie.


Poeksperymentujcie z dziećmi, na pewno znajdziecie kolejne niezwykłe zastosowania oraz zalety starych dobrych i nowych niekonwencjonalnych woluminów.
Bożena Itoya

Françoize Boucher, Książka, dzięki której pokochasz książki. Nawet jeśli nie lubisz czytać, tłumaczenie Katarzyna Radziwiłł, Muchomor, Warszawa 2017.

wtorek, 16 maja 2017

Kosmos. Gwiezdna podróż


Książka Pawła Ziemnickiego "Kosmos. Gwiezdna podróż" spodobała mi się już po pierwszym przekartkowaniu, ponieważ nie ma w niej nic zbędnego. To bliska ideału publikacja popularnonaukowa dla dzieci, w sam raz na półkę młodego fascynata badań kosmicznych, ale i każdego ucznia, bo przecież elementy wiedzy o Wszechświecie, galaktykach, planetach i gwiazdach są obecne w programie wszystkich szkół podstawowych. Ta pozycja sprawdzi się jako pomoc w pisaniu pracy domowej czy tworzeniu prezentacji, ale też przyda się rodzicom – muszę przyznać, że przed lekturą w mojej głowie humanisty zamiast niektórych wiadomości podawanych przez Pawła Ziemnickiego istniały czarne dziury.

Jak już wspominaliśmy, znamy dziś ponad 60 naturalnych satelitów Jowisza. Szesnaście z nich nie zostało dotąd nazwanych, a ich orbity nie są jeszcze zbyt precyzyjnie wyznaczone. Większość z tych satelitów porusza się po torach nachylonych pod różnymi kątami do płaszczyzny równika planety. Spora część to dawne planetoidy, które zostały złapane w pole grawitacyjne tego potężnego gazowego olbrzyma i już z nią pozostały. Zasiliły w ten sposób szeregi Jowiszowych księżyców.

Autor sadza czytelnika w fotelu pojazdu kosmicznego – treść książki poznajemy niczym kosmonauci trenujący w symulatorze, bo w pierwszym planie widzimy ramkę z elementów kokpitu, a dalej, jakby zamiast szyby statku, czytelnie podzielony tekst (oraz ewentualne zdjęcia), umieszczony na tle obrazów kosmosu. Wyruszamy w gwiezdną podróż, która rozpoczyna się w naszym kosmicznym domu (tytuł rozdziału 1.), a kończy w przyszłości (rozdział 6.). Pośrednimi etapami wędrówki są planety wewnętrzne, planety zewnętrzne, pierwsze satelity i loty załogowe oraz bezzałogowe badania przestrzeni kosmicznej. Warto spędzić trochę czasu na każdym z tych kosmicznych "przystanków", ponieważ przewodnik tej wycieczki (na co dzień pracujący w planetarium) opowiada ciekawie, zwięźle, rzeczowo, ale nie nazbyt naukowo.

Na pewno nieraz słyszałeś o stacjach kosmicznych, ale czy wiesz, do czego służą? Taka stacja to sztuczny satelita Ziemi, zaprojektowany tak, aby kolejne załogi mogły go użytkować nawet przez wiele lat. Stacje kosmiczne wykorzystuje się do ważnych badań. Pozwalają sprawdzić, jak długotrwałe przebywanie w przestrzeni kosmicznej wpływa na człowieka i jego zdrowie. Prowadzi się w nich też różne eksperymenty naukowe.

Obok podstawowych wiadomości o naszej galaktyce, w tym o Ziemi, autor przygotował dla nas zarys historii badań kosmicznych. Ta część książki uważamy za szczególnie interesująca, bo brakowało nam podobnego kompendium. Informacje o dziejach oraz perspektywach gwiezdnych osiągnięć i podróży szybko ulegają dezaktualizacji, tak stało się z kilkoma publikacjami o astronomii, które mój syn ma na półce. Jakby ładne nie były zamieszczone w nich grafiki czy zdjęcia, osiągnięcia nauki poszły już o kilka kroków dalej. Przykładowo "Wow! Ilustrowana encyklopedia kosmosu" (autor Carole Stott, Wydawnictwo G+J RBA, National Geographic Society, 2011), skądinąd pozycja cenna pod względem merytorycznym i pięknie wydana, podaje, że "sonda [Stardust] ma nowy cel – w lutym 2011 przeleci przez głowę komety Tempel 1" oraz "w 2011 roku dotrze tu łazik Curiosity i stwierdzi, czy na Marsie w ogóle może lub kiedykolwiek mogło istnieć życie w postaci mikrobów". Tymczasem Paweł Ziemnicki umiejętnie porządkuje naszą wiedzę o satelitach, lotach bezzałogowych i załogowych, dostarcza nam najnowszych danych.

Lot na Marsa rozbudza ostatnio wyobraźnię wielu osób. Być może NASA wyśle pierwszych astronautów na Czerwoną Planetę jeszcze przed 2040 rokiem. Amerykanie poleca tam nowatorską kapsułą Orion, a wyniesie ich w przestrzeń kosmiczną nowa rakieta o nazwie Space Lauch System.

Na zakończenie jeszcze raz podkreślę wartość "Kosmosu. Gwiezdnej podróży" jako przejrzystej książki popularnonaukowej. Nie znajdziemy tu niepotrzebnych ozdób, przekroje i wykresy są tylko w niezbędnych miejscach. Całość podsyca lub potęguje ciekawość dziecka, zależnie od stopnia jego wtajemniczenia w sprawy kosmosu. Sam autor może stać się dla czytelnika prawdziwym autorytetem – trudno nie westchnąć z podziwem i zazdrością na widok wspólnych zdjęć upamiętniających rozmowy Pawła Ziemnickiego z odkrywcą komety 67P Klimem Czuriumowem czy z Harrisonem Schmittem, członkiem załogi Apollo 17, jednym z dwóch ostatnich (jak dotąd) ludzi na Księżycu.
Bożena Itoya

Paweł Ziemnicki, Kosmos. Gwiezdna podróż, Znak Emotikon, Kraków 2017.

poniedziałek, 15 maja 2017

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo


Poznajcie książkę, która wspiera działania Polskiej Akcji Humanitarnej w Syrii, mieszkańcom Aleppo pomaga być zrozumianymi, może czyni ich odrobinę mniej opuszczonymi, zapomnianymi przez świat, a nam, czytelnikom, pozwala zrozumieć, co tam się tak naprawdę dzieje (i nie chodzi o charakter konfliktów politycznych, kto jest winny i kto ma rację). "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" Grzegorza Gortata możemy postrzegać jako książkę niosącą wiedzę i pomoc, ale jest i inna płaszczyzna odbioru. To powieść pełna poetyckich obrazów literackich i plastycznych (ilustracje Marianny Sztymy), intensywnie oddziaływająca na czytelnika, lektura, o której myśli się zasypiając, śpiąc, budząc się i żyjąc przez cały dzień.
Grzegorz Gortat zapoznaje nas z pięcioosobową rodziną z Aleppo i jej sąsiadami. Narratorką uczynił Jasmin, najstarsze z trojga dzieci bardzo kochających rodziców. Jej braćmi są sześcioletni Nabil i całkiem mały, trzyletni Tarik, który nie pamięta nic poza wojną, bo urodził się w jej trakcie. Jasmin niby matkuje młodszemu rodzeństwu tak, jak czyni to każda starsza siostra, jednak w warunkach "cudownego" dzieciństwa w Aleppo opieka i częściowe zastępowanie dorosłych (zajętych choćby zdobywaniem jedzenia) ma nieco inny wymiar. Trudno jest zorganizować bezpieczne zabawy w zaminowanych gruzach, pod niebem wzbudzającym lęk, kojarzącym się nie z lotem ptaka, ale z nalotami.
Rodzice Jasmin są wspaniali, ciepli, opiekuńczy, rozsądni, ludzcy. Gorąco im kibicujemy jako czytelnicy. Ważne wydało mi się, że tata Jasmin i kilka osób z jej otoczenia są byłymi nauczycielami, naukowcami, ludźmi teraz, podczas wojny, zdegradowanymi i zawodowo, i moralnie. Opis ich losu może otworzyć oczy wielu młodym (a może i starszym?) Polakom, którzy Syrię i okoliczne kraje kojarzą tylko z tabunami obszarpanych, bezimiennych uchodźców i zagrożeniem terrorystycznym dla Europy. Czwartoklasiści w szkole mojego syna nie mają pojęcia, co dzieje się w Syrii, bywa, że na przerwach bawią się w terrorystów (nie szczędząc towarzyszących detonacji okrzyków chwalących Allaha), wyzywają się od "arabów" i "islamów". Na tych uprzedzeniach kończą się skojarzenia z krajami Bliskiego Wschodu. Teoretycznie nie należy się spodziewać, by powieść "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" dotarła do takich uczniów, ale, wbrew pozorom, przeważnie są to "dzieci z dobrych rodzin", w których książki są obecne i prawdopodobnie uświadamianie z użyciem literatury jest możliwe.
Powieść liczy 39 krótkich rozdziałów, na jej kartach poza głównymi bohaterami pojawia się kilka postaci, zazwyczaj silnie zarysowanych i wracających po kilkunastu lub kilkudziesięciu stronach. Czytelnikowi szczególnie doskwiera obecność stryja Jasmin, brodatego Husajna. Podejrzana działalność dalekiego krewnego, jego moc, ignorowanie i poniżanie kobiet, namawianie taty Jasmin na coś, co bardzo nie podoba się jej mamie – wszystko to tworzy wokół postaci stryja Husajna nastrój grozy, który odczuwają i dziecięcy bohaterowie, i czytelnicy. Nie trzeba nawet rozumieć, co oznacza ta broda i skąd bierze się władza brodacza, wystarczy ta niepokojąca atmosfera.
Akcją książki jest codzienność, ale taka, jakiej polskie dzieci nie znają. Mamy do czynienia z literacką fikcją, a jednak tyle tu prawdy: niesprawiedliwości, nagle urwanych rozmów, znajomości i istnień. Jasmin jest wyjątkowo dojrzałą ośmiolatką, mieliśmy nawet wrażenie, że pewne obserwacje zostały "włożone" w jej usta czy myśli, a tak naprawdę są wnioskami dorosłych, wzruszającymi szczególnie dla nas, rodziców, którym zależy, by nasze dzieci wychowywały się w pokoju i nie musiały podejmować podobnych rozważań. Cóż, nie zarzucam nic autorowi, wcale nie chciałabym się przekonać, czy zanurzone, wręcz podtopione w wojnie dziecko rzeczywiście jest tak poważne, rozważne, mądre i filozoficznie nastawione do życia.

(...) Nabil zapytał, nie przerywając wznoszenia muru z klocków:
Co to znaczy "oblężone miasto"?
Tak mówimy, kiedy wróg otacza z każdej strony i atakuje jakieś miasto. – Widziałam, że odpowiedź nie przychodzi tacie łatwo. Przyciszył radio, które puszczało teraz muzykę. – Wtedy ani mieszkańcy nie mogą się wydostać, ani żadna pomoc do takiego miasta nie może dotrzeć.
A kto właściwie jest naszym wrogiem?
Tata poczerwieniał jak mały chłopiec przyłapany na braku pracy domowej. Przypomniało mi się, co tak niedawno z tego samego miejsca mówił pan Safik – i wcale się tacie nie dziwiłam. Bo rzeczywiście, na jakiej podstawie z tej długiej listy wybrać tych, którzy przelali najwięcej syryjskiej krwi? Komu powinien przypaść tytuł naszego największego wroga? Wojskom rządowym? Islamistom? Powstańcom? Rosjanom? Amerykanom? Gdyby stał tu teraz pan Safik, powiedziałby pewnie, że los zwykłych Syryjczyków tak naprawdę nikogo już nie obchodzi. Po pięciu latach wojny naszym wrogom i przyjaciołom zależy już tylko na jednym: chcą całemu światu udowodnić, że oni i tylko oni mieli od samego początku rację.
(33. Trudne pytanie)

Jaka jest historia tej rodziny? Uciekną z Aleppo? Dotrą do obozu dla uchodźców? Trafią do Polski lub innej spokojnej przystani, gdzie idąc ulicą nie trzeba bać się ostrzału? Przeczytajcie, ja zdradzę tylko, że w tej książce chyba nic nie jest typowe, zresztą to widać nawet na pierwszy rzut oka. Jedni oceniają książkę po okładce, inni nie, ale w przypadku "Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo" już patrząc na okładkę można wiele stwierdzić: to pozycja dla dzieci i dorosłych (lub po prostu: dla rodzin), nie będzie zbyt kolorowo, ale mimo wszystko delikatnie i jasno. Autor i ilustratorka nie próbują przypodobać się dziecięcemu odbiorcy, nie udają, nie przybierają literackich czy artystycznych póz, mówią szczerze, po swojemu, świetnie się do siebie dopasowując. Obrazów nie ma w tej książce zbyt wiele, ale nie można ich pominąć ani zapomnieć. Zapadały w nas stopniowo, a zaczęło się od małego Tarika narysowanego na stronie 13, ale widocznego i na odwrocie, na białej części strony 14, pod tekstem. To wrażenie było chyba niezamierzone przez wydawcę, przez co wydało się nam magiczne i takie zupełnie nasze, osobiste. Zaczęliśmy zastanawiać się, czemu Tarik tak prześwituje? Czy w tej czerwonej koszulce nie ma stanowić celu ostrzału, bombardowania albo całej opowieści? Potem były jeszcze prześcieradła prasowane przez mamę Jasmin, wyfruwające przez okno jako chmury i tata chmurę przytulający, a także inne niezapomniane ilustracje (broda stryja!). Gdyby te obrazy krążyły po Internecie zamiast memów o uchodźcach, czy świat nie byłby lepszy?
Oczywiście wiele osób czytających dzieciom woli ten wspólny czas przeznaczyć na opowiastki rozrywkowe, dodatkowo też starszym dzieciom, które książkę zrozumieją, rodzice rzadko czytają. Warto jednak zmienić zwyczaje dla "Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo", bo tę powieść najlepiej przeżywać i omawiać wspólnie. My czytaliśmy ją właśnie w ten sposób: rodzinnie, na głos, na życzenie syna odłożywszy na później inne lektury, w tym lubianą przez niego serię science fiction dla młodzieży. Jeśli jedenastolatek rozmiłowany w literaturze przygodowej, książkach humorystycznych i wszelkich komiksach z taką uwagą słucha rodzica czytającego "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo", z takim zaangażowaniem domaga się kolejnych rozdziałów, nie może to być tylko przygnębiająca powieść o wojnie. Oczywiście nie jest też wesoła, więc jaka?

Kiedy po kolacji mama ułożyła nas do snu, tata zaczął nam czytać książkę przy zapalonej lampie.
Kiedy skończył, miałam kluchę w gardle. Spytałam:
Dlaczego jest taka smutna?
Czy na pewno smutna?
Prawie się popłakałam.
Ja też – wsparł mnie Nabil. – Temu niby Szczęśliwemu Księciu pęka serce, a jaskółka ginie na mrozie. To ma być wesoła bajka?
Nie powiedziałem, że jest wesoła. Nie zgadzam się tylko ze stwierdzeniem, że jest smutna.
Jaka to różnica? – Podniosłam się na łokciu.
Niesie optymistyczne przesłanie. Uczy, ze prawdziwa miłość wymaga poświęceń. I że jeśli kogoś kochamy, gotowi jesteśmy zrobić dla niego wszystko. To chyba dobre zakończenie?
(32. Prezent od Nabila)

Nie odpowiem na to pytanie, bo książka Grzegorza Gortata dla każdego może okazać się czymś innym, wywołać przebudzenie, oburzenie, wzruszenie, ból, oczyszczenie, nadzieję, ale zakładam, że przypadkowych młodych czytelników, zwłaszcza takich skoncentrowanych na swoim codziennym tu i teraz, może pozostawić niewzruszonymi, niezainteresowanymi, obojętnymi. Nie wszyscy lubią rozmyślać, nie każdy chce być świadomy, przeważnie niewiedza jest łatwiejsza. Podobnie jak wiele osób przejeżdżając samochodem lub przechodząc obok człowieka leżącego na ulicy nie sprawdzi, co się stało, nie wezwie pogotowia, tylko uspokoi swoje sumienie stwierdzając, że to pewnie pijak albo narkoman, a jeśli w dodatku jest z nami dziecko, trzeba zadbać, by nie zobaczyło sinego odcienia twarzy czy krwi, odgrodzić jego dzieciństwo od przykrych widoków i faktów – tak też nie każdy zwróci uwagę (swoją i dziecka) na losy Aleppo.

Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót.
(37. Rzeczy, które nie powinny się wydarzyć)
Bożena Itoya

Grzegorz Gortat, Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo, ilustracje Marianna Sztyma, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017.

czwartek, 11 maja 2017

Baśnie Barda Beedle'a i Quidditch przez wieki


Zbiór "Baśnie Barda Beedle'a" jest moim ulubionym literackim dodatkiem do serii powieści "Harry Potter". Momenty, w których bohaterowie "Insygniów śmierci" czytają te baśnie, analizują je i sami ich doświadczają, są też moimi ulubionymi fragmentami całej twórczości J.K. Rowling. To przesycenie baśniowością, ożywanie legend, jest według mnie wielkim atutem i najciekawszym aspektem konstrukcji świata przedstawionego w "Harrym Potterze".
Książka "Baśnie Barda Beedle'a" zawiera pięć krótkich utworów ("Czarodziej i skaczący garnek", "Fontanna Szczęśliwego Losu", "Włochate serce czarodzieja", "Czara Mara i jej gdaczący pieniek", "Opowieść o trzech braciach"), faktycznie napisanych przez J.K. Rowling, a w ramach uniwersum Harry'ego Pottera – przez niejakiego Barda Beedle'a. W najnowszej edycji każdą baśń skomentował sam Albus Dumbledore, dyrektor Hogwartu, który swój egzemplarz książki przekazał w testamencie prymusce Szkoły Magii i Czarodziejstwa, Hermionie Granger, a ona z kolei dokonała przekładu z języka run na angielski (zaś o polską wersję zadbał Andrzej Polkowski). Jak widać, w książce roi się od mistyfikacji.
Publikacja jest obiektywnie ciekawa, bo choć osadzona w świecie Harry'ego Pottera i niepozbawiona nawiązań do konkretnych przygód bohaterów powieści J.K. Rowling, to można ją czytać i czerpać przyjemność z lektury nawet nie znając "podstawowych" książek autorki. Mamy tu do czynienia z udaną stylizacja na tradycyjne ludowe baśnie, tyle że zamiast lisów, wilków, niedźwiedzi, wiejskiej młodzieży i staruszków, na kartach tej książki spotkamy istoty i przedmioty magiczne oraz związanych z nimi czarodziejów. Opowiastki czyta się błyskawicznie, nie są zbyt dziecinne (co wydaje się ważne z uwagi na wiek czytelników serii "Harry Potter", zazwyczaj starszych nastolatków), mają swój "klimat", a chwilami okazują się wręcz nieco drastyczne – zupełnie jak wzorcowe dla tego gatunku baśnie Grimmów, Andersena czy zwykłe ludowe podania.

Trzecią publikacją do kompletu nowo wydanych podręczników ze świata Harry'ego Pottera jest "Quidditch przez wieki" (autor fikcyjny: Kennilworthy Whisp, rzeczywisty – J.K. Rowling). Ta książka najpełniej realizuje plan połączenia ciekawostki, żartu i daleko posuniętej mistyfikacji. Mamy więc sport, który istnieje tylko w książkach z cyklu "Harry Potter": quidditch. Mecze rozgrywane są z użyciem przedmiotów magicznych: latających mioteł i piłek różnego rodzaju, zaprogramowanych poprzez czary. Każda dyscyplina sportowa musi mieć swoje zasady, czempionów, historię oraz anegdoty. Właśnie to wszystko znajdujemy w "Quidditchu przez wieki", przy czym narracja jak zwykle prowadzona jest w nieoficjalnym, często żartobliwym tomie. Wśród szkiców przedstawiających elementy wyposażenia gracza, boisko do quidditcha czy herby różnych drużyn, znajdziemy też starodawne ryciny upamiętniające na przykład piętnastowieczne zawody lub historyczny strój sportowca. Czarodzieje mieszkają też poza Wielką Brytanią (skąd pochodzi Harry Potter i gdzie mieści się jego szkoła) i nie tylko tam grywa się w quidditcha, książka zawiera więc notatki o obecności tego sportu oraz jego specyfice na różnych kontynentach. Lektura ta z pewnością rozbawi fanów powieściowego cyklu o nastoletnim czarodzieju, ale jest też ciekawą karykaturą książek sportowych. Publikacja została wydana starannie, ma cieniowaną, czerwoną okładkę z subtelnymi, przyciągającymi wzrok złotymi elementami i twardą oprawę, format i wygląd pasują oczywiście do dwóch pozostałych podręczników magicznych: granatowych (niemal czarnych) "Baśni Barda Beedle'a" i ciemnozielonych "Fantastycznych zwierząt". W sam raz na półkę potteromaniaka.
Bożena Itoya

J.K. Rowling, Baśnie Barda Beedle'a, ilustracje Tomislav Tomić, okładka Olly Moss, przekład Andrzej Polkowski, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2017.
J.K. Rowling, Quidditch przez wieki, ilustracje Tomislav Tomić, okładka Olly Moss, przekład Andrzej Polkowski, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2017.

wtorek, 9 maja 2017

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć



Publikacja "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" jest jedną z trzech fikcyjnych książek ze świata czarodziejów stworzonego przez J.K. Rowling, które bohater jej powieści, Harry Potter i inni uczniowie Hogwartu wykorzystują jako podręczniki lub przewodniki. Ta popularna encyklopedia magicznych stworzeń stanowi właśnie rodzaj podręcznika, napisanego przystępnym językiem, trochę żartobliwego. Autorka, ukrywająca się pod nazwiskiem Newta Skamandera (ale wymieniona na okładce i stronie tytułowej, w przeciwieństwie do poprzedniego wydania książki), opisuje istoty występujące w książkach o Harrym Potterze, ale też dodaje co nieco nawiązań do najnowszego filmu z tego uniwersum, zatytułowanego również "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć". Jest to drugie, wzbogacone stylowymi rycinami i wstępem wydanie tej książeczki, poprzednio opublikowanej w Polsce w 2002 roku i dotychczas unikatowej, trudno dostępnej nawet w bibliotekach – wiem, bo podjęłam poszukiwania mniej więcej dwa lata temu, gdy syn usłyszał o niej na księgarnianej imprezie "Magiczna noc z Harrym Potterem". Nowa edycja robi dobre wrażenie, zwłaszcza w zestawieniu z wcześniejszą (bardzo mały format, broszurowa oprawa). Tym razem dostaliśmy ładną, solidnie oprawioną książeczkę, gratkę dla potteromaniaków.
Pozycja "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" adresowana jest właśnie do smakoszy cyklu "Harry Potter" i właściwie tylko do nich. Kto nie zna wszystkich tomów, a najlepiej też scenariuszy filmowych czy teatralnych (mających wydania papierowe) J.K. Rowling, tego nie rozbawią ani nie zainteresują badania Newta Skamandera. O ile film "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" można ewentualnie traktować jako samodzielną historię, w miarę przystępną dla niewtajemniczonych w potteromanię, o tyle książka jest jedynie uzupełnieniem serii powieści oraz sposobem na objaśnienie niektórych poruszonych tam wątków.
Autorka podjęła zabawę z czytelnikiem: opracowanie Newta Skamandera miało być i pozostaje stylizacją. Zarówno temat, jak i sposób jego prezentacji nie pozwalają uwierzyć, że to poważne dzieło, a jedynie nawiązują do konwencji starodawnego słownika. Sama klasyfikacja istot (wymienianych w porządku alfabetycznym) sugeruje umiarkowanie naukowe podejście do sprawy, np. "XXXXX" to oznaczenie kategorii stworzeń "znany morderca czarodziejów / nie nadaje się do udomowienia ani tresury", a "X" odpowiada grupie "nudne". Nie o wszystkich stworzeniach słyszymy po raz pierwszy, nie każde zostało też wymyślone przez autorkę, niektórymi ludzkość fascynuje się od wieków. Mamy tu piękne i powabne, straszne i godne podziwu istoty mitologiczne, jak feniks, chimera, centaur (transfer danego stwora z mitologii do bestiariusza J.K. Rowling określany jest po prostu słowami "pochodzi z Grecji" lub np.: "egipski sfinks") oraz twory znane tylko w świecie Harry'ego Pottera, pocieszne i śmieszne obok groźnych i przerażających, czasem bliższe ludziom, kiedy indziej demonom, a nawet roślinom (np. chorbotek).
Mojemu jedenastoletniemu synowi spodobała się ta lektura. Lubi wynajdywać podobne "smaczki" związane z wszelkimi fantastycznymi seriami, ale jednak oboje wolimy "pełne", autonomiczne utwory beletrystyczne, książki, które przyciągają swoją własną mocą, a nie popularnością poprzedników, te świecące własnym światłem, a nie odbijające blask większych obiektów literackich. Tu jednak cel wydania produktu ubocznego jest zacny, bo dochód ze sprzedaży "Fantastycznych zwierząt" przeznaczono na działalność organizacji charytatywnych pomagających młodym ludziom w potrzebie.
Newt Skamander opisał 81 fantastycznych zwierząt, ale zrobił to dawno i sam sugerował, że wiele pozostaje do odkrycia. Kto wie, może ci czytelnicy "Harry'ego Pottera", którzy kiedyś wierzyli, że w dniu 11. urodzin dostaną list z Hogwartu, teraz, jako dojrzali i doświadczeni czarodzieje, zajmą się pracą pracą badawczą: systematyzacją, badaniami terenowymi i poszukiwaniem nowych gatunków magicznych istot?
Bożena Itoya

J.K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Newt Skamander, przełożyli Joanna Lipińska i Andrzej Polkowski, Media Rodzina, Poznań 2017.

Słoń na Księżycu


"Słoń na Księżycu" jest wyjątkowo kosmicznym projektem wydawniczym, za który odpowiadają Gosia Herba (rysunki i tekst), Mikołaj Pasiński (tekst) oraz komiksowe wydawnictwo Centrala. Duża, kwadratowa książka zachwyca nietypowym podejściem do tematu spełniania marzeń i przezwyciężania uprzedzeń. Po pierwsze, wydaje się, że ta publikacja jest spełnieniem marzeń samych autorów. "Słoń na księżycu" to przemyślana i dopracowana pod każdym względem koncepcja, lektura intensywna, nawiązująca do odczuć, jakie mogą towarzyszyć każdemu dorastającemu człowiekowi (niezależnie od etapu dorastania), choć równocześnie jakby pozbawiona realistycznej grawitacji. To, co najbardziej przyziemne kontrastuje z niemożliwymi podróżami i odkryciami ze snów. Wyjście poza mniej więcej ustalony i stale powielany scenariusz książeczki dla dzieci traktującej o dążeniu do spełnienia marzeń wcale nie jest łatwe, ale udało się Gosi Herbie i Mikołajowi Pasińskiemu. Warto podsuwać dzieciom takie oryginalne, nieprzewidywalne opowieści, by nie sądziły, że książki służą tylko do sprowadzania na ziemię (przykładowo fantastyczność "Akademii Pana Kleksa" jest zabijana podczas szkolnych omówień, które koncentrują się na analizie wyglądu Pana Kleksa i przepytywaniu uczniów z cech jego ubioru, stąd dzieci preferują wydania z realistycznymi ilustracjami). Ta ciągnie nas w przeciwną stronę.
Nietypowość ujęcia problemu walki ze stereotypami czy brakiem wiary w czyjeś możliwości polega na równowadze między dziecięctwem i dojrzałością tej książki. Bunt przeciwko zastanemu porządkowi i chęć udowodnienia światu, że się myli, cechują raczej wczesną młodość, podobnie dla najmłodszych czytelników tworzy się zazwyczaj bogato ilustrowane publikacje. Obrazki ze "Słonia na Księżycu" są jednak bardzo dojrzałe, pełne artyzmu i intelektualnej zabawy, choćby z twórczością Picassa. Można je podziwiać godzinami, niezależnie czy jest się dzieckiem, czy rodzicem. Gosia Herba zachowała moc wyobraźni kilkulatka, ale ujęła ją w obrazy dorosłe, choć niezupełnie poważne. Do tego dochodzi modna obecnie kolorystyka i "geometryczna" stylistyka.
Bohaterką historii jest astronomka badająca Księżyc, na początku z Ziemi, przez teleskop, a później osobiście, z całkiem bliska. Ambitna specjalistka dokonuje niezwykłego odkrycia: na powierzchni Księżyca czasem można dostrzec słonia! Inni naukowcy, członkowie Towarzystwa Księżycowego, nie dają wiary tej fantastycznej tezie, nawet gdy widzą słonia (?) na własne oczy. Podczas naukowej narady teleskop zostaje rozbity, autorytet astronomki podważony, a w końcu staje się ona pośmiewiskiem całego miasteczka. Te dwie sceny najpełniej oddają charakter ciemnej strony Ziemi – powykrzywiany, karykaturalne piękny i jednolity tłum oraz potłuczone marzenia, za których rozbicie nikt nawet nie przeprosi. W tym momencie lektury ogarnęła mnie prawdziwa złość. Podobnie astronomka miota piorunami, jednak ona przekuwa niepowodzenie i urazę w coś nowego, twórczego, buduje bowiem rakietę i wyrusza na księżycowe badania terenowe. Okazuje się, że na Księżycu nawet najciemniejsza (niewidoczna z Ziemi) strona przynosi same dobre niespodzianki w porównaniu z ziemskimi, widocznymi na co dzień porządkami. Jak bardzo przywykliśmy do tej naszej "normalności", której produktami ubocznymi są między innymi niedotrzymane obietnice, zmarnowany czas i zmarnowane talenty? Ciekawe, czy ta książka, "trochę jakby ekologiczna", jak określił to mój syn, sprawi, że rodzice i inni dorośli przestaną marnotrawić marzenia i potencjał dzieci, czy tylko przeczytamy ją i zapomnimy, a mały czytelnik i tak zostanie prędko wrzucony w ramki oraz trybiki społeczne, by postępował i żył jak wszyscy, w żadnym razie nie widując słoni na Księżycu.
Bożena Itoya

Gosia Herba (tekst i rysunki), Mikołaj Pasiński (tekst), Słoń na Księżycu, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2016.

Do kroćset! (pisze i rysuje Olga Wróbel)


Gdy pierwszy raz zobaczyłam okładkę "Do kroćset!" Olgi Wróbel (wyd. Centrala), nie potrafiłam zgadnąć, jakiego typu to książka, do kogo i o czym może mówić. Komiks to, opowieść graficzna, czy picturebook? I cóż oznacza okładkowy opis "książka dla dzieci, głównie tych około trzydziestego roku życia" – zaczepkę, żart? W każdym razie mojego jedenastolatka ta okładka zniechęciła, ale kiedy zajrzał mi przez ramię, i zobaczył, co zostało schowane w środku książki, szybko zabrał się za lekturę.
Książka spodobała nam się właśnie dzięki tej zabawnej konwencji, dla nas trochę trochę tajemniczej, bo chyba nie czytaliśmy (i nie oglądaliśmy) niczego podobnego. Do końca nie wiedzieliśmy, ku czemu zmierza ta opowiastka, czy autorka na końcu uraczy nas jakimś morałem albo stałym w literaturze dla dzieci stwierdzeniem-odkryciem, że to wszystko był sen? Na szczęście nie, zabawa z "Do kroćset!" polega na czym innym i jest przednia. Twardo ciosana, pozornie dość ponura polska rzeczywistość, w której dzieci spędzają wakacje wśród parującego asfaltu wielkich miast, okazuje się tu tylko powłoką, pod którą kryje się wesołe, fantastyczne dzieciństwo. Nie chodzi nawet o dobudowywanie innego świata z wykorzystaniem wyobraźni, po prostu te szare blokowiska nie są takie złe, gdy ma się dziesięć lat i trochę pogody ducha.
O swojej niepowszedniej codzienności opowiada nam tu dziesięcioletnia dziewczynka. Książka pełna jest dziecięcych wrażeń, skojarzeń i interpretacji. Olga Wróbel prezentuje nam między innymi niepowtarzalne portrety salmonelli (tak, właśnie tej), kranówki latem, spieczonych trawników, chłodnej i ciemnej klatki schodowej, baniek mydlanych, ukwiałów, ale i ludzi, wśród których najbardziej polubiłam ulicznego sprzedawcę siemienia i, a jakże, siostrę piratkę. No właśnie, o co chodzi z tymi domorosłymi piratami, którymi najwyraźniej są przebierańcy z okładki? Zbadajcie sami, ja nic nie powiem, bo też sama nie wszystko wiem.
Rysunki autorki są po prostu fajne, czasem realistyczne (wygląd papugi, plan mieszkania, sprzedawca siemienia i jego stoisko, pan Antek z warzywniaka na swoim terenie), kiedy indziej szalone (klatka schodowa zmieniająca się w akwarium, "rysunek o tym, jak mój nos widzi lato"), a przeważnie 2 w 1. Spokojne, zamglone, płynnie się rozwijające kolory wprawiają czytelnika w rozmarzony, nieco leniwy nastrój, ale nikt tu nie przyśnie, w książce jest na to za dużo ruchu między granicami tradycyjnej ilustracji książkowej (czy taka jeszcze istnieje?), książki obrazkowej, opowieści czy impresji graficznej i komiksu. Niektóre strony są dla mnie takimi kadrami komiksowymi widzianymi pod lupą, z niewidocznym obramowaniem. Olga Wróbel przeskakuje od brzydkich buziek przedszkolaków do fal włosów i tych morskich, zmieniając nastroje postaci oraz czytelników, przekuwając dostosowanie do świata w rozbuchaną hardość i kwiecisty brak pokory.
I ja byłam kiedyś piratką, tym i owym, może dlatego tak dobrze mi się czytało i oglądało "Do kroćset!". Mam nadzieję, że autorka nie poprzestanie na tej publikacji, bo dawno nikt mnie tak nie oczarował rzeczywistością.
Bożena Itoya

Olga Wróbel, Do kroćset!, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2016.

Żubr Pompik. Kolory jesieni


Czwarta książka Tomasza Samojlika (autor tekstu i rysunków) z serii o żubrze Pompiku kusi i zachwyca tytułowymi kolorami. Nie wszystkie z trzynastu zamieszczonych w tym zbiorze opowiadań rozgrywają się jesienią, ale piękne, intensywne barwy obrazków (z okładką na czele) kojarzą się właśnie z tą porą roku. Mamy tu zabawne portrety uśmiechniętych i rozgadanych żubrów różnej płci, maści oraz wielkości, z przodu, boku i od tyłu, z bliska i daleka. Są trawy, drzewa, zwierzęta i niebo w rozmaitych odcieniach i nasyceniach zieleni, żółci, fioletu i błękitu, napatrzymy się tez na żubrze, ropusze i bajorkowate brązy (dwa ostatnie z udziałem zgniłej zieleni), pomarańcze liści i... zimorodka. Zresztą w wydaniu Tomasza Samojlika i szarości wyglądają pogodnie, zwłaszcza że przywdziewają je rozbrykane kuniątka, porządny borsuk i jego dziki (ale w miarę grzeczny, mówi "dzień dobry"!) lokator szop oraz "absolutnie wyjątkowe" kukułki. I jeszcze księżyc, zupełnie kosmiczny! Kolory w tej książce zostały przepięknie dobrane, tym bardziej że ilustrator przeważnie odwzorowuje prawdziwe barwy przyrody. Dzięki "Kolorom jesieni" dzieci na pewno zapamiętają wygląd poszczególnych zwierząt i pokochają książki, bo to jedna z najładniejszych i najsympatyczniejszych polskich publikacji dla dzieci.

Pompiku, pilnuj siostry, ona potrafi mieć takie szalone pomysły. I bądź bardzo ostrożny. I...
Dobrze, już dobrze, tato – uśmiechnął się Pompik. – Wszystko będzie w porządku, nie denerwuj się.
Pomruk westchnął. Oba dorosłe żubry odprowadziły wzrokiem odchodzące w las dzieci, po czym zajęły się zwykłymi żubrzymi sprawami – jedzeniem trawy i ziół, odpoczynkiem, przechadzkami w poszukiwaniu kolejnej przekąski.

Mały żubr i jego młodsza siostra Polinka jak zwykle podejmują wyprawy poszukiwawcze, których celem jest odkrycie tajemnic lasu. Opowiastki o ich przygodach są ciepłą, wesołą i zabawną rodzinną lekturą. Zwierzęta wpadają tylko w niegroźne tarapaty, a mały czytelnik przeskakuje za Pompikiem i Polinką z rozdziału na rozdział, poznając zwyczaje i miejsca występowania polskich zwierząt, tych popularnych i mniej znanych, jak choćby żółw błotny.

Szukaliśmy pana, bo zastanawiałam się dzisiaj... to znaczy... mam bardzo ważne pytanie, na które tylko pan może odpowiedzieć – wytrajkotała Polinka. – Czy życie ma jakiś sens?
Żółw milczał długą, a potem jeszcze dłuższą chwilę. Jego głowa chwiała się powoli to w jedną to w drugą stronę.
Tak, ma – odpowiedział wreszcie.
Żubrzyczka czekała cierpliwie na dalszy ciąg, ale żółw już się nie odzywał. Usnął, wyczerpany rozmową.

"Żubr Pompik. Kolory jesieni" nie jest wyłącznie książką przyrodniczą, nie każde zdanie i nie wszystkie wątki mają być pouczające. Autor dba nie tylko o przekaz popularnonaukowy i jakość obrazu plastycznego, ale też o poziom literacki oraz scenariusz, w końcu jest też twórcą komiksów dla dzieci i młodzieży. Historyjki poprowadzone są w taki sposób, by nie zasypywać czytelnika nadmiarem informacji, zachować odpowiednie tempo, charakterystyczne dla wszystkich części przygód żubra Pompika. Zawsze znajdziemy tu trochę spokoju żubrzej polany, wsparcie rodziców (Porady i Pomruka), emocje i ciekawość dzieciństwa, zaskakujące (dla małych żubrów) spotkanie z innym zwierzęciem i wesoło-filozoficzną pointę.

To już jesień? – Tym razem Polinka szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia. – Ale ja się jeszcze nie zdążyłam nacieszyć latem...
Spokojnie, żuberku, jeszcze sporo czasu minie, nim nadejdzie prawdziwa jesień – uspokoił ją bocian. – Ale przed nami długa droga, nad lasami, polami, rzekami i morzami... Musimy wylecieć odpowiednio wcześnie żeby po drodze móc znaleźć jeszcze coś do zjedzenia.


Czwarta książka o Pompiku właściwie jest w równym stopniu historią o Polince, z lektury powinny być więc wyjątkowo zadowolone dziewczęta, zwłaszcza te pełne energii i ciekawości świata, jak siostra głównego bohatera. "Kolory jesieni" wnoszą dużo wiedzy i radości do życia młodego czytelnika, a w dodatku po przeczytaniu i obejrzeniu całości można stwierdzić, że chyba jednak wszystkie te barwy pasują do tytułu, bo jesień ma wiele twarzy, w pewnych zakątkach lasu trwa dłużej lub dla niektórych zwierząt przychodzi szybciej. Po zbadaniu kolorów jesieni w lesie Pompika, zabieramy się ponownie za śledzenie z nim tropów na śniegu, poszukiwanie zapachu wiosny i kontemplację letniego zmierzchu, czyli za lekturę wcześniejszych tomów. I tak w kółko, dopóki nie powstanie kolejna książka o Pompiku – oby autor miał takie plany!
Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Kolory jesieni, Media Rodzina, Poznań 2016.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Śmiechu warte (wierszyki A. Frączek i obrazki M. Szymanowicza)



W tomiku "Śmiechu warte" Agnieszka Frączek bawi nas smakowitymi żartami poetyckimi, a do literackich szaleństw przyłącza się ilustrator, mistrz dziecięcej groteski Maciej Szymanowicz. Wierszyki oparte są na zabawie słowami, konwencjami i tradycją: wśród 19 krótkich utworów znajdziemy między innymi "Scenkę z thrillera", "Grała wrona w badmintona", "Spinacze spod Czimpoczacze" czy "mUCHOmora". Już w tytułach dostrzegalne są językowe gry, nie zabraknie ich też w rymowanych tekstach. Autorka "zaczepia" kilka gatunków literackich, tradycyjnie kojarzonych z twórczością dla dzieci, i znanych motywów bajkowych: mamy więc królewicza, koźlątka i wilki, antagonizm psa i kota, ożywające przedmioty, a także kogoś zaklętego w żabę.

Stroskany wyglądem kędziorków
przeglądał się baran w bajorku.

Lustrował raz to, a raz owo,
rechocząc: – Wyglądam fajowo!

Wpatrywał się w wodę z zawzięciem,
lecz w którymś okrutnym momencie...

A niech to! – zabeczał z wrażenia. –
Nos... bee!... mi normalnie zzieleniał!

Jest i ukłon w stronę polskiej klasyki dziecięcej, poznajemy bowiem dalsze (lub alternatywne) losy Pawła i Gawła z bajki Aleksandra Fredry. Bardzo lubimy takie żartobliwe kontynuacje, zwłaszcza że w tej wersji uciążliwe sąsiedztwo przybiera wyjątkowo rytmiczną, zabawowo-wyliczankową formę. Współczesnemu dziecku lepiej od tradycyjnego "Pawła i Gawła" czyta się właśnie "W holu hol" Agnieszki Frączek.

Kapu, kap! Co za los!
Woda kapie mi na nos!

Pewnie Gaweł, sąsiad z góry,
w przedpokoju pławi kury
albo, tak jak tydzień temu,
zrobił basen strusiom emu.

Tupu, tup! Po schodach gnam,
bo już dość tych figli mam.

Co za człowiek! U mnie potop,
a on kąpie rybkę złotą
i ropuszek całe stadko
uczy, jak się pływa żabką.

W zbiorze "Śmiechu warte" bajkowe postaci występują w różnej odsłonie i kondycji, na przykład kózki są postrachem wilków, a wspomniany królewicz okazuje się dość... wymięty, ale dochodzi do siebie i angażuje się w życie domowe.

Ktoś mi kiedyś przysłał pocztą
paczkę kolorową.
A w tej paczce był królewicz.
Żywy! Daję słowo!

Żywy i prawdziwy całkiem –
od nosa do pięty,
choć podróżą ciut zmęczony
i lekko wymięty.

Obok nieoczywistych nawiązań do powszechnie znanych motywów Agnieszka Frączek przedstawia też własne wierszowane wariacje, jak w "Spinaczach spod Czimpoczacze". Tu króluje absurd, racjonalność ma wolne, a wyobraźnia buszuje w najlepsze. Właśnie dlatego do wierszy tej autorki idealnie pasują rysunki Macieja Szymanowicza, jednocześnie dziecięce i przerastające zwyczajowe rozumienie ilustracji dla najmłodszych. O ile do standardowego wyobrażenia o "książeczce" pasują duże, szklące się oczy (choćby te na okładce), o tyle odbiegają od niego inne elementy czy aspekty ilustracji: nietypowe ujęcia (olbrzymia twarz na okładce), zezujące lub jakby przekrwione spojrzenia, ogromniaste i nieszablonowo uzębione buzie (obok tych zwyczajnych, po prostu uśmiechniętych), niespotykane w rzeczywistości, karykaturalne proporcje części ciała. Warto rodzinnie sięgnąć po "Śmiechu warte", jeśli zależy nam na kontakcie dziecka z różnorodnymi formami literackimi i plastycznymi – trudno znaleźć podobne oraz równie udane zestawienie najnowszej polskiej poezji oraz ilustracji dla najmłodszych. Poza tym przy tej książce wyśmiejemy się do cna, i czytając, i oglądając obrazki. A że wydawnictwo Literatura zadbało o duży format, twardą oprawę, wyraźne barwy oraz solidne, gładkie i jakoś tak perliście połyskujące karty, publikacja na pewno nieprędko znudzi się małym książkomaniakom.
Bożena Itoya

Agnieszka Frączek, Śmiechu warte, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

Hilda i Troll


Czy Wasze dzieci mają już książkę, na której okładce można wyczuć deszcz? I którą podpisuje się na kłodzie drewna? Jest taki wspaniały, starannie i elegancko wydany album... nie, nie fotograficzny ani muzealny, tylko komiksowy. Wydawcą jest Centrala ("komiksy dla dzieci mądrych rodziców"). A może nie byliście dotąd przekonani do formuły komiksu, który wydawał się Wam gorszym, bardziej prymitywnym typem lektury, zwłaszcza jeśli jesteście rodzicami dziewczynki? Komiksy są przecież raczej dla chłopców... Poza tym, jeśli dziecko już umie i nawet lubi czytać, to po co mu komiksy, one są dla tych, którzy dopiero składają zdania i do czytania trzeba ich zachęcać obrazkami, małą ilością tekstu, prostotą i popularnym charakterem. Luke Pearson w albumie "Hilda i Troll" dowodzi, że jest inaczej: kadrowane historie z dymkami bywają ambitne i przystępne zarazem, są sztuką, ale mogą wciągnąć każdego młodego czytelnika, niezależnie od płci oraz stopnia wtajemniczenia w świat sztuk plastycznych i dotychczasowych doświadczeń z komiksem.
Hildę poznaliśmy kilka lat temu, gdy ukazało się pierwsze polskie wydanie tego komiksu, a właściwie jego pierwszej części, bo po "Hildzie i Trollu" następuje "Hilda i Nocny Olbrzym", "Hilda i ptasia parada" oraz "Hilda i Czarna Bestia". Seria ma swoich wiernych fanów i w pokoleniu dzieci, i rodziców. My też chętnie wróciliśmy do historii, którą mój syn inaczej odebrał kiedyś, jako siedmiolatek, a inaczej teraz, mając jedenaście lat (album w 2016 r. doczekał się drugiego wydania). Na szczęście zdążył zapomnieć, co i jak działo się w tej opowieści, dzięki czemu mógł ją przeżyć jeszcze raz, "na świeżo".
Określenie "świeżość" bardzo dobrze opisuje moje odczucia po lekturze (pierwszej, drugiej, trzeciej...) "Hildy i Trolla", bo z książki aż biją wolność, niepokój i tajemnica towarzyszące dziecięcym przygodom, niemalże czujemy wiatr rozwiewający trawy na pagórkach w pobliżu domu dziewczynki, prawie słyszymy szum górskich strumieni. Czyta się fajnie, bo jest to lektura lekka i głęboka zarazem, wszak sięga aż do źródeł skandynawskich wierzeń ludowych i tamtejszej literatury dziecięcej. Jeśli zechcecie poszukać więcej opinii o tym cyklu, nieraz natkniecie się na porównania z Muminkami Tove Jansson. Mój syn nie przepada za kultowymi trollami z Doliny Muminków, więc tego podobieństwa nie zgłębiamy, za to uważamy Hildę za taką Pippi z baśni, trochę norweskich, trochę celtyckich, mającą też co nieco z Indianki. Niby więc wkraczamy na znany nam teren, a jednak tutaj nic nie jest takie, jak należałoby się spodziewać: kamienie nie są martwe i zimne jak głaz, lisy nie są rude i chytre jak lis (a w dodatku mają rogi). Fantazja i talent autora doprawiły zakorzenione w kulturze europejskiej motywy oraz pomalowały je na (trawiasto)żółto i na (nocno)niebiesko.
Świat przedstawiony nie zostaje zaprezentowany od A do Z, poznajemy tylko wycinki, to, co tworzy atmosferę opowieści. Nie znajdziemy tu odpowiedzi na standardowe pytania zadawane podczas omawiania szkolnych lektur: ile lat ma bohaterka?, gdzie mieszka (w jakim kraju, regionie)? jakie ma zwierzątko? Właściwie dla nas nie było to zbyt ważne, istotą tego komiksu jest bowiem hasanie z Hildą po jej wzgórzach i lesie, towarzyszenie jej w spotkaniach z dziwnymi, nadprzyrodzonymi postaciami, związanymi z okolicą przynajmniej tak samo mocno, jak mała bohaterka. Chatkę, w której dziewczynka mieszka z mamą, odwiedza drewniany stworek, nie do końca wiadomo skąd i po co przychodzi. Hilda wczytuje się w książkę o okrutnych, krwiożerczych trollach, a następnie szuka śladów ich obecności w terenie (w towarzystwie wspomnianego niebieskiego, rogatego liska... a może to sarenka? lisko-sarenka?). Jak można się domyślić po tytule komiksu, coś znajdzie. Bohaterka szybko wzbudza sympatię czytelnika, bo już od pierwszych stron, jeszcze przed trollową przygodą, przejawia zamiłowanie do niebezpieczeństw i cieszy się swobodą podejmowania decyzji na opak, na przekór oczekiwaniom – idzie deszcz, więc trzeba zanocować na dworze, w namiocie.
Lekturze towarzyszy co prawda dreszczyk emocji, ale książka nie jest straszna, na pewno trochę tajemnicza i marzycielska, a jednocześnie pogodna i zaskakująca. Taki los łowcy przygód. Scenariusz i rysunki zachwycają, są "klimatyczne", zapadają w pamięć i sprawiają, że każdy czytelnik chce przezywać takie strachy, a po przeczytaniu komiksu patrzy na wszystko wokół inaczej, wypatrując bytności fantastycznych istot. "Hilda i Troll" jest jedną z tych książek, które mieszkają w namiocie (czy innym tajemnym zakątku) w dziecięcym pokoju, są częstym towarzyszem zabaw i na całe lata pozostają ulubionymi. Najlepiej czytać w ciemności, z latarką i akompaniamentem deszczu.
Bożena Itoya

Luke Pearson, Hilda i Troll, przekład Hubert Brychczyński, Fundacja Tranzyt / Centrala – mądre komiksy 2016.

Alya i trzy koty


Książka "Alya i trzy koty" jest bardzo sympatyczną i pod różnymi względami egzotyczną lekturą. Po pierwsze, w nietypowy sposób doświadczamy oswajania świata po narodzinach nowego członka rodziny, ponieważ z rewolucyjną sytuacją oswajani są koci, a nie ludzcy domownicy. Ta koncepcja wydała się nam bardzo zabawna: terapia literacka dla kotów. Spróbujemy poczytać to opowiadanie z naszą leciwą kicią, która jedenaście lat temu miała pewien problem z akceptacją noworodka.

Koty lubią przesiadywać na brzuchu Mariam. Ale brzuch robi się coraz większy i większy, jak balon, i koty muszą się wdrapywać coraz wyżej i wyżej.

Amina Hachimi Alayou pokazuje świat dla nas obcy, znany najwyżej z wakacyjnych podróży, kina i literatury, a dla niej oczywisty i codzienny. Autorka i ilustratorka (Maya Fidawi) w naturalny sposób wprowadzają nas do wnętrza domu i rodziny funkcjonujących gdzieś daleko, w tekście nie zostaje powiedziane gdzie. Dziecko i rodzic mogą natomiast łatwo rozpoznać kolorystykę oraz motywy architektoniczne czy ceramikę kojarzone z ciepłymi, baśniowymi krajami arabskimi. Sam tekst zawiera pewne tropy, jak choćby imiona, ale według mnie ta książka żyje przede wszystkim obrazkami, bez nich byłaby jedną z wielu oderwanych od konkretnej rzeczywistości, zawieszonych w nicości i nijakich historyjek o narodzinach dziecka. A w tym przypadku wchodzimy do czyjegoś domu, wnikamy w jego atmosferę i role domowników (łącznie z kotami). Ilustracje są duże i zawierają dużo wskazówek odnośnie kultury, w jakiej osadzona jest opowieść: często koncentrują się na powiększeniu jakiegoś elementu lub wzoru ubrania, wystroju domu lub podwórza, w dyskretny sposób, jakby przy okazji, obejmują też roślinność, układ pomieszczeń i ich barwy. Bezpośrednie informacje o pochodzeniu książki znajdziemy w jej opisie na stronie internetowej wydawnictwa Muchomor oraz po wpisaniu do wyszukiwarki internetowej nazwy wydawcy oryginalnego utworu – Yanbow Al Kitab mieści się w Maroku, a dokładnie w Casablance, i właśnie tam mieszkają mała Alya, jej mama Miriam, tata Sami, babcia i trzy koty: Minusz, Pasza i Amir.

Sami otwiera drzwi pokoju i koty słyszą dziwny krzyk. Co to takiego? To nie miauczenie! To nie jest kot! To coś nowego i dziwnego!

Większość przedstawionych w książce scen rozgrywa się w przestrzennym, pięknym domu, przypominającym raczej pałacyk (jest tu nawet fontanna!) niż przeciętne polskie mieszkanie. Miriam żyje jak królowa, koty – niczym książęta, a tytułowa Alya jest tak naprawdę postacią drugoplanową, pretendentką do tronu, zagrożeniem dla kociej trójwładzy. Pojawienie się niemowlęcia zmienia porządek domu, ale nawet nie widzimy dziewczynki w całej okazałości (raz pokazane są rączki, kiedy indziej stopy, becik, wózek, ale będzie i jeden obrazek z małą uśmiechnięta buzią). Ledwie zarysowany, ale niewątpliwie obecny, jest w "Alyi i trzech kotach" ojciec, podobnie tylko w domyśle znajduje się świat zewnętrzny. Sami przemyka w dość tradycyjnym i orientalnym stroju (widzimy tylko fragment postaci i to zaledwie dwa razy), a przestrzeń poza domem i otoczonym murkiem ogrodem oglądamy tylko raz, w retrospekcji mówiącej o znalezieniu jednego z kotów. To zresztą jedyny obrazek, na którym kolory są smutniejsze, rzeczywistość ponura i brudna, a przedmioty po prostu brzydkie. Dzięki temu kontrastowemu wyjątkowi atmosfera książki staje się jeszcze wyraźniejsza, spójniejsza. To hermetyczna historia o domu kobiet: babci, mamy i nowo narodzonej córki, o miejscu oraz więziach będących ostoją ciepła, miłości i spokoju. Cieszmy się zaproszeniem do tego szczęśliwego, zazwyczaj niedostępnego dla obcych marokańskiego domostwa-królestwa. Jeśli zaś czytelnik nie odkryje w sobie pasji badacza kultur, zawsze będzie widział przynajmniej ładną, solidnie wydaną, wesołą i przystępną w odbiorze książkę dla małych miłośników kotów.
Bożena Itoya

Amina Hachimi Alayou, Alya i trzy koty, ilustracje Maya Fidawi, tłumaczenie Jolanta Kozłowska, Muchomor, Warszawa 2017.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Pieniądze albo kasa

 
O czym i jak pisać dla młodzieży? Sięgając po kolejne powieści i opowiadania adresowane do rówieśników mojego syna i nieco starszych nastolatków (tak do 16-17 lat) mam wrażenie, że polscy autorzy i wydawnictwa koncentrują się na literaturze obyczajowej, takiej godzinie wychowawczej w wersji książkowej. Te publikacje często przypominają rozmowy z telefonu zaufania, nawet w publikacjach fantastycznych niemal obowiązkowo występują wątki porzucenia, utraty rodzica, zabiegania o atencję czy akceptację ze strony środowiska rówieśniczego. Oczywiście, takie książki są potrzebne i na pewno w dużym stopniu spełniają swój cel, ale młodzież nie chce czytać tylko takich poważnych, nieco ponurych lektur. Oferta i rola literatury młodzieżowej nie powinna ograniczać się do dublowania i mnożenia problemów dorastania, jakich nastolatki i na żywo mają w nadmiarze. Wie o tym Paweł Beręsewicz, którego książki sprawiają, że w dojrzewającym dziecku nie gaśnie pasja czytelnicza. Choćby półki bibliotek i księgarń uginały się pod ciężarem problemów egzystencjalnych analizowanych na milion sposobów, wśród nastu pouczających książek dla nastolatków zawsze znajdzie się jedna wesoła perełka od Pawła Beręsewicza. Jak powieść "Pieniądze albo kasa" wydana w serii "Plus minus 16" (Literatura).

Mały z Łysym "robili w branży samochodowej", jak sami ogólnikowo stwierdzali, kiedy niezorientowani pytali ich o źródło utrzymania – źródło, dodajmy dość obfite. W szczegóły niechętnie się wdawali w nieznanym towarzystwie, ponieważ ich praca w niektórych środowiskach uchodziła za niezbyt godną szacunku. Otóż Mały z Łysym, jak by to powiedzieć... zmieniali samochodom właścicieli. Nie, niezupełnie kupowali.
ZnikaLYśmy je – zeznał przed sądem Łysy.
Zaczynali całkiem zwyczajnie: wybita szybka, klameczka od środka, czary-mary pod kierowniczką i odjazd.

Książka rozpoczyna się mocnym, kryminalnym akcentem: oto dwóch pomniejszych przestępców próbuje przeprowadzić interes życia, a główną rolę odgrywa w nim luksusowy (kradziony) samochód. Szereg wpadek prowadzi jedną z niedoszłych gwiazd handlu autami z drugiej ręki do konstatacji, że musi opisać swoją "karierę" w pamiętniku. Następnie poznajemy kolejne złote interesy Staszka, od wydłubywania monet z kałuży w drodze z przedszkola, przez wymianę niegrzechoczącej własnej skarbonki na grzechoczącą młodszego brata, handel starymi zabawkami na internetowych aukcjach, aż do akcji ze wspomnianym superautem.

O! Skarbonka! – powiedziałem. – Nareszcie będę miał gdzie deponować swoje oszczędności.
Lubiłem czasem zasunąć taki tekst. To robiło na dorosłych wrażenie.
Fiu, fiu! – zagwizdał dziadek. – Cóż za bogate słownictwo! A dużo masz tych oszczędności?
Dwie – powiedziałem zgodnie z prawdą. – Jedną mała brązową i jedną średnią srebrną, tylko że obie są wpadnięte za szafę. Tata uważa, ze dla dwóch nie warto przesuwać mebli. A według ciebie, dziadku, ile trzeba wrzucić za szafę, żeby warto ją było odsuwać?
Dziadek z powagą zmarszczył brwi i powiedział, że to zależy od różnych okoliczności, takich jak wartość wrzuconych oszczędności, wielkość szafy i to, czy w najbliższym czasie planuje się jeszcze coś wrzucać, bo jak tak, to warto poczekać na ten najbliższy czas, żeby się niepotrzebnie nie namachać dwa razy.
No tak – powiedziałem, bo jak dziadek coś tłumaczył, to od razu wszystko zaczynało być jasne.

Każdy rozdział oznaczany jest etapem edukacji bohatera (zerówka, piąta klasa, trzecia klasa gimnazjum itp.), saldem początkowym i końcowym. Sumy oscylują zazwyczaj między zerem a kilkoma złotymi, ale będą też większe i mniejsze niespodzianki. W każdym razie przeważnie pieniądze nie trzymają się Staśka Tondery, chyba że cudze (zwłaszcza brata). Ale nas, czytelników, ta lektura wzbogaca, zwłaszcza saldo śmiechu rośnie w zastraszającym tempie.
Opowieść obfituje w prześmieszne wpadki i trafne obserwacje z życia beztroskich nastolatków. Dzieje się dużo, a każdy szczegół może okazać się istotny dla rozwikłania tajemnicy danego rozdziału i całej książki, zanim autor odkryje wszystkie karty. Powieść napisana jest po mistrzowsku, bo czytelnik przez dłuższy czas nawet nie wie, że uczestniczy w jakiejś grze. Paweł Beręsewicz opracował bowiem dla nas jedną dużą i kilka drobniejszych zagadek, z którymi niełatwo sobie poradzić. My daliśmy się "wkręcić", ale dzięki temu zabawa była dużo lepsza niż gdy chwytając za książkę od razu się wie, jaki to typ opowieści i o co w niej chodzi. Przeczytajcie koniecznie "Pieniądze albo kasę", niezależnie ile macie lat i funduszy. To jedna z ulubionych książek moich i mojego syna.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Pieniądze albo kasa, okładka Katarzyna Kołodziej, wydanie II, Literatura, Łódź 2016.

Zawodowcy



W tej książce każdy dobrał sobie profesję odpowiadającą pierwszej literze imienia: od piekarza Piotrka, przez sędziego Sebastiana, informatyczkę Irenkę czy ochroniarza Olgierda, aż po pisarza Pawła. Czy dobrze wybrali? Zdania mogą być podzielone, a najwięcej obiekcji miewa sam autor. Trudy życia zawodowego przedstawione zostały w formie komediowej i dość abstrakcyjnej. Chyba nikt z bohaterów nie spędza swojego dnia pracy typowo, każdy pakuje się (lub jest pakowany) w kłopoty.
Oczywiście lektura ta nie ma służyć pomocą w wyborze przyszłego zawodu, tylko w rozweseleniu – siebie, rodziców, nauczycieli. Nie wszyscy mali bawią się w dorosłych, nie wszystkich też bawi zadawane im co i rusz (w szkole, domu, gdziekolwiek) pytanie "kim chcesz zostać w przyszłości?", ale chyba każdy będzie miał ubaw czytając przestrogę pisarza Pawła pojawiającą się na zakończenie każdego (no, prawie) rozdziału.

A wy? Zastanawialiście się już, kim chcielibyście zostać, kiedy dorośniecie? Czy aby nie aktorem? Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał.

Co może przytrafić się lekarce Lidce, która cierpi z powodu braku ciekawych pacjentów? Nie próbujcie zgadnąć, i tak się wam nie uda – wyobraźnia autora przekracza wszelkie normy. Czy według pisarza Pawła praca kucharza (Kuby) lub strongmana (Stefana) jest tak atrakcyjna, jak pokazuje to telewizja? I jakie są granice dobrego aktorstwa (Agaty)? Opowiastki Pawła Beręsewicza są zupełnie zaskakujące, powalająco pomysłowe i absolutnie absurdalne. Naprawdę warto przyjrzeć się koszmarowi nauczycielki Natalii i perfekcjonizmowi budowniczego Benedykta, pozwiedzać co nieco z przewodniczką Patrycją, czy wreszcie poznać receptę na szczęśliwy zawód wystawioną przez pisarza Pawła. Do kompanii brakuje tu tylko jakiegoś ministra, na przykład Mirosława, z Ministerstwa Głupich Kroków.

Sprawa nie była prosta. Znał ją już dobrze z akt, które dokładnie przestudiował przed rozpoczęciem rozprawy. Do sporu doszło w piaskownicy. Po zakończeniu drugiego śniadania wszystkie grupy przedszkolne udały się na plac zabaw. Zarówno Maciek z Krasnali, jak Wojtek z Niedźwiadków zajęli miejsca w piaskownicy, do czego naturalnie obaj mieli pełne prawo. W umysłach obu stron sporu jednocześnie powstał plan wykopania dołka. W piaskownic znajdowały się dwie łopatki, żółta i czerwona, ale ponieważ żółta leżała bliżej, obaj jednocześnie wyciągnęli po nią ręce i jednocześnie ją chwycili. Rozpoczęła się szamotanina, podczas której Maciek z Krasnali zdzielił Wojtka z Niedźwiadków wiaderkiem w głowę, a Wojtek z Niedźwiadków sypnął Maćkowi z Krasnali paskiem w oczy. Nieużywaną ręką obaj cały czas trzymali łopatkę.
Hm! – mruknął sędzia Sebastian i podrapał się w głowę.
Z jednej strony Wojtek z Niedźwiadków chodził do przedszkola już drugi rok, miał więc w przeszłości więcej czasu niż Maciek z Krasnali na nabawienie się łopatką. Z drugiej strony Maćkowi z Krasnali zostały jeszcze dwa lata do zakończenia przedszkola, miał więc szansę na dużo dłuższe cieszenie się łopatką w przyszłości.

Poczucie humoru może rosnąć wraz z dzieckiem, ale niestety często tępieje pod wpływem wzrostu wymagań i powagi szkolnego otoczenia. Wśród lektur dla klas nauczania początkowego książek humorystycznych (lub takich choć czasem, co parę rozdziałów, odrobinę zabawnych) jest jak na lekarstwo. Im człowiek starszy, tym poważniejsze książki powinien czytać, prawda? Może dlatego czytelnictwo spada proporcjonalnie do dorastania? Wprowadzanie do czytelniczej diety dziecka kolejnych smakołyków literackich autorstwa Pawła Beręsewicza gwarantuje odświeżenie poczucia humoru, tego wesołego zmysłu, naturalnego dla maluchów, a z czasem zanikającego (oczywiście nie u wszystkich). Wśród młodszych i starszych czytelników tego pisarza z pewnością nie ma żadnych smutasów, tylko sami spryciarze, doszukujący się w książkach ważnych szczegółów, czekający na mocną pointę, lubiący szalone igraszki literackie. Jeśli chcecie wychować mola książkowego (a nie tylko wielbiciela obrazków, bo na samych książkach obrazkowych nie wykształci się zamiłowania do czytania dłuższych tekstów), od maleńkości karmcie go opowiadaniami, wierszykami i powieściami Pawła Beręsewicza. "Zawodowcy" spodobają się zresztą i tym dzieciom, które nie radzą sobie z książkami, wolą telewizję lub gry. Tutaj każdy rozdział przypomina mały reality show lub program o określonym fachowcu (taki o usterkach i innych wpadkach), nie zabraknie też gry – pisarza z czytelnikiem.
Ilustracje Jony Jung ładnie komponują się z opowiadaniami, ponieważ wydobywają z tekstu tę naiwno-dziecięcą stronę rozważań o zajęciach dorosłych. Obrazki w "Zawodowcach" są wesołe, pogodne i nie zdradzają za wiele – jeśli dziecko obejrzy je przed przeczytaniem całości (a zdarza się to, oj, zdarza bardzo często!), to i tak nie za wiele się domyśli. Bo kto zrozumiałby lub wziął poważnie portrety ochroniarza broniącego własnej lodówki, ogródka w rozdziale o aktorce lub sędziego sypiącego z rękawa tak istotnymi argumentami, jak lizaki? To przecież tylko zawodowe zmyłki.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Zawodowcy, projekt graficzny i ilustracje Jona Jung, wyd. II poprawione, Literatura, Łódź 2014.

Kamienne anioły


Seria niewielkich (rozmiarem i objętością) powieści Kristiny Ohlsson składa się z trzech części: "Szklanych dzieci", "Srebrnego chłopca" i "Kamiennych aniołów". Są to książki dla młodszych nastolatków, bo i bohaterowie są w tym wieku. Autorka łączy opowieści o duchach z kryminalnymi zagadkami i mocnymi wątkami obyczajowymi. Każda odsłona cyklu wyróżnia jedno z trojga przyjaciół, w "Kamiennych aniołach" na pierwszy plan wysuwa się Simona, jak dotąd postać dość bezbarwna, mało charakterystyczna i stanowiąca (według nas, czytelników) raczej tło, uzupełnienie Billie i Aladdina.
Simona jako jedyna z tria bohaterów pochodzi z rodziny głęboko zakorzenionej w Åhus, pozostali przeprowadzili się tu, nie są rodowitymi mieszkańcami. Tajemnica domu babci Simony splata się z historią miasteczka, a nastoletni badacze przeszłości i zjawisk paranormalnych mają szansę zamknąć przynajmniej jeden z rozdziałów tych dziejów. Podobne zagadki zajmowały Billie, Aladdina i Simonę w poprzednich tomach, ale tym razem sprawa dotyczy nie tylko sąsiadów, miejsc i budynków, ale i najbliższych Simony. Dziewczyna wpada na trop tajemnicy odwiedzając ukochaną babcię, w której wielkim domu ktoś wzdycha, a w ogrodzie okalającym budynek (dawny hotel, a więc jedną z ulubionych lokalizacji twórców horrorów i thrillerów) przesuwają się masywne posągi przedstawiające rodzinę: dwoje dzieci i rodziców. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia babci, Simona przebywa u niej coraz częściej, spędzając czas między innymi z archaicznym magnetofonem, który nagrywa głosy w rzeczywistości niesłyszalne. Śledztwo młodzieży dotyczy właśnie źródła tajemniczych dźwięków oraz tożsamości osób przedstawionych na pomnikach z ogrodu (tytułowych kamiennych aniołów).
Sporo tu duchów, ale i rodzinnej atmosfery. Simona jest mocno związana z rodzeństwem, rodzicami i babcią, której choroba okazuje się bardzo poważna. Wracają koszmary Billie ze "Szklanych dzieci", gdzie poznaliśmy przyjaciółkę Simony jako dziewczynę nie tyle smutną, co zupełnie załamaną po śmierci ojca. Książka "Kamienne anioły" jest jeszcze dotkliwsza, bardziej wzruszająca, intensywna i prawdziwa pod względem emocji. Przypuszczam, że także autorka (zresztą tak, jak ja) jako dorastająca kobieta musiała się pożegnać z babcią, która była jednym z filarów jej młodzieńczego świata. Ten wątek przyćmił nawet samą akcję detektywistyczną, choć, jak zawsze u Kristiny Ohlsson, sprawa z przeszłości była ciekawa, niepokojąca i tylko częściowo wytłumaczalna. W tym miasteczku duchów wszystko ma metafizyczne podszycie, niewątpliwie seria o Åhus to są książki "dla tych, co się lubią bać".
Bożena Itoya

Kristina Ohlsson, Kamienne anioły, tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska, Media Rodzina, Poznań 2016.

Silver. Trzecia księga snów


Ostatnia odsłona trylogii "Silver" niemieckiej autorki Kerstin Gier jest dobrym uzupełnieniem pozostałych tomów. Co prawda nie wywołała w nas takich czytelniczych emocji jak "Pierwsza księga snów", ale za to nadrobiła niedoskonałości tomów 1. i 2. Nadal jest to poczytna książka fantastyczna dla młodzieży, teraz nawet lepsza pod względem jakości literackiej.
Liv Silver zmaga się z demonami własnymi i tymi z zaświatów, o ile rzeczywiście istnieją. Dojrzewanie i miłość przynoszą rozmyślania o "pierwszym razie", lęk, ciekawość i gorączkę. Za to conocne podróże po korytarzu z drzwiami do snów (własnych i cudzych) urozmaicane są spotkaniami z tajemniczą siłą, która czasami występuje jako podmuch wiatru, kiedy indziej jako przyciemnione światło lub tylko wrażenie czyjejś złowrogiej obecności. Bezkształtne zagrożenie oraz niepewność, kto w tej opowieści sprzyja, a kto szkodzi bohaterce w jej realnym życiu, nadają tempo i naszemu oddechowi, i lekturze.

Arthur czekał przed naszym domem na Graysona, ale zamiast niego spotkał mnie. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę... – W zamyśleniu skubałam cyklameny stojące na stoliku. – Powiedział, że gdybym umarła, już po pół roku nie pamiętalibyście, że kiedykolwiek żyłam. I że chętnie to udowodni.
Henry i Grayson milczeli. W końcu Grayson podniósł głowę i rzekł:
Zapomnijcie o wszystkim, co do tej pory mówiłem. W tej chwili jest mi już obojętne, czy resztę życia spędzi jako śliniące się i pogrążone w śpiączce warzywo. Musimy go zatrzymać, wszystko jedno jak.
Tak, ale do tego potrzebujemy Anabel. – Henry przyłączył się do skubania cyklamenu i niby przypadkiem dotknął moich palców. – A ona jest w tej chwili mocno zaabsorbowana swoim demonem. Przynajmniej pod tym względem Arthur nie kłamał. Mnie Anabel też powiedziała, że on wrócił. I że nasze imiona zapisane są krwią. I że ta krew popłynie podczas zaćmienia słońca... I jeszcze kilka innych obłąkanych rzeczy. To nie był dobry pomysł, żeby odstawić leki.

Liv i Henry nadal są sobie bardzo bliscy, choć ich związku nie można uznać za typowy ani spokojny. Dziewczyna ma kompleksy na tle doświadczenia w relacjach damsko-męskich, a chłopak zawieszony jest między potrzebą obrony Liv przed zagrożeniami wszystkich światów, fascynacją sennym korytarzem, obowiązkami względem młodszego rodzeństwa oraz egzaminami końcowymi (jest dwa lata starszy od Liv). Do kłopotów Liv dochodzi jeszcze niepokój, chwilami przechodzący w rozpacz, z powodu rychłego rozstania z byłą nianią, znaną nam dobrze z poprzednich tomów Lottie (teraz będącą obiektem westchnień aż dwóch panów). Trzeba przyznać, że przy problemach Henry'ego te gnębiące Liv wypadają blado, a nawet banalnie i dziecinnie.
Upiorne działania czarnych charakterów tym razem koncentrują się nie na podejmowanej wprost przemocy fizycznej (jak w tomie 1.), nie na popychaniu ludzi do autoagresji w lunatycznym śnie (jak w tomie 2.), ale na przejmowaniu kontroli nad ofiarą na jawie, wprowadzaniu jej w pewnego rodzaju trans. Okrutne praktyki wywołują w Liv i jej przyjaciołach poczucie nieustannego zagrożenia: nie wiadomo kto, kiedy i pod czyim wpływem zwróci się przeciwko komu. To bardzo ciekawy motyw, ale autorce nie zawsze udaje się utrzymać napięcie.
"Trzecia księga snów" jest dobrym studium metod manipulacji – tych najbardziej współczesnych, jak opiniotwórcze media i blogi, oraz tych dawniejszych, uniwersalnych, działających niezależnie od epoki, jak wykorzystanie lęku o najbliższych lub strachu przed odrzuceniem, a także takich, jakimi posługują się sekty. Wszystko wydaje się takie oczywiste, aż trudno uwierzyć, że ktoś się na to nabiera i poddaje podobnym wpływom, a jednak i my sami nie jesteśmy zupełnie odporni. I dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Każdy z czytelników może tu szukać własnych demonów.
Autorka w kilku miejscach powieści przypomina wydarzenia z poprzednich tomów, co wydaje się zbędne, bo kto czytał i dał się wciągnąć, ten po prostu żyje "Silverem", ma swoich ulubieńców i na pewno nie uronił ani sekundy akcji, a już zwłaszcza najważniejszych jej zwrotów. Ci najwięksi fani na pewno będą czasem zaskoczeni nowymi wcieleniami bohaterów, bo zdarzy się na przykład, że dawniejsza ofiara i niegdysiejszy oprawca awansują na obrońców. Oby przytrafiło się też spotkanie z autorką, może podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki, których honorowym gościem będą Niemcy?
Bożena Itoya

Kerstin Gier, Silver. Trzecia księga snów, tłumaczyła Agnieszka Hofmann, Media Rodzina, Poznań 2017.