cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

środa, 30 grudnia 2015

O psach dzieciom – wzorcowo i niestandardowo

Tom "Na psa urok! Opowiadania o psach" został opublikowany przez wydawnictwo Literatura w ramach serii "Polscy pisarze dzieciom" i zawiera 15 utworów. W gronie autorów znaleźli się między innymi Barbara Gawryluk ("Denis"), Anna Czerwińska-Rydel ("Nuta z Bemolem"), Paweł Wakuła ("Jego lordowska mość"), Grażyna Bąkiewicz ("Kolorowa przyjaciółka z gór") czy Katarzyna Terechowicz i Wojciech Cesarz ("Rudy i Fuks").
Większość tekstów wpisuje się we wzorzec opowiadania o psim przybłędzie obdarzonym jakimś ukrytym talentem i/lub niosącym pomoc ludziom, zazwyczaj właścicielom. Narracja prawie zawsze zbudowana jest na wspomnieniach, co wywołuje baśniowo-urokliwy, ale też nieco sentymentalny nastrój. Dla dzieci, po kolejnych podobnych opowiadaniach, lektura zaczyna stawać się monotonna. Dlatego tym ważniejsze wydają się teksty niestandardowe, o koncepcji odbiegającej od "chcę opowiedzieć dzieciom, jak wspaniałym przyjacielem może być zwyczajny Burek". Właśnie takie "varia" oceniam w tomie "Na psa urok!" najwyżej, a są to: "Amor spod supermarketu" Zuzanny Orlińskiej, "Benek" Marcina Pałasza oraz "Sztuka schodzi na psy" Grzegorza Gortata.
Słuchając tych trzech opowiadań mój syn odżywał jako czytelnik, bawił się w literackie gry zaproponowane przez autorów, wyrażał ciekawość, rozbawienie, zdziwienie. Zaskakująca okazała się zwłaszcza opowieść Grzegorza Gortata, pozornie rozpoczynająca się podobnie do pozostałych.

Człapał skrajem chodnika i wyglądał jak siedem nieszczęść. Nikt się nie kwapił, by przyjść mu z pomocą. Nie bez żalu opuściłem sklepowy daszek i wyszedłem na ulewę.
Nigdy nie wiadomo, jak zareagują, więc na wszelki wypadek zastosowałem sprawdzony manewr. Zaszedłem mu drogę, a kiedy na mnie spojrzał, zamerdałem ogonem.

(Grzegorz Gortat, "Sztuka schodzi na psy")

No właśnie, jak postrzegają nas psy? Jako zbawców, czy raczej zbawianych (i, przy okazji, zabawianych)? Grzegorz Gortat rozważa tę kwestię z przymrużeniem oka, angażując siły ironii i fantastyki, choć kto wie, może rzeczywiste oceny, jakie wystawiają nam nasi czworonożni podopieczni / opiekunowie, wyglądają właśnie tak...

Chudzielec miał wyraz oczu, którego nie lubię. Tak patrzą samobójcy albo poeci. W obu przypadkach dla psa oznacza to pusty żołądek. Kiedyś mieszkałem u pewnego poety, który całymi godzinami ślęczał nad kartką papieru i dobierał rymy. O tym, że niektórzy potrzebują regularnych posiłków, nawet nie pomyślał.

(Grzegorz Gortat, "Sztuka schodzi na psy")

W opowiadaniu Grzegorza Gortata dostrzec można i wątki metafizyczne, i wspomniane fantastyczne, przy czym jest to nie tyle fantastyka naukowa, co... artystyczna. Bardzo chciałabym dożyć czasów, w których celebrytami będą profesorowie sztuki prowadzący telewizyjne magazyny (talk show?) o dużej oglądalności.
Metafizycznym towarzyszem człowieka jest również pies z opowiadania Marcina Pałasza, natomiast Zuzanna Orlińska w czytelny (choć przewrotny) sposób bawi się motywami "Czerwonego Kapturka". Oba utwory bardzo angażują młodego czytelnika.
Wśród opowiadań opartych na rzeczywistych wydarzeniach, lub na takie stylizowanych, wyróżnia się tekst Joanny Papuzińskiej "Zwierzuś". Poza głównym wątkiem psiego znajdy, znajdujemy tu również "ładunek" innego typu. Utwór ten określić można jako krzywe zwierciadło współczesnego pisarstwa polskiego dla dzieci (a więc także tomu "Na psa urok!"). Autorka igra z czytelnikami oraz innymi pisarzami, jej doświadczenie i autoironia pozwalają na wprowadzenie do (pozornie zwyczajnego) opowiadania refleksji metaliterackiej.

Wielu pisarzy dla dzieci uważa, że takie opowiadanie o uratowanym piesku musi mieć odpowiednie zakończenie: o tym, jak ocaleniec odwdzięczył się swym dobrodziejom: na przykład uratował panią przed złodziejem ulicznym albo wyłowił pana z wodnej kipieli, albo wyniósł dziecko z pożaru.
No, a mój tato mówi, że to jest trochę głupawe tak pisać.
Dlaczego niby głupawe? – pytamy.
Bo takie wyczyny psów zdarzają się bardzo rzadko, a dzieci potem nie wiedzieć czego się spodziewają i są rozczarowane. Powinno się pisać prawdę, że są psy mądrale i bywają pieski głupieski. I nie ma powodu, żeby sądzić, że te drugie są gorsze od pierwszych. A najbardziej głupawe jest myśleć, że jak się zrobi coś dobrego, to natychmiast powinna być za to nagroda.

(Joanna Papuzińska, "Zwierzuś")

Bardzo lubię utwory Pani Profesor za lekkość ich narracji, fabuły, za tę mądrość i literacką moc, która z nich przebija. Mój syn też docenia wszystkie opowiadania i wierszyki Joanny Papuzińskiej, jakie zna, a swoją sympatię wyraża "po dziecięcemu" – słuchając (lub czytając) z uwagą i uśmiechem.
Tom jako całość, czytany opowiadanie po opowiadaniu, okazał się dla nas nieco zbyt wzruszający, "przytulaśny", jakby powiedziało dziecko. Tylko troje autorów (Zuzanna Orlińska, Grzegorz Gortat i Joanna Papuzińska) postarało się o uśmiech czytelników. Czy tytułowy psi urok polega więc jedynie na wzbudzaniu współczucia, sentymentów i refleksji natury etycznej? Mam nadzieję, że polskie opowiadanie dla dzieci będzie się dalej różnicowało, wywołując nie tylko wzruszenie, ale i rozbawienie, zaciekawienie, strach, może nawet złośliwy uśmieszek – podobnie jak rozmaite bywają przeżycia właścicieli "piesków głupiesków" i "psów mądrali".
Bożena Itoya


Na psa urok! Opowiadania o psach, seria "Polscy pisarze dzieciom", okładka: Mikołaj Kamler, ilustracje: Zuzanna Orlińska, Małgorzata Flis, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

"Legenda o Sally Jones" – to zrobi doskonale morskim opowieściom!

Opis wydawniczy "Legendy o Sally Jones" (wraz z przykładowymi ilustracjami) nastawił mnie na smutną, starodawną historię. W rzeczywistości jest to co prawda opowieść o dość dawnych czasach ("(...) ma swój początek w tropikalną burzową noc przed stu laty"), stylizowana na reprint z rycinami, zdobieniami i czcionką przypominającymi książki z regałów prababci, ale została napisana i narysowana współcześnie.
Całostronicowe ilustracje nie pomniejszają znaczenia tekstu, mają duży udział we wrażeniach z lektury, ale jednak mamy do czynienia z bogato ilustrowaną literaturą, a nie z książką obrazkową.
Pierwsze wrażenie podpowiadało mi, że "Legenda o Sally Jones" dotyczy przede wszystkim złego losu egzotycznych zwierząt, ofiar kłusownictwa, przemytu i ludzkiej bezduszności. Rzeczywiście, w książce pojawiły się pewne wątki uwrażliwiające na cierpienia braci mniejszych (np. cyrk i ogólnie niewola), ale uwaga czytelnika koncentruje się bardziej na elementach sensacyjnych, kryminalnych, w pewnym stopniu fantastycznych, bo tytułowa gorylica swoim człowieczeństwem znacznie przerasta pobratymców.
Sally Jones została zabrana od matki jako małpie niemowlę, akcja rozwija się wraz z jej przygodami, podróżami, emocjami i doświadczaniem wierności, przyjaźni, tęsknoty, cierpienia, zawodu i rezygnacji. Spotyka ludzi o rozmaitych zawodach, charakterach i intencjach, a portrety (charakterologiczne i plastyczne) postaci są tu dobrze zarysowane i wymowne. W tle narracji tli się poczucie humoru i umowność relacji, w połączeniu ze statycznymi, w większości mglistymi i szaroburymi ilustracjami tworzą one niepowtarzalną atmosferę historii opowiadanej w portowych barach. "Legenda o Sally Jones" ma w sobie siłę oraz barwy morza i działa na czytelnika tak jak ono – wzrusza, targa nami od tropikalnej burzy do pastelowego zachodu słońca.
Warstwa plastyczna nawiązuje do wspomnianych wyżej rycin, a także starych map, atlasów, plakatów, reklam prasowych, nawet tatuaży, natomiast warstwa literacka – do powieści awanturniczych i baśni (zwłaszcza Kiplinga). Czytając tę książkę, nietypową przecież na polskim rynku wydawniczym, ma się wrażenie, że jest równocześnie wyjątkowa i zamknięta w pewnym modelu. Ten wzór został doskonale zrealizowany środkami stylizacji literackiej, plastycznej (w tym typograficznej) i edytorskiej: książka jest spójna, pełna i kompletna. Polecam ją wszystkim lubiącym czytać: starszym dzieciom, młodzieży, dorosłym. Warto zdobyć takie nowe doświadczenie literackie. "Legenda o Sally Jones" może się też spodobać wielbicielom komiksów, ze względu na dopracowane, czasem poetyckie, kiedy indziej humorystyczne obrazy, wspomniane nawiązania do różnych sztuk i metod plastycznych, zabawę z obramowaniem tekstu czy (sporadycznie wykorzystywanymi) intensywnymi barwami, a także sposób portretowania ludzi i zwierząt. Zadowoleni będą również smakosze estetycznych publikacji, bo twarda oprawa, płócienny grzbiet (z wytłoczonym tytułem, nazwiskiem autora i logo wydawnictwa) trafią w zakamarki serc najbardziej wymagających młodych (i nieco starszych) bibliofilów.
Bożena Itoya

Jakob Wegelius, Legenda o Sally Jones, przełożyła ze szwedzkiego Agnieszka Stróżyk, Zakamarki, Poznań 2015.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Żegnaj, Skarpetko!

Benjamina Chauda znaliśmy dotąd jako ilustratora książek dla dzieci, wydawanych w Polsce przez Zakamarki ("Wierzcie w Mikołaja!") i Dwie Siostry (Spóźniłem się do szkoły, bo...", "Nie odrobiłem lekcji, bo..."). "Żegnaj, Skarpetko!" to pierwsza autorska publikacja tego francuskiego twórcy, o jakiej słyszałam. Miło mnie zaskoczyła – jest ładna, duża (nietypowy format), jednocześnie subtelna i... mocna, zupełnie niedydaktyczna. Wśród rodziców może wzbudzić pewne kontrowersje, bo odbiega od modelu książki traktującej o wiernej przyjaźni dziecka i zwierzęcia. Otóż śliczny mały chłopczyk z prosiaczkowym noskiem już na drugiej stronie opowieści oznajmia: "(...) jako towarzysz zabaw jest dość beznadziejny. (...) I co najważniejsze – królik nie może być dłużej moim najlepszym kolegą: nie jestem już dzieckiem. Dlatego postanowiłem się go pozbyć".
Uwagę dorosłego czytelnika zwraca bezkompromisowość, dosadność treści i języka, które mają odzwierciedlać tok myślenia małego dziecka. Rzeczywiście, niektóre maluchy bywają bezlitosne, samolubne i humorzaste, ale czy aż tak? Z drugiej strony, te cechy bohatera okazują się być właściwie ulotnymi nastrojami, a nie trwałymi nawykami. Trudno oceniać takie zachowania z punktu widzenia dorosłego niepamiętającego już, jak to jest być dzieckiem, odczuwać te nagle, niemożliwe do poskromienia fale gniewu, żalu, strachu. My współczujemy pociesznemu, niememu, bezbronnemu i niewinnemu królikowi Skarpetce, ale może niektórzy młodsi czytelnicy będą się identyfikowali z bezlitosnym, jak się początkowo wydaje, chłopcem? 

Książki dla dzieci nie są pisane tylko dla małych aniołków i nie powinny opowiadać jedynie o takich idealnych bohaterach, bo podobne dzieci najzwyczajniej nie istnieją. To wiemy od dawna, złoszczące się postacie na dobre zadomowiły się w książkach publikowanych w naszym kraju, ale czy jesteśmy przyzwyczajeni do książek, które nie są pisane z punktu widzenia pouczającego dorosłego? Czy rodzicom czytającym "Żegnaj, Skarpetko!" nie będzie przeszkadzało, że bohater nie zostaje wprost zganiony, ukarany, doprowadzony do porządku? Czy plastyczna wizja porzuconego w lesie, przywiązanego do drzewa (!) królika i samotność porzucającego mogą być postrzegane jako taka kara? Zobaczymy, jak książka przyjmie się w polskich domach, według mnie nie ma w niej nic szkodliwego czy niewłaściwego.

Ilustracje są duże i estetyczne, z ciekawym akcentem czerwieni i rozmaitych linii, czasem wnika w nie tekst, podobał się nam też "podwójny" rysunek, gdzie z głównej ilustracji wyrasta dymek z kolejną. Szczególnie zaprzyjaźniliśmy się z portretami opadających, powiewających i obejmujących gałązkę uszu Skarpetki. Obrazki przedstawiające wnętrze leśnej chatki wydały mi się dość klaustrofobiczne i nierealne ze względu na pochyłość ściany, na której wisi kuchenna szafka, ale nie wypadają z niej żadne naczynia. Może są przyklejone? Cała ta scena kojarzy się raczej z dziecięcą zabawą, herbatką wydawaną dla pluszaków, bo też przez dużą część książki zastanawialiśmy się, czy Skarpetka jest żywym królikiem, czy maskotką, a bohater prawdziwym chłopcem wędrującym po lesie, a może własną wizją rodem z baśni o Tomciu Paluchu? Obojętnie, czy wędrówka rozgrywa się tylko w wyobraźni dziecka, a proszona herbatka po tej czy tamtej stronie lustra, warto prześledzić linie opowieści nakreślone przez Benjamina Chauda i trochę sobie pogdybać.
Bożena Itoya


Benjamin Chaud, Żegnaj, Skarpetko! , tłumaczenie Katarzyna Skalska, Zakamarki, Poznań 2015.
Wiek:3+ Co zrobić z królikiem, który jest dość niemrawy, mało bystry i nie potrafi się bawić w Indian? I kiedy w dodatku, zamiast królika, wolałoby się mieć prawdziwych kolegów?

poniedziałek, 7 grudnia 2015

O królewskich zbiorach



 "Ulubiony ogród warszawskich spacerowiczów zyskał nową atrakcję. W Łazienkach Królewskich pojawiły się ostatnio malownicze postacie w białych szatach. Na razie otacza je aura tajemniczości - widywane są tylko z daleka, nikomu nie udało się z nimi porozmawiać. Czy to nowy pomysł na promocję Łazienek?". Tym zagadkowym wstępem zaczyna się książka "Król, muzy i pomarańcze, czyli co się kryje w Starej Oranżerii", efekt współpracy Muzeum Łazienki Królewskie i Wydawnictwa Dwie Siostry oraz debiut autorki Aleksandry Pawlińskiej w kategorii literatury dziecięcej.
Pozycję trudno sklasyfikować: to trochę przewodnik po Łazienkach i zbiorach tamtejszego muzeum, trochę podręcznik do historii, a trochę (a może przede wszystkim) książka z zadaniami i łamigłówkami. Od pierwszej do ostatniej strony towarzyszą nam uczynne muzy, którym poświęcono kolejne rozdziały, nawiązujące do odpowiednich dziedzin. Czy tak eklektyczne dzieło, niestroniące w dodatku od trudnej terminologii związanej ze sztuką antyczną, ma szansę przykuć uwagę młodych czytelników?
Autorka wykazała się w tej kwestii dużym wyczuciem, zachowując równowagę między porcjami wiedzy a zadaniami wymagającymi większego zaangażowania. I nie są to aktywności dorzucane na siłę, w rodzaju pytań czy ćwiczeń, do jakich przyzwyczaiły nas podręczniki szkolne. Tu zarówno treść, jak i elementy interaktywne tworzą spójną całość. Zadania odwołują się do bardzo szerokiej gamy aktywności: Trzeba będzie rysować, malować, kolorować, wycinać, kleić, dopasowywać, pisać, a nawet wyklaskiwać rytm. A przede wszystkim ruszyć szare komórki, gdyż większość zadań wymaga sporej dozy wyobraźni. Przygotujemy nawet domowy teatrzyk - oczywiście z postaciami w strojach z epoki.
W warstwie informacyjnej dowiemy się między innymi: Jak powstały Łazienki i skąd wzięła się ich nazwa. Jaka jest historia poszczególnych budynków i czemu oraz komu zawdzięczają swój wygląd. Zapoznamy się ze zbiorami muzealnymi zgromadzonymi i stworzonymi pod mecenatem króla Stanisława Augusta: rzeźbami, obrazami, freskami. Poznamy ogromną porcję terminologii - elementy antycznych budowli, budowę amfiteatru, bogów greckich, muzy i ich atrybuty. Co najdziwniejsze, wiedza ta wchodzi do głowy niejako mimochodem, a nawet jeśli akurat nie wchodzi, to na pewno nie przytłacza i nie psuje zabawy.
Bogactwem pomysłów książka mogłaby obdzielić kilka takich pozycji. Czytając, cały czas zastanawiałam się, po co w rogach nieparzystych stron pojawia się pomarańcza: raz zamknięta, raz częściowo obrana, innym razem znów pokrojona. Rozwiązanie tej zagadki wprawiło mnie w osłupienie - prostotą i błyskotliwością pomysłu. Nie wierzę, że jest dziecko, które nie zachwyci się tą drobną atrakcją.
Całości klimat nadaje znakomita, stonowana oprawa graficzna Wojciecha Pawlińskiego, który za pomocą techniki kolażu połączył fotografie rzeźb i budowli z kreskówkowymi postaciami sympatycznych muz oraz nieco mglistymi, malowanymi farbą wodną pejzażami Łazienek.
"Król, muzy i pomarańcze" to pozycja przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Pozostawia jednak czytelnika z pewnym niedosytem. Trudno mianowicie po jej lekturze nie chcieć natychmiast wybrać się na wycieczkę do Łazienek. Nawet jeśli byliśmy już tam wiele razy, pozwoli nam ona spojrzeć na tamtejsze zabytki i eksponaty świeżym okiem. Dodatkowo ilustracje zawarte w książce są tylko tym - ilustracjami. Brakuje zdjęć, które dałyby nieco pełniejszy obraz miejsca, o którym mowa. I jest to bez wątpienia zabieg świadomy, zachęcający do skonfrontowania wyobrażeń z rzeczywistością. Książkę mogę z czystym sumieniem polecić zarówno rodowitym warszawiakom, chcącym przybliżyć swoim pociechom historię miasta, jak i turystom, jako uzupełnienie wycieczki po Łazienkach.
Czy dzieci, przyzwyczajone do nieco innej tematyki i stylistyki książek z łamigłówkami, dadzą się przekonać do sięgnięcia po pozycję, bądź co bądź, edukacyjną? I to o historii, literaturze i sztuce? Moja nieśmiała teza jest taka, że o ile nie odrzucą książki na samym początku, po pobieżnym jej przewertowaniu, mogą zakochać się w niej po uszy. Przedstawiona historia, a przede wszystkim przygotowane przez autorkę aktywności, są zaskakująco wciągające i pozostają w pamięci na długo.
Joanna Pietrulewicz
 
Aleksandra Pawlińska, "Król, muzy i pomarańcze czyli co się kryje w Starej Oranżerii"
Wiek:6+
Książka do czytania, uzupełniania, rysowania i wyklejania, dzięki której dzieci odkryją sekrety jednego z najciekawszych miejsc w Łazienkach Królewskich.

sobota, 5 grudnia 2015

Czary i mary E.T.A. Hoffmanna

"Złoty garnek" jest zbiorem trzech opowiadań E.T.A. Hoffmanna, przetłumaczonych przez Elizę Pieciul-Karmińską i zilustrowanych przez Aleksandrę Kucharską-Cybuch. Wydawnictwo Media Rodzina konsekwentnie publikuje dzieła tego znakomitego trio, a ja po raz kolejny zanurzam się w nich z wielką przyjemnością. Tym razem sama, bo syn jest jeszcze za młody na opowieści adresowane do dorosłych (według wydawcy) lub starszej młodzieży (według mnie).
Każdy z utworów ("Złoty garnek", "Piaskun", "Don Juan") wprowadza nas do jakiejś świątyni – nauki, poezji, muzyki, ale też miłości. Autor oddaje cześć muzom i bóstwom, przestrzega przed szalonymi namiętnościami, równocześnie się nimi pasjonując. To, co niepokojące okazuje się czasem dobrym, a zachwycające – groźnym i zgubnym. Opisane przez Hoffmanna czary, maszkary, widziadła, demony, "nadobne" panny przemawiające dźwiękiem dzwoneczków, zagubieni zakochani studenci, upiory mieszkające w nas, składają się na tradycyjne opowieści fantastyczne. Podczas lektury nasuwały mi się skojarzenia z utworami E.A. Poe czy E. Nesbit (oczywiście także samego E.T.A. Hoffmanna: "Tajemniczym dzieckiem" oraz "Dziadkiem do Orzechów i Królem Myszy"), poza tym niemal oczekiwałam, że do akcji nagle wkroczy Faust, Pan Twardowski, alchemicy czy golem z praskich legend, a może bohaterowie "Snu nocy letniej"...

"Zrzuciła z siebie czarny płaszcz i stanęła w swej odrażającej nagości, a potem zaczęła krążyć po pokoju, a wielkie foliały spadały na ziemię. Wyrywała z nich kartki pergaminu i łącząc je szybko ze sobą w kunsztowną całość i naciągając na siebie, przywdziała po chwili jakby dziwaczną, kolorową zbroję. Z kałamarza, który stał na stole, wyskoczył, sypiąc iskry czarny kocur i zawył na powitanie starej, która wydała okrzyk i wraz z nim zniknęła za drzwiami."

Tekstowi towarzyszą poetyckie, wręcz eteryczne ilustracje. Można na nich dostrzec każdy odcień nastroju opowiadań, nawet kurz klasyki. Aleksandra Kucharska-Cybuch stworzyła niezwykłe, demoniczne postacie, a obraz w opowiadaniu "Don Juan" skojarzył mi się trochę z Antonim Boratyńskim, trochę ze Stasysem Eidrigevičiusem. Podobają mi się również ponuro-magiczne przedstawienia natury, zwłaszcza roślin. Rozłożony na dwóch stronach obraz drzew przeniósł mnie na chwilę do "Tajemniczego dziecka", bo też rzeczywiście, i w tamtej książce zatrzymałam się dłużej przy bezlistnych gałęziach splątanych w szpaler. Te korytarze malowane przez Aleksandrę Kucharską-Cybuch zawsze prowadzą ku tajemnicy, są fantastycznymi przejściami do świata E.T.A. Hoffmanna.
Książka, poza treścią i oprawą plastyczną, zaspokoiła wszelkie moje oczekiwania "techniczne" – ujęło mnie dopracowane pod każdym względem tłumaczenie, rzeczowe, ale zwięzłe oraz zrozumiałe dla laika przypisy (a także posłowie tłumaczki), czytelny układ tekstu i ilustracji, papier wysokiego gatunku, twarda oprawa z grzbietem stylizowanym na płótno. "Złoty garnek" będzie prawdziwym skarbem każdej domowej biblioteczki.
Bożena Itoya

E.T.A. Hoffmann, Złoty garnek i inne opowiadania, przekład Eliza Pieciul-Karmińska, ilustracje Aleksandra Kucharska-Cybuch, Media Rodzina, Poznań 2015. Od wydawcy: Zbiór opowiadań dla dorosłych czytelników. Tytułowy utwór opowiada o przygodach młodego studenta Anzelmusa, który zajmując się kopiowaniem starych pism, nagle musi zmierzyć się z nadprzyrodzonymi siłami i zdecydować, co jest dobre, a co złe.

czwartek, 3 grudnia 2015

Findus dla najmłodszych



Uwielbiam serie wydawnicze dla dzieci. Zaczytywałyśmy się już w książkach o Krowie Matyldzie, Panu Brummie, Meli, Nusi - a teraz przyszedł czas na kolejną z wielu skandynawskich perełek, czyli Findusa i Pettsona. Muszę przyznać, że zabrałyśmy się za nich trochę za wcześnie. Historyjki zawierały sporo tekstu i dwuipółlatce trudno było przy nich wysiedzieć. Na szczęście w nasze ręce wpadł malutki tomik "Poznaj Pettsona i Findusa", który jest swego rodzaju wstępem do pełnowymiarowych pozycji o psotliwym kocie i jego staruszku.
Książka to raptem kilka kartonowych kartek, przedstawiających króciutką historyjkę z życia tej sympatycznej dwójki. Findus wymyśla dla Pettsona zabawę, by podstępem nakłonić go do usmażenia naleśników. W międzyczasie odwiedzają różne części gospodarstwa: kurnik, stolarnię, ogród, a wreszcie kuchnię. Na koniec obaj (wraz ze wszędobylskimi kurami) zasiadają do podwieczorku. I rzeczywiście tych kilka stron wystarcza, by zapoznać się z bohaterami serii i ich otoczeniem. Findus okazuje się pełnym energii, zadziornym i (w swoim mniemaniu) przebiegłym kotem, Pettson z kolei jest nieco flegmatyczny i zupełnie niekonfliktowy. Razem tworzą bardzo zgraną parę.
Historia o Findusie i Pettsonie spodoba się na pewno miłośnikom wiejskich klimatów. W odróżnieniu od serii o Krowie Matyldzie, obraz wsi stworzony przez Nordqvista jest bardzo sielankowy - Pettson i Findus mieszkają w drewnianym domu z wychodkiem, otoczonym odrobinę zdziczałym ogrodem, w którego głębi stoją rzędy uli. Klimat książki tworzą znakomite ilustracje. Autor bardzo pieczołowicie odwzorował wygląd staroświeckich wnętrz domu i stolarni Pettsona, nie zapomniał o różnych zabawnych szczegółach, jak kury czytające gazetę przy filiżance herbaty (kury pojawiają się zresztą na każdej stronie i, podobnie jak w historyjkach o Krowie Matyldzie, żyją swoim życiem) czy drobne psoty Findusa, który najwyraźniej nie potrafi ani przez chwilę usiedzieć w miejscu.
Po zapoznaniu się z bohaterami serii (i upieczeniu partii naleśników) będziemy na nowo próbować sił z bardziej rozbudowanymi historyjkami. A że książek jest naprawę sporo, mam wrażenie, że zostaną z nami na dłużej.
Joanna Pietrulewicz
Sven Nordqvist, "Poznaj Pettsona i Findusa"
Pierwsza książka z twardymi, kartonowymi stronami o dobrze znanych i lubianych bohaterach – Pettsonie i Findusie. Książeczka jest adresowana do najmłodszych odbiorców, pięknie ilustrowana przez autora. Findus wymyślił nową zabawę dla Pettsona.

Małe, a cieszą



Wszyscy znamy te książki: piękna oprawa, twarde, lśniące kartki, fikuśne ilustracje, odpowiednio wysoka cena. A w środku - w sumie nic ciekawego, w każdym razie nic, co zajęłoby naszą pociechę na dłużej niż pięć minut. Ale są też pozycje takie jak "Kicia Kocia", gdzie zamiast o przeroście formy nad treścią można mówić raczej o przeroście treści nad formą. Seria o Kici Koci to bardzo niepozorne książeczki w formacie niemalże zeszytowym (miękka okładka, kartki spięte zszywkami). Cena również jest bardzo przystępna, ot takie czytadełka do kupienia w kiosku przed podróżą. Nic więc nie przygotowało mnie na zachwyt, w jaki moją dwuipółlatkę wprawiły te opowiastki.
 "Kicia Kocia mówi «Dzień dobry»" czytamy kilka razy dziennie. Czytamy wspólnie, bo córka szybko nauczyła się większości kwestii na pamięć i głośno wtóruje bohaterom, gdy ci postanawiają mówić wszystkim napotkanym ludziom  "dzień dobry". Rozbawiona powtarza za Adelką: "jesteś głupia", a potem, nieco speszona, szepcze "kocham was" - tak jak Kicia Kocia do swoich rodziców. Ta bardzo prosta historyjka o tym, jak wielką moc mają słowa, doskonale trafia w poziom rozumienia i wrażliwość kilkulatki.

"Kicia Kocia w przedszkolu" również porusza aktualny dla nas temat. Owszem, rozmawiałyśmy wcześniej z córką o przedszkolu, ale dopiero dzięki Kici Koci zrozumiałam, jak bardzo to przeżywa. Opowiastka i tym razem nie jest szczególnie skomplikowana - śledzimy po prostu zwykły dzień bohaterki w przedszkolu: Kicia Kocia żegna się z mamą, je śniadanie, bawi się, ucina sobie drzemkę, idzie na dwór. Schemat, który pomaga dziecku wczuć się w przedszkolny klimat.
Jako czytelniczka książek o wychowaniu od razu wychwyciłam użyty przez autorkę (może celowo, a może intuicyjnie - w końcu jest mamą dwójki dzieci) empatyczny język, zalecany przez psychologów. Przykład:
"Adelka zgubiła spinkę do włosów. (...) Adelka jest smutna. Pani przytula Adelkę. Nie chce, żeby Adelka płakała. Kicia Kocia również nie chce. Rozgląda się..."
Kicia Kocia dostrzega emocje swojej koleżanki i reaguje na nie. Niby błahostka, ale moja córka za każdym razem bardzo przeżywa tę scenę, smucąc się i ciesząc razem z bohaterkami.
Ważne jest również, że autorka nie neguje faktu tęsknoty dziecka za rodzicami. Choć w przedszkolu jest fajnie, Kicia Kocia cały czas pamięta, że mama przyjdzie po nią po podwieczorku, i zdaje się mimo wszystko niecierpliwie czekać na ten moment. Dostrzeżenie - bardzo przecież oczywistych - dziecięcych lęków i emocji to kolejny atut serii.
Książeczkom towarzyszom proste, kolorowe ilustracje autorki, również dobrze trafiające w dziecięcy gust. W ich towarzystwie można nawet przełknąć zastosowaną czcionkę Comic Sans Ms.
Opowiastek o Kici Koci powstało już sporo (poruszają takie tematy jak choroba, gotowanie, sprzątanie, wyjście na basen czy mówienie "Nie!"), więc nie pozostaje nam nic innego, jak uzupełnić kolekcję i oswajać wraz z sympatyczną kotką kolejne elementy rzeczywistości.
Joanna Pietrulewicz
 
Anita Głowińska,  "Kicia Kocia w przedszkolu"
Gratka dla wielbicieli sympatycznej kotki! W kolejnym tomie Kicia Kocia idzie do przedszkola. Tam spotyka przyjaciół i wspólnie robią dużo ciekawych rzeczy. Dzięki Kici Koci dzieci dowiadują się, jak wygląda typowy dzień przedszkolaka.

Anita Głowińska,  Kicia Kocia mówi Dzień dobry
Wiek:2+ Rezolutna kotka powraca! Kicia Kocia wraz ze swoim przyjacielem Packiem przekonują się, że uśmiech ma wielką moc. Na spacerze mówią z uśmiechem napotkanym osobom dzień dobry i zauważają, że wszystkim natychmiast poprawia się

Wielkoformatowy smakołyk

"Pszczoły" nie są książką obrazkową, ale bogato ilustrowanym atlasem przyrodniczym dla dzieci, czyli publikacją popularnonaukową, choć niewątpliwie w pewnym stopniu także dziełem artystycznym. Olbrzymie, kolorowe ilustracje, nazwane przez autora tablicami i numerowane tak, jak w dawnych przewodnikach zoologicznych i botanicznych, są wesołe, ale też rzeczowe. Nie ma tu miejsca na rysunki merytorycznie puste, takie sobie zabawne historyjki. Piotr Socha (ilustracje) i Wojciech Grajkowski (doktor biologii odpowiedzialny za opracowanie tekstu) krok po kroku omawiają dzieje pszczół i pszczelarstwa, a więc naszej z pszczołami przyjaźni i od nich zależności. Ta książka uczy nie tylko tajników pracy bartnika czy pszczelarza, ale również miłości do natury, na pewno też może zarazić młodego czytelnika pasją poznawczą.

"A naukowcy uważają, że pszczoły pojawiły się (...) jakieś 120 milionów lat temu. W tym czasie rośliny dopiero udoskonalały swój najnowszy wynalazek – kwiaty. Okazało się, że do ich pożywnego pyłku i słodkiego nektaru chętnie przylatują głodne owady, przy okazji zapylając rośliny. Taka współpraca przynosiła korzyści obu stronom, ale początkowo nie uczestniczyli w niej przodkowie pszczół. Były to prawdopodobnie zwierzęta drapieżne, przypominające dzisiejsze osy. Do kwiatów przylatywały głównie po to, żeby coś upolować – ich ofiarą padały inne owady, zajęte jedzeniem. Któregoś razu jednak taka osa stwierdziła: Skoro już tu jestem, to może i ja spróbuję tego pysznego pyłku?. Był to pierwszy krok na drodze do przemiany w pszczołę."

Jak widać tekst "Pszczół" jest przystępny i zrozumiały dla czytelnika w wieku sugerowanym przez wydawcę (6+). Wojciech Grajkowski odpowiednio dobrał i przedstawił informacje, dziecko łatwo je zapamiętuje, a rodzic jest zadowolony, że pociecha korzysta z wiarygodnego źródła informacji, a nie na przykład z anonimowej internetowej encyklopedii czy opracowania przygotowanego przez ilustratora.
Ciekawa i dobrze zaprezentowana treść została uzupełniona piękną oprawą plastyczną. Piotra Sochę znamy od wielu lat jako ilustratora naszych ulubionych gier planszowych (m.in. "CV", "Hooop!", "Superfarmer Rancho") oraz audiobooków (m.in. "Karlsson z dachu" i "Emil ze Smalandii"). Charakterystyczne ludziki i zwierzątka na dobre zapadły nam w pamięć i wyobraźnię, kicają i polegują na naszych kalendarzach ściennych, zakładkach, planach lekcji, podkładkach pod kubki, naklejkach, zawieszkach na drzwi... Nic więc dziwnego, że uwielbiamy oglądać tę książkę, spodoba się zresztą wszystkim miłośnikom ładnych ilustracji, doceniającym odpowiednio dobrane barwy, cienie i domieszkę humoru (ząbki, oczy, w ogóle mina niedźwiedzia na tylnej okładce!). Jednak pełną wartość tej publikacji mogą poznać dopiero dzieci starsze, które są w stanie przyswoić informacje zawarte w tekście. W moim odczuciu "Pszczoły" służą bardziej do nauki niż zabawy, bliżej im do "Animalium" niż do "Map", którym przecież brak kartograficznej precyzyjności. 
 
Autorzy dość szczegółowo omawiają te zjawiska dotyczące pszczół, które mogą zainteresować laików oraz początkujących pasjonatów entomologii, na przykład: pochodzenie, sposoby rozmnażania, obieranie "matki", życie i śmierć robotnic oraz trutni, budowa plastra (także jako inspiracja dla ludzkiej architektury), zapylanie, historia kontaktów człowieka z pszczołą, pszczelarstwo kiedyś i dziś, tu i tam, użądlenia, wrogowie pszczół i amatorzy miodu, rodzaje tegoż. Poza tablicami (opatrzonymi wspomnianym komentarzem), w książce zamieszczone zostały ciekawostki krótkie teksty stylizowane na czarno-białe artykuły prasowe: "Sposób na szerszenia", "Pszczoły kontra słonie", "Ile może unieść pszczoła", "Pszczoły na antypodach" i inne.
Dzięki spotkaniu z Piotrem Sochą, jakie zorganizowała jedna z warszawskich księgarni, mogliśmy uzupełnić nie tylko wiadomości ujęte w "Pszczołach", ale i wrażenia artystyczne. Zobaczyliśmy na przykład pierwotne projekty tablic, różne koncepcje prezentacji pszczół od takich fantastycznych, jakby komiksowych, po ostateczne, bliższe naturze. Co nieco o powstawaniu książki można dowiedzieć się także ze strony producenta gier planszowych Granna, gdzie przeczytałam między innymi: "W pracach nad książką dobrą radą służyła od czasu do czasu Pani Dorota Woyke-Polec – Art Director w Grannie. Ojcem Pani Doroty jest Jerzy Woyke - światowej sławy profesor nauk rolniczych o specjalizacji pszczelnictwo" (osoby te zostały wymienione w podziękowaniach Piotra Sochy na ostatniej stronie "Pszczół"). Publikacja jest więc efektem pracy profesjonalistów, pięknym produktem oraz bogatym źródłem wiedzy.
 
"Pszczoły" kosztują dużo, ale i inne dobrze wydane publikacje przyrodnicze mają wysokie ceny. My mieliśmy szczęście, ponieważ atlas już po dwóch czy trzech tygodniach od premiery pojawił się w jednej z naszych bibliotek. Mam nadzieję, że trafi do wszystkich dziecięcych placówek, bo nie jest owocem mody na książki obrazkowe, ale ciężkiej pracy popularyzatorskiej i szansą dla samych pszczół, bez których nie moglibyśmy korzystać z wielu dobrodziejstw natury (smakowicie zaprezentowanych na tablicy IX). A po lekturze miód smakuje jak nigdy wcześniej!

Bożena Itoya

Piotr Socha, Pszczoły, opracowanie tekstu Wojciech Grajkowski, Dwie Siostry, Warszawa 2015. Wiek:6+Daj się zaprosić do magicznego królestwa pszczół. Przyjrzyj się z bliska, jak są zbudowane, zajrzyj do ich domu, poznaj ich zwyczaje. Zobacz, jak tańczą, i dowiedz się, kiedy i po co to robią.