cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

środa, 24 lutego 2016

"Detektywi z klasztornego wzgórza" – śledztwo w czerwieniących się murach

Kiedy jako nastolatka czytywałam "Władcę Pierścieni", dzięki szczegółowym opisom, kompletności świata przedstawionego – historii, mitologii, języków, niemal wierzyłam w autentyczność opowieści. Sam autor wydawał się tak głęboko przekonany do stworzonego przez siebie świata, że i ja przenosiłam się do Śródziemia, jakby to była prawdziwa podróż do sąsiedniego kraju czy... wymiaru. Ta dbałość o szczegóły, spokojny, pełny opis realiów świata przedstawionego i zaangażowanie autora powodujące, że czytelnik wnika w akcję, są również cechami powieści "Detektywi z klasztornego wzgórza" Zuzanny Orlińskiej.
Oczywiście książka wydana w serii "A to historia!" nie reprezentuje fantastyki, jest to powieść historyczna, bo akcja przeniesiona została do minionego wieku (osiemdziesiąt pięć lat przed wydaniem książki), a także przygodowa z wątkiem detektywistycznym. Stylistyka ta kojarzy mi się z "Panem Samochodzikiem", pojawiają się też wyraźne nawiązania do twórczości Kornela Makuszyńskiego, a nawet (jeśli mnie pamięć nie myli) cytaty z niej. Jednak, z całym szacunkiem dla klasyki gatunku, "Detektywów z klasztornego wzgórza" uważam za książkę ciekawszą od tych kultowych pozycji, jeśli uwzględnimy oczekiwania współczesnego czytelnika w wieku od około 11 lat.
W tym właśnie wieku jest bohater powieści, Jerzy Grabowski, syn restauratorów z nadwiślańskiego Czerwińska, gdzie 27 maja 1930 roku zawitać ma Prezydent RP Ignacy Mościcki. Jerzyk przyjaźni się ze starszą o rok Bronisławą Szmigierówną, przyjeżdżającą do Czerwińska tylko na wakacje, akurat tego roku, z powodów zdrowotnych, zarządzone wyjątkowo wcześnie. Jest to bardzo sympatyczna i pełna przeciwieństw kompania – pewna siebie i pełna energii jedynaczka z wielkiego miasta, "pani generał", w którą zapatrzeni są wszyscy czerwińscy chłopcy, oraz jeden z nich, oczytany, znany z mądrości i przenikliwości, cichy, najmłodszy z czterech braci. Ojcem Bronki jest słynny konserwator zabytków, który podjął się odrestaurowania fragmentu tytułowego klasztoru w Czerwińsku. Niecały miesiąc przed wizytą prezydenta do profesora Szmigiera zgłasza się podejrzany typ, niby to szukający pracy przy renowacji kościoła, a według dzieci – planujący zamach na głowę państwa. Jerzy i Bronisława zawiązują śledztwo, do którego dołącza niejedna nie tylko poczochrana, ale też sędziwa głowa.
Wydarzenia opisane w powieści są w większości fikcyjne, choć zachowane zostały wszelkie szczegóły dotyczące Polski i samego Czerwińska w roku 1930. Zuzanna Orlińska opisuje więc ludzi, miejsca (miasto, jego ulice, nabrzeże, całą okolicę, wnętrza – pokoje czy restaurację, klasztor), a nawet rzekę takimi, jakimi rzeczywiście wówczas były lub bywały, w odpowiednich momentach stosując stylizację językową. Granice historycznego sprawozdania i przenikającej go fikcji zostały określone we wstępie oraz słowniczku na końcu publikacji. Niektóre postaci spacerowym krokiem weszły na karty książki wprost ze wspaniałego polskiego dwudziestolecia międzywojennego – możemy tu spotkać, jak się wydaje, przodków autorki, niejakich Orlińskich, inżyniera Kamlera, zapewne spokrewnionego z autorem oprawy graficznej, Mikołajem Kamlerem, ale też Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Twardowskiego (wówczas piętnastoletniego), dalej choćby Józefa Piłsudskiego, czy wreszcie Kornela Makuszyńskiego, który dość znacząco wpływa na całą aferę (z wzajemnością).

Naprawdę jestem zmęczony – pomyślał. – Mam czterdzieści sześć lat – przypomniał sobie ze zdziwieniem. Wydawało mu się, że jeszcze niedawno był małym chłopcem, biegającym na bosaka po zakurzonych uliczkach miasteczka położonego tak daleko od Warszawy, że zdawało się należeć do jakiegoś innego świata. A tu ani się człowiek obejrzał, a już został starszym panem, w dodatku sławnym literatem, autorem popularnych książek dla dorosłych i dzieci, laureatem wielu nagród, kawalerem orderów, duszą towarzystwa, bywalcem premier i rautów. Gdzie się podziały te wszystkie lata? Jakim cudem mogły minąć tak szybko? Potarł dłonią zmarszczone czoło.

W książce znajdziemy też liczne opisy przedwojennej Warszawy, bo to ze stolicy pochodzą niektórzy bohaterowie, tam także, choć w niewielkim stopniu, toczy się akcja powieści. Jako uzupełnienie lub namiastkę modnych dziś spacerów miastoznawczych można więc udać się na przykład na kawę do Małej Ziemiańskiej z Kornelem Makuszyńskim lub na zakupy do Braci Jabłkowskich z Bronką i jej ciotką.

Sama nie wiedziała, jak udało jej się wytrzymać niekończący się seans przymierzania w Domu Handlowym Braci Jabłkowskich. Z rezygnacją poddała się skomplikowanym zabiegom dwóch młodych ekspedientek, które uszminkowanymi ustami szczebiotały nieustannie, wyrzucając z siebie słowa brzmiące obco i niezrozumiale:
Spódniczka plisowana z białego rypsu...
Kokardka, krawacik czy może kołnierz berthe? Ach, najmodniejszy w tym sezonie! Z białego batystu, wygląda świeżo i uroczo!
Do tego jedynie prosty płaszczyk z jasnej tafty...
Potem należało wybrać odpowiednie pantofle, bo poprzednie okazały się ciasne i zniszczone, do tego kilka par pończoch u Matuszewskiego przy Marszałkowskiej i już można było odetchnąć chwilę w pijalni czekolady Fruzińskiego.

Autorka zadbała o każdy szczegół, racząc nas prawdziwymi nazwami fasonów odzieży, firm, produktów, prognozą pogody na dany dzień, słownictwem i sposobem życia "ludzi Wisły" z okolic Czerwińska, a nawet opowieściami tych ostatnich. Dzięki takim drobiazgom powieść jest niezwykle autentyczna, pozwala poczuć atmosferę tamtych czasów i miejsc lepiej niż fotografie czy podręczniki historyczne.

Jednej zimy Wisła zamarzła tak, że można było saniami jeździć po drzewo do puszczy. Srogi mróz trzymał od grudnia aż do końca lutego. No i pewnego dnia on, ten zły człowiek, postanowił pójść przez Wisłę do którejś ze wsi na drugim brzegu, do Śladowa czy Kromnowa. A to już było na przedwiośniu i lada dzień rzeka mogła ruszyć.
Jerzyk dobrze wiedział, o czym wuj opowiada. Miał w uszach ten głuchy, niski pomruk, jaki wydawały trące o siebie, pękające kry w ciągu tych kilku dni, kiedy "Wisła ruszała".
Tak się zdarzyło – ciągnął wuj – że w chwili, kiedy znajdował się na środku rzeki, lód zaczął pękać. Ludzie patrzyli bezradnie z brzegu, ale nikt nie miał odwagi wejść na krę i go uratować.
Utonął?
Nie od razu – powiedział wuj. – Długo jeszcze widziano go z brzegu dryfującego na krze. I dziwna rzecz! – dodał po chwili. – Ludzie opowiadali, że w tych ostatnich godzinach nie był na tej krze sam...

Chwilami wieje grozą, ale zazwyczaj lektura toczy się wartko, w tempie dobrej przygody z nutką historycznej sensacji (śledztwo sięga wstecz, aż do roku 1820, a pośrednio nawet do początku XIV w.), bywa też bardzo zabawnie. Wielkim atutem pisarstwa Zuzanny Orlińskiej jest pełne przeprogramowanie na młodego, choć "czytelniczo" dojrzałego odbiorcę oraz inteligentny humor. Nie znajdziemy tu głupich żarcików o bąkach, a czasem mam wrażenie, że to przede wszystkim takie tematy mają sprawiać, iż książki dla dzieci są śmieszne – cóż, są, ale nie w tym pozytywnym znaczeniu śmieszności. Tymczasem w "Detektywach z klasztornego wzgórza" mamy do czynienia z rozbudowaną narracją, w której za każdym razem, gdy istnieje niebezpieczeństwo znudzenia młodszego czytelnika historycznymi realiami, pojawia się śmiech. Mieliśmy nawet problem z czytaniem sobie nawzajem na głos niektórych scen, bo wybuchy radości zakłócały kolejne próby. Polecamy szczególnie fragment, w którym Kornel Makuszyński czyta list od Bronki i Jerzyka oraz opis musztry, jaką dzielna heroina organizowała bandzie czerwińskich wyrostków na przemian z odgrywaniem przeprawy Jagiełły pod Grunwald.
Okładka, choć na pierwszy rzut okaz wydaje się zwyczajna, jest bardzo udana i często zerkam sobie na nią dla czystej przyjemności. Przypomina mi czasy, gdy zabytki architektury oglądałam na leżąco, podkładając plecak pod głowę i kładąc się na dziedzińcu, a kościoły, ratusze czy zamki pięły się tuż przede mną do samego nieba – z tej właśnie perspektywy Mikołaj Kamler narysował klasztor w Czerwińsku. Dodatkowo ilustrator użył ładnych, stonowanych barw, co czyni miłą odmianę w gęstwinie krzykliwych, kontrastowych okładek królujących na półkach z literaturą dziecięcą. Czcionki, którymi zapisany został tytuł i nazwisko autorki, zostały umiejętnie dobrane i pokolorowane, oprawa jest twarda, szycie porządne, po prostu miło sięgać po taką publikację albo dawać ją w prezencie. Czytając i oglądając książkę warto pamiętać o wewnętrznych okładkach, jedna z wklejek wita nas bowiem planem Czerwińska, a druga dowodzi, jak szczegółową kwerendę przeprowadziła autorka – znajdziemy tam zdjęcia z rodzinnego albumu i stare pocztówki z prywatnych zbiorów.
"Detektywi z klasztornego wzgórza" są pozycją wyjątkową wśród najnowszych powieści dla młodzieży. Napisana w duchu Kornela Makuszyńskiego i Zbigniewa Nienackiego, opowieść Zuzanny Orlińskiej sprawi wielką przyjemność wysmakowanym poszukiwaczom przygód i prawdziwych, nienadmuchanych modą książek. Ta lektura nie przeminie, ale i po latach będzie świadczyła o wysokim poziomie polskiej literatury dla młodzieży.
Bożena Itoya

Zuzanna Orlińska, Detektywi z klasztornego wzgórza, okładka Mikołaj Kamler, seria "A to historia!", Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015. Wiek:9+ Jerzyk ma sokoli wzrok i tęgi umysł, dzięki którym w mig rozwiązuje każdą zagadkę. Ale czy da sobie radę, gdy trafi na historię godną samego Sherlocka Holmesa? Szczególnie że podejrzany przybysz jest uzbrojony.

czwartek, 18 lutego 2016

Kot Cagliostro i brygada detektywek na tropie

W 2015 roku na księgarnianych półkach pojawiła się seria "Aniołki kota Cagliostro" Jarosława Mikołajewskiego. Dotychczas ukazały się trzy części: "Uśmiech Bambola", "Szklane oczy" oraz "Zwycięski koń". Miejscem akcji stają się słynne włoskie miasta Rzym, Wenecja i Siena, w których dochodzi do zagadkowych wydarzeń wymagających zaangażowania wyjątkowej drużyny śledczej. Bohaterkami tych krótkich, bardzo zajmujących książek są jedenastolatki: Marta (Polka), Olga (Rosjanka), Rita (Włoszka), Helenka (Czeszka), Mary (Angielka) i Patricia (Francuzka), łączące swoje talenty pod wodzą tajemniczego kota Cagliostro. Kim jest i skąd się wziął założyciel międzynarodowej grupy młodych detektywów? Cóż, to zagadnienie nie zostało wyjaśnione do końca, co czyni lekturę jeszcze bardziej emocjonującą.

A kiedy zdała sobie sprawę, że cały plac wysadzany jest płaskimi kocimi łbami, wyjęła aparat i zaczęła szukać przez okienko miejsca, gdzie najpiękniej kładzie się na nich słońce. Aż nagle spośród płaskich, czarnych łbów, jak pod dotknięciem promienia, wynurzył się łebek nie czarny, lecz rudy, i wcale nie płaski, lecz krągły. A w dodatku ruchliwy i obdarzony świdrującymi oczami.

Autor nie każe czytelnikowi bezwarunkowo wierzyć w czarodziejskie zwierzęta i nadprzyrodzone moce. Nad tajemnicami kota Cagliostro zastanawiamy się razem z samymi bohaterkami, i podobnie jak one dajemy się ponieść wirowi baśniowości, wciąż szukając racjonalnych wyjaśnień.

Jak to się dzieje, że kot mówi, a my, dziewczynki, rozumiemy się nawzajem, choć pochodzimy z różnych krajów? – zachodziła w głowę Marta.

Dziewczęta tworzą zgrany zespół, czytelnik dobrze to czuje, choć w tych krótkich opowiadaniach nie ma zbyt wiele miejsca na opis relacji między bohaterkami. Poza detektywistycznym talentem łączy je też coś ulotnego, nieopisanego dokładnie, ledwie napomkniętego, co jeszcze pamiętam z (późno) dziecięcych przyjaźni.

Muszę przyznać, że mi zaimponowałyście. Jesteście mądre, jak tylko mogą być dziewczyny, które dopiero co stały się nastolatkami.

Autor w ciekawy, niemal magiczny sposób opowiada dzieciom o arcydziełach malarstwa, architektury, zwyczajach danych regionów Włoch. To nie są nudne wykłady z historii sztuki i antropologii, zresztą już na pierwszej stronie pierwszego tomu serii zauważamy, że "Aniołkom kota Cagliostro" daleko jest do zwyczajnego przewodnika.

Mówili, że to nie zwiedzanie, tylko turystyczna atrakcja albo spacer jakimiś szlakami, lecz intuicja Marty za każdym z tych słów węszyła podstęp: morderczy marsz bez picia, bez siusiania, bez siedzenia na murku.
Tak czy inaczej, mama z Energią Wielką i tata z Energią Wtórną skoro świt ruszyli na szlak, a Marta miała cały dzień, by spokojnie gapić się z mostu na Tybr, pić wodę z fontanny, szukać ciekawych kamieni i fotografować koty.
Każdy element i centymetr publikacji został dokładnie zaplanowany i wykorzystany, choćby wklejki (wewnętrzne okładki) – dzięki nim możemy śledzić poczynania bohaterek na mapie danego miasta, sporządzonej, wedle podpisu, przez samego kota Cagliostro. Podczas lektury chłonie się przede wszystkim atmosferę niezwykłych miejsc, tworzoną w dużym stopniu przez ich mieszkańców. Młody czytelnik przeżywa przygodę, śledzi postępy w śledztwie, ale też przy okazji zapamiętuje nazwy miast i ich charakterystyczne cechy. Na przykład ciąg skojarzeń Siena contrada wyścigi konne przypuszczalnie pozostanie w pamięci dziecka na zawsze, a na pewno na dłużej niż po lekturze podręcznika czy przewodnika turystycznego.
Zagadką z pierwszego tomu jest kradzież pamiętników sześciu "detektywek" (tej formy używa autor), a także zaginięcie podobizn bajkowych bohaterów znanych w krajach, z których pochodzą dziewczynki – na przykład czeskiego Krecika i polskiego Koziołka Matołka. W drugim tomie dziewczęta znów ruszają do akcji, ale tym razem nie z przypadkowego spotkania w Rzymie, ale z własnych domów, gdzie zostały wyposażone w komputerowe (i trochę magiczne) komunikatory kota Cagliostro. Przeniesione, w mgnieniu kociego oka, do Wenecji, zgłębiają tajemnicę prawdziwego zaginięcia i ożywającej bauty, podobnie jak w trzeciej części przedmiotem śledztwa staje się ożywający obraz i porwanie wyjątkowego konia – potencjalnego zwycięzcy tradycyjnej gonitwy odbywającej się w Siennie.

Pod sufitem pięknej, kolorowej komnaty kawaler na koniu przemierzał wypalony od słońca krajobraz, w drodze od warownego zamku do jakiegoś miasta.

Pod względem literackim książki mają same atuty, są wciągające, nieszablonowe, zaskakujące, dobrze napisane i pełne uroku. Mimo zdecydowanej przewagi postaci żeńskich okazały się znakomitą lekturą dla mojego dziewięcioletniego syna. Oboje nie możemy się doczekać kontynuacji, która, o dziwo, rozgrywać ma się nie we Włoszech, a w Warszawie. Cagliostro bawi się podróżami w czasie i przestrzeni, właściwie więc trudno się dziwić, że zabierze nas w tak nietypowe dla siebie miejsce.

Czy odniosłyście kiedyś wrażenie, że jakiś kot jest, a równocześnie go nie ma? Zdarzyło się wam widzieć, jak śpi na kocyku, a równocześnie porusza firanką? Koci czas płynie podwójną drogą. Kiedy kot wymyka się z domu na pięć minut, to te pięć minut trwa dla was tylko tyle, ile jego nieobecność. A wszystko, co w te wasze pięć minut robi poza domem, trwa godzinę dwie, całą noc albo tydzień. Czy nie zastanowiło was nigdy, że po pięciu minutach wraca tak, jak gdyby obiegł pół świata?

Serię zilustrował Marcin Bruchnalski, znany między innymi z magazynu "Świerszczyk". Bajetan Hops zagościł nawet w "Uśmiechu Bambola", uważny czytelnik z pewnością odszuka go na jednym z rysunków. Czarno-biała oprawa jest bardzo wyrazista, pasuje do poszczególnych opowieści Jarosława Mikołajewskiego i wzmacnia je. Podobnie jak treść książki, spodoba się wrażliwym, świeżo upieczonym nastolatkom trochę tęskniącym za swoim dzieciństwem, ale i młodszym wielbicielom detektywistycznych zagadek.
Bożena Itoya

Jarosław Mikołajewski, Aniołki kota Cagliostro: Uśmiech Bambola, Szklane oczy, Zwycięski koń, ilustracje Marcin Bruchnalski, Media Rodzina, Poznań 2015.

Chłopiec i świat

Na polskich ekranach rzadko goszczą artystyczne filmy dla dzieci, ale teraz jest okazja, by obejrzeć w kinie jeden z nich ‫ i to nie byle jaki. Dzięki Stowarzyszeniu Nowe Horyzonty do szerokiej dystrybucji trafia "Chłopiec i świat", brazylijska animacja adresowana do widzów w wieku powyżej dziesięciu lat. Rozbudowany, choć pozbawiony dialogów scenariusz (reż. i scen. Alê Abreu) rozwija się w stronę przypowieści, bajki filozoficznej diagnozującej smutki i problemy ludzkości. Człowiek okazuje się zarówno sprawcą, jak i ofiarą zmian zachodzących we współczesnym świecie, zwłaszcza industrializacji, rosnącej biedy i wyniszczenia środowiska. Poszkodowanych jest jednak więcej, bo zadając cierpienia sobie, niszczymy też przyrodę i... muzykę. A muzyka (Ruben Feffer, Gustavo Kurlat) gra w tym filmie rolę pierwszoplanową, obok tytułowego chłopca, świata i rysunkowej umowności. Melodie mają tu kolory, prowadzą bohatera w jego symbolicznej podróży, ożywają i ożywiają – wspomnienia, wymarłą rzeczywistość, nadzieję.
Feeria barw i głośna, karnawałowa muzyka są równie istotne, jak biel i cisza, wbijające w fotel na początku seansu. Młody widz, nieprzyzwyczajony do takich milczących, "czystych" introdukcji, czuje się przez chwilę zaniepokojony, ale czekając na kolory i dźwięki wycisza się i otwiera na opowieść. A ta nie dotrze do dzieci zainteresowanych wyłącznie masowymi produkcjami, zazwyczaj migawkowymi, przegadanymi i dosłownymi. Twórcy "Chłopca i świata" dają i wymagają więcej. Ten film jest poezją, co nie znaczy, że zrozumieją go tylko mali poeci, czy też że jest, używając dziecięcych określeń, "trudny" i "dziwny".
Historię otwiera dziecięca zabawa w kwiatach, strumieniu i chmurach. Wesoła mieszanka beztroski i fantazji trwa na ekranie krótko, bo już po chwili dochodzi do smutnego pożegnania z tatą wyjeżdżającym "za pracą". Bohater pozostaje w domu na odludziu sam z matką i wspomnieniem ojca, tak żywym, że czasem chce mu się rzucić w ramiona. Chłopiec podąża śladami ukochanego taty, ale aby zrozumieć znaczenie tej podróży, trzeba przebyć ją całą. Dla nas trwa tylko osiemdziesiąt minut, ale zwiedzimy w niej zakamarki wielu miejsc, czasów, marzeń, kolorów i jednej, wiecznie się odradzającej melodii.
Chyba każdy widz "Chłopca i świata" zwróci uwagę na twarze bohaterów – trochę komiksowe, właściwie pozbawione mimiki, jakby maski z meksykańskiego święta zmarłych. Miny stroją za to postacie "kuszące" z billboardów i telewizji, wyszczerzone w kolażowym uśmiechu. Są one straszniejsze nawet od wojskowych pojazdów-słoni, bo też "głównym potworem", jakiego wypatruje zawsze mały kinoman, jest w tej opowieści właśnie człowiek.
Oprócz mocnych portretów ludzkich, w filmie znaleźliśmy melancholijno-kosmiczne krajobrazy miast, bliskie fanom Shauna Tana, do których się zaliczamy. Mam nadzieję, że poza pokrewieństwem nastroju i plastycznej wizji, twórców "Chłopca i świata" oraz "Zguby" połączy również Oscar – Shaun Tan otrzymał nagrodę w 2010 roku (najlepszy krótkometrażowy film animowany), natomiast Alê Abreu nominowany jest w roku 2016 (najlepszy długometrażowy film animowany).
 Bożena Itoya
Chłopiec i świat (O menino e o mundo)
Brazylia 2013
Animacja: 80 min
Kategoria wiekowa: 10+
Reżyseria: Alê Abreu
Scenariusz: Alê Abreu
Muzyka: Ruben Feffer, Gustavo Kurlat
Montaż: Alê Abreu
Producent: Fernanda Carvalho, Tita Tessler
Produkcja: Filme de Papel
Dystrybutor: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Polska premiera: 19 lutego 2016

Gdańsk przez wieki

Zbiór opowiadań "Pomorskie Orlęta" początkowo skojarzył mi się z ulicznym przedstawieniem "Gdańsk przez wieki", zorganizowanym na 1000-lecie miasta przez studencki teatr Znak. Oto mamy Słowian w lnianych ubraniach, oddających cześć wielkim posągom, unoszonych przez historię w kolejne stulecia. Spis treści książki informuje o dwunastu odsłonach dziejów kolejnych pokoleń Pomorzan, od X do drugiej połowy XV wieku. O pierwszym wrażeniu decyduje również wygląd – okładka przyciągnęła uwagę mojego syna, ładne wydały nam się także proste szkice, zdobiące początek każdego opowiadania.
Publikacja spodoba się przede wszystkim młodzieży od około 12 lat, nieco młodsi czytelnicy też będą usatysfakcjonowani, o ile są pasjonatami historii. Zenon Gołaszewski napisał bowiem opowiadania, w których realia historyczne stanowią decydujący element świata przedstawionego. Pochodzenie bohaterów i ważne wydarzenia (sojusze, wojny...), które mają miejsce "obok" nich, są ważniejsze niż osobiste decyzje czy aspiracje. Historia nie tylko determinuje działania Wisława, Swaromira i Sambora, ale też gra pierwszoplanową rolę.
Bohaterami kolejnych opowiadań są potomkowie i pobratymcy wspomnianych trzech młodzieńców, poznanych w pierwszej opowieści ("Dzieci Swarożyca"). Obserwujemy zmiany kulturowe, początkowo silnie związane z chrystianizacją ziem polskich i przyłączeniem doń Pomorza. W tym ujęciu, jakże różnym od polskich podręczników historii, chrześcijaństwo nie jest mile widziane przez Pomorzan, buntujących się przeciwko nowej wierze i kultywujących dawne zwyczaje. Mieszkańcy okolic dzisiejszego Gdańska pozornie przyjmują nowego boga, bo tak nakazuje polityczny interes.

Dobromirze – zwrócił się do gospodarza. – Tyle osób przewija się przez twój warsztat i z ich ust wiele się dowiadujesz. Czy wiesz może, co oznacza słowo "poganin"?
Gospodarz przyjrzał się badawczo twarzy chłopca, też spoważniał:
Tak nazywają nas chrześcijanie, gdy chcą nas obrazić. A słowo to wywodzi się z języka, którego [sic!] zwą łaciną, i znaczy "wieśniak". No, wiesz, że niby taki zacofaniec. Ale to tylko słowa – dodał patrząc na zdziwioną twarz Swarosza. – U nas pomorscy kmiecie nie są zacofani. A poza tym... – zaśmiał się ironicznie – byłem przecież w ich grodach, Gnieźnie i Poznaniu, i wiesz? Mieszkańcy tych grodów mieszkają w ziemiankach,a chodzą w łapciach z łyka. Popatrz na nasze obuwie, przyjrzyj sie naszym domom i sam odpowiedz: kto tu jest "wieśniakiem"?

(O tym, jak Gdańsk dostał się na karty historii. Druga połowa X wieku)

Warstwa językowa nie jest mocną stroną książki Zenona Gołaszewskiego. Autor wprowadził elementy stylizacji – uwagę zwraca zwłaszcza starodawne słownictwo, pojawiają się też fragmenty dawnych kronik, ale jednocześnie wypowiedzi bohaterów bywają upraszczane do współczesnej, potocznej polszczyzny, jak w powyższym cytacie. Dodatkowo w tekście zdarzają się błędy składniowe.
Krótka forma literacka nie sprzyja rozbudowanym charakterystykom, może dlatego autor często koncentruje je w jednym, niestety zbyt przeładowanym zdaniu, i tak niemal każda postać wprowadzana jest określeniami w rodzaju: dwa grube, jasnozłociste warkocze wirowały wraz z nią, tworząc migoczącą zasłonę wokół jej twarzy; czy Ten, do którego się zwrócono, szczupły, wysoki mężczyzna o kędzierzawych, ciemnych włosach, uśmiechnął się, połechtany komplementem; albo zaśmiał się pytający, blondyn o jasnoniebieskich oczach, wysoki i silnie zbudowany, z mieczem u boku, który wskazywał, że był on jednym z tutejszych rycerzy. Podobne fragmenty brzmią trochę niezręcznie, ale młodemu czytelnikowi mogą pomóc w wyobrażeniu sobie wyglądu bohaterów.
W dalszych rozdziałach Pomorzanie stopniowo zbliżają się do porozumienia z chrześcijanami, ustępują pola nowej wierze, choć nadal przedstawiani są przez autora jako bohaterowie i zwycięzcy, świadomie przyjmujący stanowisko najkorzystniejsze politycznie.

(...) Czy wiesz, jak Imperium Rzymskie przyjęło nową wiarę i kiedy? Otóż wówczas – ciągnęła, gdy młodzieniec zaprzeczył – gdy kapłani chrześcijańscy i ich mędrcy postanowili "ochrzcić" dawne wierzenia i przeflancować na swój grunt. Pojmujesz? Każda ze stron myśli, ze w ten sposób zyskała przewagę nad drugą i wszyscy czują się dobrze. Dam ci przykład. Gdy przychodzi zima i chodzimy po śniegu, po grudzie, i kończy się najkrótszy dzień w roku, a dni odtąd mają stawać się dłuższe, to co wówczas obchodzimy...?
Nooo, wigilię... narodziny Swarożyca, syna Swaroga.
Otóż to. A w tym samym dniu chrześcijanie obchodzą narodziny syna swego boga. Cóż to zatem za różnica? Dołóżmy im jeszcze nasz piękny, słowiański zwyczaj pozostawiania dodatkowego talerza i będzie wspaniale, zapanuje jedność przekonań. Pojmujesz? A czy wiesz – pytała z coraz większym zapałem – że kiedy my obchodzimy święto Wielkiej Nocy i malujemy nasze piękne pisanki – symbol wiosny i rodzącego się życia, oni w tym samym czasie obchodzą swoje święto? I po co się kłócić o nazwy? Z Normanami się nie kłócimy czy Thor czy Swarożyc jest poprawniejszym imieniem dla tego boga.

(Gdy Gdańsk płonął ogniem i gniewem. Druga połowa XI wieku)

Późniejsze dzieje Gdańska i Pomorzan przedstawione zostały już nie z perspektywy wiary, ale kluczowych wydarzeń danego okresu i terytorium, jak przybycie Krzyżaków, "rzeź Gdańska", zakończenie panowania Krzyżaków nad Gdańskiem. W dialogach relacjonowane są całe dziesięciolecia sporów, sojuszów i opcji politycznych Pomorzan, ale i Polan, Prusów, Sasów, Rusów i innych plemion (lub ich odgałęzień).
Narracja "Pomorskich Orląt" często staje się sługą opisu rekonstrukcyjnego, akcja ustępuje miejsca szczegółowej charakterystyce zabudowy grodów, strojów, biżuterii czy wyglądu (zwłaszcza fryzur) ludzi. Książka wydaje się przeznaczona raczej dla chłopców, bo to przede wszystkim im spodobają się sceny bitewne i opisy uzbrojenia, konstrukcji budynków czy łodzi. Jednak opowiadania Zenona Gołaszewskiego są też po części historiami miłosnymi, skarbnicą słowiańskich imion, pocztem władców Gdańska i Pomorza, znajdziemy tu nawet informacje o pomorskiej kuchni. Funkcja informacyjna dominuje nad aspektem przygodowym, co czyni z "Pomorskich Orląt" dobry materiał na lekturę dodatkową, uzupełnienie lekcji historii lub wakacyjnej wyprawy do skansenu.
Bożena Itoya

Zenon Gołaszewski, Pomorskie Orlęta, ilustracje Katarzyna "Amari" Klimowicz, Triglav, Szczecin 2014. Wiek:12+ Pomorskie Orlęta składają się z 12 mikropowieści historycznych obejmujących okres od X do XV wieku. Głównymi bohaterami literackimi są tu dzieci i młodzież; działają w realiach danej epoki, stykają się z autentycznymi postaciami

Kawa z Bazylią





"Bazylia", nowa książka Barbary Gawryluk, uwrażliwia na los zwierząt domowych i hodowlanych, tych malutkich, mieszkających w klatkach ("przy rodzinie" lub na przykład w szkolnej sali), dalej bezpańskich kotów i psów, dużych lokatorów stadnin, sklepów czy ogrodów zoologicznych, a także stworzeń dzikich, jak nietoperze.

Co takiego tym razem przyniosła nam pani nauczycielka? – usłyszeli głos pana Wojtka, który właśnie stanął w drzwiach gabinetu. – W waszej pracowni biologicznej chyba nie można się nudzić? – doktor nachylił się nad pudełkiem. – A tej co się stało? Zzieleniała z zazdrości?
W krótkich, ładnie napisanych i zilustrowanych opowiadaniach poznajemy pracę pana Wojtka – weterynarza, który słuchaczom Radia Kraków znany jest jako współprowadzący audycji Klinika zdrowego chomika. Co tydzień w sobotni poranek można posłuchać, a dzięki kamerom w studiu także zobaczyć, jak powstaje materiał na kolejne (miejmy nadzieję!) części cyklu książkowego Barbary Gawryluk. Na razie dzieci w każdym wieku i ich rodziny mogą przeczytać osiem historyjek zgromadzonych w tomiku "Bazylia".

A jest już podpisany? – zapytał Norbert.
Eee... jak to podpisany? – nie rozumiał Łukasz.
Każdy pies powinien mieć wszczepiony czip.
Tytułowa Bazylia jest papużką, która przybłąkała się do pracowników radia. W kolejnych opowiadaniach młody czytelnik ma szansę zaprzyjaźnić się ze źrebakiem Jaśkiem-Batmanem, czarnym kotem Kawą w kołnierzu, Pchełką, która wcale nie jest insektem, samotną Wiki wielkości małego budynku, Bobkiem z tajemniczym czipem, Mroczkiem w konfrontacji z policyjnym patrolem, kaszlącym krokodylem Heniem, świnką morską z zielonym irokezem i takim sobie przeciętnym Miśkiem spod samiuśkich Tater (no, prawie). Brzmi intrygująco? Tak właśnie książkę odbierają najmłodsi – jako coś pasjonującego, zaskakującego i niezwykłego, choć opowiadania oparte są na prawdziwych, "zwyczajnych" historiach i blisko im do formy reportażu.

Halo! Proszę pana! Co pan tam robi?! – dwoje policjantów zatrzymało się na alejce biegnącej wzdłuż wawelskiego wzgórza nad Wisłą. Późnym wieczorem patrolowali tę nie zawsze bezpieczną okolicę. – Proszę tu do nas podejść!
Doktor Wojtek pokonał trawnik, trzymając w ręku pudełko z dziurkami.
Jestem lekarzem weterynarii, mam tu niedaleko lecznicę – wyjaśnił. – To bardzo ważna akcja ratunkowa – uśmiechnął się.
Niewątpliwej wartości literackiej towarzyszy aspekt edukacyjny – dzięki Barbarze Gawryluk dzieci mogą poznać blaski i cienie opieki nad braćmi mniejszymi, a także pracę wielu osób, które zawodowo związały się ze zwierzętami: weterynarzy, pracowników stadnin, zoo, fundacji i stowarzyszeń, a wreszcie radiowców, do których należy sama autorka. Dodatkowo na pewno nie tylko nas "Bazylia" zachęciła (lub dopiero zachęci) do słuchania i obserwowania tych wyjątkowych audycji, podczas których zobaczyć można czworonogi spacerujące po stole radiowym i pod nim, usłyszeć mruczenie do mikrofonu czy być świadkiem adopcji bezpańskiego zwierzaka. Zajrzyjcie do Kliniki zdrowego chomika, tej książkowej i radiowej, to prawdziwa przygoda oraz spotkanie z ludźmi pełnymi pasji i dobra.
Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Barbara Gawryluk,  Bazylia, z cyklu: Klinika zdrowego chomika, ilustracje Joanna Rusinek, Literatura, Łódź 2015.Wiek:5+Króliczek porzucony w parku. Krokodyl, który kaszle. Nietoperz znaleziony na balkonie. Papuga, która zgubiła drogę do domu. Dzikie i domowe, małe i duże, groźne i łagodne – wszystkie zwierzęta mogą liczyć na pomoc doktora Wojtka w jego

wtorek, 9 lutego 2016

"Alfabet polski" – od Althamera, przez lotników, po Złotą Żabę

W "Alfabecie polskim" nowemu, lekkiemu sposobowi pisania o sprawach narodowych towarzyszą równie ciekawe ilustracje. Zagadnienia i osoby pozornie znane każdemu dziecku, tak naprawdę zazwyczaj okazują się dla małego Polaka niezrozumiałe lub nużące. Atrakcyjny sposób podania informacji to jeden ze złotych sposobów na efektywną popularyzację wiedzy, a ta publikacja jest właśnie i przejrzysta, i ładna, i skuteczna. Dorośli niby znają swój kraj od A do Z, ale czytając "Alfabet polski" zdziwią się, że można opowiedzieć i narysować Polskę tak zajmująco i prosto.
Anna Skowrońska przeplata nowoczesność z tradycją, informacje ogólne z detalami, akcenty polskie na świecie i zagraniczne w Polsce. Właściwie jest to słownik pojęć, także tych nietypowych (Ile Polska ma...?, Inscenizacje), zawierających motyw polskości. Obraz jest zróżnicowany, na pewno nie kompletny, ale też nie ma taki być. Dzięki wielostronności ujęcia, autorka dobrze odzwierciedla bogactwo i wyjątkowość Polski, a także jej przynależność do światowej kultury. 
 
Alfabetycznie ułożone hasła odsyłają do zagadnień z wielu dziedzin, dowiadujemy się bowiem co nieco o: historii narodu (Lotnicy, Minuta ciszy i inne), sztuce (festiwale, dzieła, osoby, dziedziny aktywności Polaków), nauce (nobliści i nie tylko), filmie (Złota Żaba), literaturze (np. Limeryki, Pseudonim, Reymont, Tuwim), legendach (Poznańskie koziołki, Starówka warszawska i in.), przyrodzie (np. Drzewa, Giewont), geografii (np. Hel, Morze Bałtyckie), bogactwach naturalnych (Czarne złoto, Wieliczka), przemyśle (Czekolada), społeczeństwie, świętach i zwyczajach (Lany poniedziałek, Noc świętojańska), kulturze ludowej (np. Zbójnicki), kulturze popularnej (Thorgal, Koziołek Matołek), a nawet religii (Ikona, Jan Paweł II). W tej książce można więc przeczytać o koronkach Boznańskiej (i Baczyńskiej!), koronie Tatr, koronie orła, wspominane są też niektóre korony królewskie. 
 
Jeżeli ktoś rozważa pracę dyplomową na temat "Obraz polskości (ewentualnie: polskiego patriotyzmu) we współczesnej polskiej książce dla dzieci", polecam tę publikację jako jedno z lepszych źródeł. Do wizji Anny Skowrońskiej należą też ciekawostki i najnowsze wiadomości, na przykład z ilustracji towarzyszącej hasłu Trzeci maja dowiadujemy się, że "W 2007 roku po raz pierwszy obchodzono święto Konstytucji 3 maja na Litwie", a pod nagłówkiem Stadion Narodowy kryją się informacje o tym, kto i jak zaistniał na tym obiekcie sportowym (i nie tylko, ale np. o targach książki nie ma tu mowy). To ostatnie hasło uświadomiło mi, że w "Alfabecie polskim" niemal nie wspomina się o sporcie. Oczywiście autorski dobór haseł oznacza jakąś spójną koncepcję, do której nie pasowały widać takie pojęcia, jak małyszomania, gest Kozakiewicza, piłka nożna, rzut młotem, siatkówka czy szczypiorniści. Każdy autor leksykonu, encyklopedii czy słownika wie, że w pewnym momencie trzeba przerwać uzupełnianie i aktualizację artykułów hasłowych, inaczej publikacja nigdy nie zostałaby wydana. Z kolei każdy czytelnik może odbierać "Alfabet polski" osobiście, dorysowywać czy dopisywać sobie w zeszycie kolejne zagadnienia, bo skoro Koziołek Matołek, to czemu nie Bolek i Lolek albo Reksio? Jeśli Thorgal, to czemu nie Tytus, Kajko i Kokosz, komiksy Tadeusza Baranowskiego, a może też Tomasza Samojlika?
Publikacja utrwala przekonanie o dużej wartości polskiej literatury, często pojawiają się również odniesienia do filmu, choć przeważnie nie chodzi o produkcje polskie, bo też co rodzima kinematografia ma do zaoferowania współczesnemu około dziesięciolatkowi? Dzieci rzeczywiście będą zainteresowane tym, że Góry Stołowe i Puszcza Białowieska goszczą w hollywoodzkich "Opowieściach z Narnii", a Bydgoszcz odwiedził Severus Snape (właściwie aktor wcielający się w tę rolę – Alan Rickman).
Książkę można czytać hasło po haśle lub na wyrywki. Obrazowość wykładu przekona każdego młodego czytelnika, że historia i współczesność Polski są bardzo ciekawe. Objaśnienie rozbiorów Polski w haśle Jedenasty listopada jest chyba najlepszym i najbardziej treściwym, jakie miałam okazję czytać w publikacjach dla dzieci – beletrystyce, książkach popularnonaukowych i w muzealnych folderach.

Był czas, kiedy w Warszawie płaciło się rublami, w Krakowie groszami, a w Poznaniu trojakami. Rzeczpospolita została podzielona między trzy państwa: Austrię, Rosję i Prusy, a jej mieszkańcy stali się poddanymi cesarza austriackiego, króla Prus i cara Rosji. Polska zniknęła z mapy Europy.

"Alfabet polski" informuje także o polskiej grafice i ilustracji dla dzieci, bo choć w tekście wspominany jest tylko Grzegorz Rosiński (Thorgal), to sama oprawa typograficzna i plastyczna pokazuje, z czego możemy być dumni. Ilustracje przypominają plakaty lub pocztówki, lekturę umilają też smakowite wklejki i motywy graficzne wewnątrz haseł, dziecku kojarzące się ze stemplami. Warto zobaczyć, jak nasza pociecha zareaguje na śmieszne postacie, ich umowność, karykaturalne wyolbrzymienie niektórych elementów. Warstwa plastyczna uzupełnia tekst i z nim dyskutuje, składając się na wspólną reinterpretację polskich symboli. Bożena Itoya
Anna Skowrońska, Alfabet Polski, opracowanie graficzne Agata Dudek i Małgorzata Nowak, Muchomor, Warszawa 2015.
Od wydawcy:
Wiek:6+Od Althamera i andrzejek przez czarne złoto i fortepian Chopina aż po Złotą Żabę. Pięćdziesiąt cztery hasła opowiadają o Polsce dawnej i współczesnej, przedstawiają zwyczaje, postacie, wydarzenia i miejsca.

sobota, 6 lutego 2016

Siła poezji, miłości i codzienności

Pierwszym powodem, dla którego warto zapoznać się z publikacją "Ksiądz Twardowski dzieciom. Wiersze" jest przedmowa Joanny Papuzińskiej. To jeden z tekstów, jakie wyobrażam sobie w osobnej, tematycznej antologii, na przykład noszącej tytuł "Przedmowy i posłowia polskich autorów. Lata 1990-2015". W zakresie literatury dla dzieci i młodzieży wybór tych małych form nie byłby zbyt trudny, bo spotykam je coraz rzadziej, a szkoda. Nasze dorosłe wrażenia to osobna sprawa, ale dziecko, czytając taką przedmowę, po pierwsze czuje, że ma przed sobą książkę wartościową (zasługującą na dodatkowy komentarz), po drugie zaś doświadcza pierwszych kontaktów z krytyką literacką, co może być bardzo pomocne przy omawianiu tekstów w szkole. Zadanie opowiedzenia o ulubionej książce, lekturze, a nawet czytance "przerabianej" na lekcji często przerasta młodszych i starszych uczniów. Nie wiedzą, jak układać oraz wyrażać swoje myśli i komentarze na temat lektury, zwłaszcza jeśli oczekujemy od nich czegoś więcej niż tradycyjnego "planu wydarzeń". Taka dobra przedmowa staje się ważną wskazówką, lekcją myślenia o książkach.
Tom wierszy Jana Twardowskiego w edycji Naszej Księgarni (seria "Z Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia") został uporządkowany chronologicznie, zawiera utwory trudniejsze i zrozumiałe dla wszystkich, mniej i bardziej znane. Wśród tych ostatnich znalazły się lektury szkolne – syn trafił na przerabiany ostatnio na lekcji języka polskiego (w trzeciej klasie szkoły podstawowej) wiersz "Dlaczego jest święto Bożego Narodzenia". Co ciekawe, akurat ten utwór mógłby też służyć jako wskazówka dla dorosłych, zagubionych w rzeczywistości cywilizacyjnej czy politycznej. Oczyma wyobraźni widzę go na przykład w formie plakatów przyklejanych na drzwiach supermarketów w okresie świątecznym.
Bohaterami wierszy Jana Twardowskiego często są pamięć i zapomnienie. Takie utwory bywają trudniejsze do przyswojenia dla dziecka, ale i ono doceni nastrój, metafory, piękno słów – oczywiście jeśli zechce posłuchać.

(...) woźny, choć czasem widzi źle,
może odnajdzie pod zegarem
(...) śmierć, co uciszy nam nazwisko,
o Bogu nam przypomni wszystko.
Żegnajcie. Pora już,
jak marchew najzwyklejsza
Bóg będzie dla was rósł,
a ja się będę zmniejszał.

(Pożegnanie szkoły)

Wspomnienia niemal przybierają formę teatru, niektóre wiersze są niczym gotowe dramaty czy scenariusze, jeden wydał mi się nawet scalony, kompletny z przedstawieniami Tadeusza Kantora.

Tu leży mapa co się zmienia
po każdej wojnie już nie taka sama
tam znaczki pocztowe znowu trochę inne
klej niby farba rozpuszczona w wodzie
teczka o którą pies potrącił nosem
pióro wieczne jak kłamstwo bo wcale nie wieczne
przyszły długopisy i już się nie przyda
książka pamiętnik damy chyba dawno temu
mówią że tylko trzy razy jej nie było w domu
w dniu ślubu w dniu chrztu dziecka i swego pogrzebu
kalendarz jak nieszczęście – potwór – liczy milcząc
tylko serce odmierza czas w odwrotną stronę
w szufladzie stary pieniądz co wyszedł z obiegu
z Piłsudskim ciekawostka maleńka liryka
tak czysta że się za nią nic już nie kupuje
a te fotografie to moi umarli
bez których przecież niepodobna istnieć
szlachetni dziś na pewno skoro ich nie widać

(Na biurku)

Poza wierszami poważnymi, w omawianym tomie znajdziemy też, a właściwie przede wszystkim, utwory lekkie, czasem żartobliwe, pisane z miłości do świata i przyrody (jak "Czy wiesz, że..."). W poezji księdza Jana świętość połączona jest z codziennością, a nawet powszedniością. Teologia w tym wierszowanym wydaniu staje się udziałem każdego małego czytelnika, niejednokrotnie jest dla niego przystępniejsza od szkolnych katechez.

Ile jeszcze jest świętego luzu
niespodzianek z nastawionym uchem
ile tego co najprostsze a niewyliczone
(...) ile dosłowności serca
ile komórek do wynajęcia –
pomiędzy gołębiem w słońcu a ornitologią
pomiędzy kolorem czerwonym a pomidorowym
(...) pomiędzy tęgimi naukami o Bogu a Bogiem

(Między gołębiem a ornitologią)

No właśnie, a gdzie jest ten Bóg, o którym tyle pisał ksiądz Twardowski? Czy poeta tłumaczy dzieciom tę wielką nieobecność i niewidzialność, niezrozumiałą nawet dla dorosłych? Tak, i ta kwestia została zrymowana przez księdza Jana, odniesiona do małości i marności naszego świata, który jednak pokazany jest jako piękny.

Bóg się ukrył by świat było widać
gdyby się ukazał to sam byłby tylko
kto by śmiał przy nim zauważyć mrówkę
piękną złą osę zabieganą w kółko

(Świat)

Bóg nie jest jedynym tematem tego zbioru, znajdziemy w nim także wiersze uniwersalne, można powiedzieć: "świeckie". W przypadku takich utworów nie odczuwa się, że napisane zostały przez duchownego, choć wciąż są uduchowione.

Chodzi Anioł Stróż po świecie
sprząta po miłościach co się rozleciały
zbiera jak ułomki chleba dla wróbli
żeby się nic nie zmarnowało
listy tam i z powrotem
telefony od ucha do ucha
małe śmieszne pamiątki co były wzruszeniem
notes z datą spotkania ukryty w czajniku
blizny po śmiechu
sprzeczki nie wiadomo po co
żale jak pojedyncze osy
flirtujące osły
wszystko na szpilce
to co na zawsze już się wydawało
mądrość przy końcu że nie o to chodzi
radość że się kocha to co niemożliwe

(Na szpilce)

Seria wydawnictwa Nasza Księgarnia, w ramach której ukazał się omawiany zbiór, wydaje się być adresowana do młodszych czytelników niż wiersze księdza Twardowskiego. Większość znanych mi tomów ("Poczytaj mi mamo", "Danuta Wawiłow dzieciom", zbiory mitów i opowiadań) służy jako lektura czytana na głos przez rodziców. Taki "skład" serii oraz kolorowe, wesołe ilustracje Marty Kurczewskiej sugerują, że również "Wiersze" są książką dla dzieci w wieku przedszkolnym, ale te zdecydowanie nie zrozumieją przesłania ujętej w zbiorze poezji. Jednak ksiądz Twardowski z pewnością cierpliwie poczeka na Waszej półce na zainteresowanie, uwagę i zrozumienie młodego czytelnika. Ja niektóre książki dla swojego dziewięciolatka kupowałam, gdy miał dwa lata, a wręczałam, kiedy przyszła odpowiednia pora, dzięki czemu ma w swojej biblioteczce kilkanaście pozycji w księgarniach już niedostępnych. Wiersze Jana Twardowskiego na pewno byłyby kolejną perełką, jaką nabyłabym "na zapas", ale akurat w naszym wypadku nie ma takiej potrzeby, bo zbiór idealnie wpisał się w rok przygotowań syna do Pierwszej Komunii Świętej. Dzieci zainteresowane (przez rodziców, to nie przyjdzie samo) tematyką religijną, czy też ogólnie "duchową", właśnie w tym wieku otwierają się na przekaz szerszy niż obowiązkowe formułki wygłaszane na szkolnych katechezach. Szczerość, prostota i dogłębność wierszy Jana Twardowskiego trafiają do młodych serc i umysłów, pozwalając lepiej zrozumieć, skąd to całe zamieszanie z miłością, pamięcią, Świętami czy Bogiem.Bożena Itoya
 


Ksiądz Twardowski dzieciom. Wiersze, ilustracje: Marta Kurczewska, seria: Z Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia, Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.
Pewna dziewczynka siedziała w ogrodzie i zobaczyła smutnego psa w kagańcu. Kaganiec to taki okropny przyrząd, w którym można tylko poszczekać, ale nie można się w nim uśmiechać. Kiedy pies spostrzegł dziewczynkę...

Zdrowie z pudełka

 

Wpadłam ostatnio z wizytą na swoją uczelnię. Kierunek humanistyczny, na korytarzach, jak zwykle, przewaga studentek. I choć od czasów moich studiów wiele się zmieniło, z budynkiem instytutu włącznie, jedno pozostało: podczas przerw między zajęciami część dziewczyn wyjmuje ze swoich toreb elegancko zapakowane plastikowe pudełka, a w nich niezmiennie zdrowe sałatki: rukola, kuskus, kiełki, do tego tradycyjnie dietetyczny jogurcik. Mijając koleżanki spożywające te wykwintne (przynajmniej dla osoby żywiącej się w tym czasie głównie makaronem z sosem spaghetti z proszku) dania, zawsze zastanawiałam się, skąd biorą czas i pomysły, a przede wszystkim samodyscyplinę, by codziennie przed wyjściem na uczelnię przygotowywać sobie takie cuda. Po czym kupowałam w uczelnianym sklepiku kolejnego pączka.

Ale ja studiowałam jeszcze w czasach, kiedy książki kucharskie kojarzyły się głównie z półką w kuchni mamy lub cioci, a słowa "dieta" czy "zdrowa żywność" szły właściwie w parze ze słowem "odchudzanie". Od tego czasu trochę się zmieniło: pięknie wydane książki kucharskie trafiły na listy bestsellerów (ostatnio widziałam nawet na księgarnię poświęconą wyłącznie kulinariom), w dużych miastach prowadzone są popularne - i nieraz absurdalnie drogie - warsztaty zdrowego gotowania, diety odchudzające ustąpiły miejsca stylom życia: wegański, witariański, bezglutenowy, paleo... Słowem, przykładanie wagi do zawartości talerza stało się modne, także wśród młodych - nawet jeśli na co dzień okazuje się, że i tak nie znajdujemy czasu na przygotowanie czegoś zdrowego do szkoły lub pracy.

Na szczęście autorzy książek kucharskich myślą też o tej bardziej zabieganej i mniej kulinarnie ogarniętej części populacji. Przykładem jest "Piramida w kuchni na wynos" Joanny Gorzelińskiej, kontynuacja poprzedniej książki autorki, "Piramida w kuchni", przybliżającej czytelnikom zasady zdrowego żywienia. Tym razem Gorzelińska wychodzi naprzeciw osobom spędzającym dużo czasu poza domem - uczniom, studentom, a nawet zapracowanym dorosłym. Oprawa graficzna książki sugeruje w każdym razie, że jest ona przeznaczona raczej dla młodszej części populacji: kolorowe, bogate w ilustracje i dynamiczne plansze, zwięźle przedstawione złote myśli ("Jedz! Regularnie. Małe porcje, składające się z nieprzetworzonych produktów. Tylko nie mów, że nie masz czasu"). Edukowanie czytelników w zakresie zdrowego stylu życia ewidentnie leży Gorzelińskiej na sercu, gdyż poświęca tej kwestii jeden z trzech rozdziałów książki. Przypomina o zasadzie spożywania pięciu porcji warzyw i owoców dziennie, o stałych porach pokarmów, regularnym piciu wody (a nie "ulepku w butelkach", jak nazywa popularne słodzone napoje). Wskazuje najbardziej szkodliwe z popularnych dodatków do przetworzonej żywności (choć straszenie GMO jest moim zdaniem nie na miejscu i wpisuje się w nienaukowe trendy w dietetyce). W książce znajdziemy też porady pozakulinarne: ruszaj się więcej, nie wyrzucaj jedzenia.

Na drugi rozdział składają się przepisy na dania na wynos. Ta część książki również przeznaczona jest przede wszystkim dla początkujących. Proste składniki i sposób przygotowania, a przede wszystkim dobór potraw sprawiają, że zaawansowani mistrzowie patelni nie mają tu właściwie czego szukać. Bynajmniej nie zaliczam siebie do tej grupy, ale muszę przyznać, że znalazłam tu wiele przepisów, które już od dawna należą do mojego żelaznego repertuaru: pankejki, placuszki bananowe i z dyni, hummus (również mój ulubiony, w wersji z masłem orzechowym), domowy krem czekoladowy, ciasteczka owsiane. To wielka zaleta książki: każdy powinien znaleźć w niej dania, które faktycznie będzie chciał przyrządzić, a nie tylko pożerać wzrokiem, jak to bywa w przypadku innych pozycji. Graficznie ta część książki również prezentuje się bardzo przyzwoicie - jedyne, co może lekko irytować, to malowniczo rozrzucone listy składników. Może i wygląda to ładnie, ale bardzo utrudnia szybkie upewnienie się, czy na pewno niczego nie pominęliśmy.

Przepisy przepisami, ale jak to się mówi, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Nawet jeśli wiemy, jak należy postępować, by żyć zdrowo, nie zawsze potrafimy to odpowiednio zorganizować. Przy zabieganym trybie życia dbanie o odpowiednią dietę wymaga ogromnej samodyscypliny. Na szczęście i tu z pomocą przychodzi nam autorka, podpowiadając, jak przygotować plastikowe pudełka na drugie śniadanie. Trzeci rozdział to propozycja kilku zestawów lunchboksowych, skomponowanych z dań zawartych w rozdziale drugim. Szczerze? Wygląda to pięknie, ale wydaje się też dość pracochłonnie. Co innego przygotować jeden prosty smakołyk, a co innego - trzy lub cztery, które następnie można skomponować w kolorowe drugie śniadanie. Tak, tak, widziałam japońskie pudełka bento - ale te wymyślniejsze to zwykle dzieła pełnoetatowych matek i żon, nie zapracowanych studentów. Nawet moje koleżanki z uczelni zwykle kończyły na jednej prostej sałatce. Choć może to rzeczywiście kwestia rutyny i zaopatrzenia się w obowiązkowy zestaw składników. Bardzo dobrym pomysłem jest 14-dniowy kontrakt na końcu książki, który ma być pomocą w wyrobieniu zdrowych nawyków ("spakuj popołudniowy lunchbox na wycieczkę rowerową", "zjedz owoc, którego wcześniej nie jadłeś", "poleż przez 15 minut, myśląc o niebieskich migdałach"). Można pójść dalej i stworzyć na tej podstawie własny kontrakt, wymagający od nas na przykład codziennego przygotowania lunchboksa do pracy. Ale bez obaw - nawet jeśli nie uda nam się zrealizować marzenia o zdrowych, zbilansowanych drugich śniadaniach, to wśród przepisów zawartych w książce z pewnością znajdzie się kilka, które przypadną nam do gustu i na dobre trafią do naszego kulinarnego repertuaru.

Polecałabym tę książkę przede wszystkim studentom, którzy - jak niegdyś ja - nie zawsze wkraczają w samodzielne życie z odpowiednimi umiejętnościami kulinarnymi. Dołóżmy do tego tradycyjny studencki brak czasu - i mamy przepis na żywieniową katastrofę. Kilka szybkich, sprawdzonych przepisów na zdrowe przekąski bywa w takich sytuacjach wybawieniem.
Joanna Pietrulewicz

Joanna Gorzelińska, Piramida w kuchni na wynos
Kolejna książka w serii Piramida w kuchni. Tym razem celem jest zaprezentowanie pomysłów na dania do lunchboxa. W środku: co, kiedy i ile jeść, przepisy na wynos, zestawy lunchboxowe. A najważniejsze – wszystko przygotowane własnoręcznie.

Senne projekcje przedmieść

  "Opowieści z najdalszych przedmieść" zaskoczyły mnie, bo była to pierwsza znana mi książka Shauna Tana, w której znalazło się tak dużo słów. Jest ich nawet więcej niż obrazów. A jednak autor utrzymał atmosferę swojej twórczości plastycznej także w tekście, podczas lektury "Opowieści" chwilami zapominałam, co czytam, a co oglądam. Niemal nie odczułam różnicy między tą a innymi, wyłącznie lub przede wszystkim graficznymi publikacjami Tana: "Przybyszem" i "Regulaminem na lato" (jeszcze nie miałam przyjemności obcowania ze "Zgubione, znalezione"). Przeżywanie kolejnych opowiadań było bardzo osobistym i ulotnym przeżyciem. Jeśli komuś pisane jest polubić tę książkę, przypuszczalnie od razu ją pokocha. Dziwnie byłoby o niej rozmawiać ze znajomymi, to przypominałoby relacjonowanie cudzych snów, ale wyobrażam sobie jej zastosowanie jako eksperymentalnego testu przyjaźni – wręczana potencjalnemu przyjacielowi mogłaby decydować o braterstwie dusz lub je przekreślać.
Każda opowieść z najdalszych przedmieść oparta jest na jakimś fantastycznym motywie, może to być postać, wydarzenie, konstrukcja lub miejsce. Charakteryzowanie ich wydaje się bezcelowe, ponieważ w ten sposób przyszli czytelnicy zostaliby pozbawieni całego zaskoczenia. A utwory Tana są właśnie niespodziankami – w zwyczajnej, spokojnej narracji przedmieścia, w szarej sąsiedzkiej codzienności kryją się niesamowici goście: malutcy, milczący, targani wiatrem, wędrujący ku skrajowi mapy albo wypełniający zagadkową przedmałżeńską misję. Ile pamięci można odnaleźć lub zgubić na przedmieściach, ilu zapodzianych przyjaciół ponownie spotkać? Jakie kolory, zakątki i stwory kryją się pośród mijanych na co dzień uliczek? Shaun Tan uchyla rąbka tajemnicy na te i inne tematy, także tak abstrakcyjne, jak: "co się dzieje z nieczytanymi nikomu, pochowanymi w szufladach wierszami?".
W obrębie gatunku literackiego, czy typu, jakim jest opowiadanie fantastyczne, utwory Tana są tylko jednymi z wielu. Czytywałam podobne, choć nie tak poetyckie, zwięzłe i pozbawione dialogów. Powodzenie prozy Shauna Tana polega na jej esencjonalności i komplementarności względem ilustracji. Obrazy dopowiadają tekst, niekiedy go budują albo nawet zastępują – tak dzieje się w przypadku poetycko-typograficznej fantazji "Deszcz w oddali". Czytelnik zatraca się w tych różnych środkach literackiej i plastycznej ekspresji, przeskakuje od prasowych anonsów, artykułów i innych wycinków do starodawnych, wyblakłych fresków, z uśmiechem pochyla się nad szczegółami: spisem treści w formie znaczków pocztowych, podziękowaniami wystukanymi na maszynie do pisania w rubrykach dawnej karty bibliotecznej.
"Opowieści z najdalszych przedmieść" przypominają zestaw krótkich animacji. Lektura wywołała we mnie podobne wrażenia, jak seanse złożone z takich właśnie form filmowych, i tu i tam panuje różnorodność, umowność oraz zaskakujący koncept. Tylko że Shaun Tan nawet nie potrzebuje kina, by wywołać i utrwalić swoje opowieści w wyobraźni czytelnika. Obrazy połączone ze słowami i tak ożywają i pozostają w nas na stałe, oskarowe realizacje wydają się zbędne. Te opowiadania są po trosze scenopisami i scenorysami, ale można je rozpatrywać również w kategoriach czysto literackich. Dla mnie stanowią kontynuację mojej dawnej literackiej fascynacji – może dziedzictwo, a może sąsiedztwo Schulza, tamtego dusznego, letniego, spalonego słońcem ogrodu "na pustej, nigdy niekoszonej działce, na samym końcu naszej ulicy..." (Shaun Tan, "Bawół wodny").Bożena Itoya
 
Shaun Tan,  Opowieści z najdalszych przedmieść, Kultura Gniewu, wydanie drugie, Warszawa 2015.Piętnaście historii, z których każda opowiada o dziwnej sytuacji lub zdarzeniu, mających miejsce w na co dzień całkiem normalnej, podmiejskiej okolicy. U kogoś w ramach studenckiej wymiany zamieszka osobnik malutki jak orzeszek.

piątek, 5 lutego 2016

Dobre powieści dla nastolatek od Agnieszki Tyszki

Książki Agnieszki Tyszki spodobają się czytelnikom będącym na każdym etapie dorastania – od maluchów ("O czym pada śnieg", wyd. Akapit Press) i starszych dzieci (seria "Koniki z Szumińskich Łąk", wyd. Literacki Egmont), przez młodsze nastolatki (seria "Zosia z ulicy Kociej", wyd. Nasza Księgarnia), po gimnazjalistów i licealistów. Właśnie do młodzieży adresowane są powieści Agnieszki Tyszki wydawane przez Akapit Press, między innymi "Czego uszy nie widzą...", "Wyciskacz do łez" i "Smażone tablety". Jestem jednak przekonana, że bywają podkradane z półek nastolatek zarówno przez mamy, jak i młodsze rodzeństwo. Chociaż grupę docelową stanowią "małe kobietki" (książki te określam czasem właśnie współczesnymi "Małymi kobietkami"), mogą wzbudzić także sympatię chłopców.
Powieści Agnieszki Tyszki ukazujące się nakładem wydawnictwa Akapit Press nie tworzą serii. Odrębne książki mają jednak wiele wspólnych cech, jak skomplikowane relacje łączące bohaterów – w pierwszoplanowej roli nastolatka, w tle jej rodzina, przyjaciółka, chłopak – czy zwięzłość fabuły, sygnalizowanie pewnych problemów i wydarzeń, bez rozwlekłych opisów. Czytelnik musi trochę sobie dopowiedzieć, wyobrazić, dzięki czemu każdy może odczytywać te książki nieco inaczej. Ale chyba wszyscy jednakowo dadzą się wciągnąć w zabawy językowe autorki i ulegną jej lekkiemu humorowi.

Dziadek dotrzymał słowa. Następnego ranka na korkowej tablicy, obok ogłoszenia o Baltazarze, kartek z numerami telefonów oraz dwóch planów lekcji i jednego niezbyt udanego rysunku, przedstawiającego budynek przedszkolny z tarczą zegara (to jak się łatwo domyślić był "plan lekcji" Zuzi) – zawisło pierwsze z przysłów.
Poznać po słowie, co kto ma w głowie – przeczytała głośno Karolina.
(...) Misia tymczasem realizowała swój plan. Niech sobie dziadek nie myśli, że nie ma w tym domu godnego sobie przeciwnika. Już ona mu pokaże. To będzie pojedynek. Jak w dawnych czasach bywało. Tyle że na słowa.
Dziewczyna przejrzała szybko kilka stron i uśmiechając się pod nosem, sięgnęła po kartkę i czerwony flamaster.
Nie każda głowa siwa mądrą bywa – napisała i klasnęła w dłonie. To było to!
("Czego uszy nie widzą...")

Bohaterki Agnieszki Tyszki i ich problemy najlepiej opisuje zwrot "z życia wzięte". Ale i postacie męskie są prawdziwe, ważne, daleko im do schematycznych literackich ojców, braci, dziadków, sympatii. Wśród najważniejszych wątków omawianych powieści dostrzegam właśnie dziewczęce relacje z mężczyznami: przyjaźń z nestorem rodu, byłym przyszywanym bratem, nieobecność "segregującego sobie życie" taty, nieśmiałość wobec pierwszej miłości. Te dobrze opisane historie warte są zainteresowania każdej ze stron konfliktów. Kim według Was okażą się bohaterki Agnieszki Tyszki – niegrzecznymi dziewczętami czy przedwcześnie przejmującymi obowiązki rodziców dorastającymi dziećmi? Uznacie je za smutne i naburmuszone nastolatki (czasem nawet przeklinające!), a może zagubione poszukiwaczki wzorców i... wykrywaczki fałszu dorosłości?Autorka znakomicie rozumie i przyjmuje różne punkty widzenia, choć najważniejsze zawsze pozostaje to, co widzi i odczuwa młoda kobieta, uczennica gimnazjum lub liceum.

Może powinnam pójść za nią do kuchni i powiedzieć: "Mamo, my wcale ze sobą nie rozmawiałyśmy. Zróbmy to naprawdę" – pomyślała Marianna. A może lepiej byłoby posadzić panią Reaktor przed telewizorem i włączyć jakiś film na DVD? I wtedy pokazać jej palcem scenę, w której dwoje ludzi ze sobą rozmawia?
(...) Te komunikaty, które Marianna i matka wymieniały między sobą, szumnie nazywane rozmowami, były zupełnie martwe. Tworzyły je przerażone słowa, z których uszło życie. Przerażone słowa, ukrywające za plecami równie przerażone uczucia. Tak właśnie czuła to Marianna.

("Wyciskacz do łez")
Wśród poważnych problemów i doświadczeń toczą się zwyczajne dni, dochodzi do zabawnych sytuacji, prób przyjaźni. Bohaterki mają jednak więcej obowiązków niż przyjemności – szkoła, dorywcza praca, opieka nad rodzeństwem... Wszystko to sprawia dość przygnębiające wrażenie, ale przecież i rzeczywistości daleko jest do bajki, po co łudzić czytelniczki różowymi okularami, skoro każda z nich może usłyszeć to, co Marianna: Jak już pewnie zauważyłaś, życie składa się z mniejszych i większych trudności. Na szczęście układają się one naprzemiennie... Może wkroczymy razem w jakąś łagodniejszą fazę trudności ("Wyciskacz do łez").
Autorka zachowuje równowagę między powieścią obyczajową o nastoletniości a humorystyczną prozą, zabawną dla czytelników w każdym wieku. Poza humorem sytuacyjnym, warto wspomnieć zabawy słowem, zwłaszcza przysłowiami i przezwiskami. Językowymi ćwiczeniami z wyobraźni są już zresztą same tytuły omawianych tu powieści. Agnieszka Tyszka rozciąga znaczenia słów aż do szpagatu.
Powieści czytaliśmy w kolejności, która odpowiada ich kategoriom wiekowym: od "Czego uszy nie widzą...", przeznaczonej dla absolwentek szkoły podstawowej i początkujących gimnazjalistek, przez nieco poważniejszy "Wyciskacz do łez", do niemal dorosłych "Smażonych tabletów", których bohaterką jest uczennica klasy maturalnej. Karolina czasem nie przebiera w słowach (czy raczej w myślach), a jej problemy mogłyby stać się materiałem na wiele psychoterapii. Książka jest ciekawa, zaskakująca i dobrze napisana, ale też cięższa i bardziej ironiczna od przygód Michaliny ("Czego uszy nie widzą...") czy Marianny ("Wyciskacz do łez"), wszystko to zrozumie i doceni dopiero starszy czytelnik. Mam na myśli również dorosłych, bo powieści te nie tylko zainteresują rodziców, ale i powinny być przez nich czytane – niejeden odkryje na tych stronach swoje zachowania i słabości oraz ich konsekwencje.

Pewnych rzeczy nie da się nadrobić. Spadają gdzieś na dno czasu i leżą tam nietknięte, połyskując z daleka, jak zagubione skarby na dnie morza. Żaden nurek nie odważy się ich wydobyć. Nigdy.

("Smażone tablety")
Agnieszka Tyszka bardzo często wspomina w swoich książkach o... książkach. W "Wyciskaczu do łez" Marianna znajduje na księgarnianej półce "Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren –" Christiny Björk i rozmyśla nad "Miłością szczęśliwą" Wisławy Szymborskiej, Karolina ze "Smażonych tabletów" już na pierwszej stronie swoich przygód wspomina "Karolcię" Marii Krüger, z kolei Michalina z "Czego uszy nie widzą..." przeżywa fascynację twórczością Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, nawet słucha "Piosenki" w wykonaniu Grzegorza Turnaua. Utwory literackie i muzyczne są wdzięcznymi bohaterami książek dla dzieci i młodzieży, młody czytelnik zawsze reaguje entuzjastycznie na wzmiankę o jego własnych lekturach – tak było, gdy mój syn odnajdywał w "Zosi z ulicy Kociej" i "Konikach z Szumińskich Łąk" choćby książki Astrid Lindgren i Martina Widmarka ("Biuro detektywistyczne Lassego i Mai"). A jeśli nie zna się wspomnianych przez Agnieszkę Tyszkę wierszy czy piosenek, zawsze można ich poszukać w bibliotece, internecie, pamięci rodziców. Każde z tych rozwiązań będzie dobre, wzbogaci lekturę i uczyni ją nieco interaktywną.
Ponieważ podobno w Polsce więcej jest teraz autorów książek niż czytelników ("Smażone tablety"), warto wybierać dla naszych dzieci, również tych starszych, utwory pisane przez prawdziwych pisarzy, do których niewątpliwie zalicza się Agnieszka Tyszka (w odróżnieniu od takich "autorów" jak mama Wiśni ze "Smażonych tabletów"). Od poważnych tematów ważniejsze wydaje się poważne podejście do czytelnika i samego tekstu, a powieści Agnieszki Tyszki zachwycają pod każdym z tych względów.
Bożena Itoya
Agnieszka Tyszka, Czego uszy nie widzą ..., Akapit Press, Łódź 2014.
Agnieszka Tyszka, Wyciskacz do łez, Akapit Press, Łódź 2015.
Agnieszka Tyszka, Smażone tablety, Akapit Press, Łódź 2015.