cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 19 lipca 2018

Pszczółka


Pszczoła to zwierzę bardzo pożyteczne i w równym stopniu zagrożone. Powyższa informacja, zmieniająca się w przesłanie, jest obecna w książce "Pszczółka" Kirsten Hall (tekst) oraz Isabelle Arsenault (ilustracje), a gdy zostało to już powiedziane, możemy skoncentrować się na całej reszcie tego małego dziełka. Popularnonaukowy charakter publikacji stanowi jedynie jej podszewkę, właściwie mamy do czynienia z uroczym, rymowanym tekstem splecionym z całostronicowymi ilustracjami. Podróż do pracy, zajęcia i roczny cykl życia pszczół – temat wydaje się przyziemny, jednak autorki potrafiły niczym najwięksi mistrzowie literatury dla dzieci znieść granicę między zdobywaniem wiedzy a zabawą i wzlecieć naprawdę wysoko. Brzmi jak komunał, bo liczni autorzy i wydawnictwa reklamują się podobnymi hasłami, ale niewielu udaje się osiągnąć cel. Najlepszym egzaminatorem są tu dzieci, które od razu wyczują "fałszywkę", niezależnie czy mają dwa, czy dwanaście lat. Ja sprawdziłam, jak czyta się (i ogląda) "Pszczółkę" z obydwiema wspomnianymi grupami wiekowymi, stąd mam pewność, że jest to książka szczera, docierająca do dzieci, wywołująca uśmiech, odgłosy dźwiękonaśladowcze i podrygi, zapadająca w pamięć, a mimo to będąca w stałym użyciu.
Budowa rymowanego tekstu przyciąga małego słuchacza i utrzymuje jego uwagę. Czasem w jednej linii gości tylko jedno słowo, przeważnie wersy złożone są z dwóch, trzech, najwyżej sześciu wyrazów (ale jest też kilka dłuższych). To zrozumiałe, przecież pszczółka bzyczy i tańczy właśnie takimi krótkimi taktami. Każdy element tekstu jest zgrany z ilustracjami: treść i liternictwo odpowiadają temu, co dzieje się (lub statycznie trwa) w tle. Kolejno spoglądamy na łąkę z oddali, podziwiamy pierwsze zbliżenie – na kwiaty, wielobarwne, choć z przewagą tych soczyście żółtych, niemal pomarańczowych (ta barwa dominuje, ba, niemal świeci na okładce i w całej książce), zauważamy "przerywany" ślad po pszczółce, która świeżo przeleciała przed naszym nosem, nasłuchujemy i wreszcie spotykamy ją, małą pasiastą bohaterkę. Teraz pszczółka nie zniknie już z kart swojej książki aż do czasu, gdy ułoży się do zimowego snu (uwaga, spoiler! na końcu powróci). A w międzyczasie będzie latać tu i tam, poszukiwać, wypatrywać, zbierać, współpracować, przekazywać wieści, przeżuwać, lepić, zabezpieczać, słuchać królowej. Ta wielka pracowitość wyrażona została piękną polszczyzną i lekkim rymem, zręcznie doprawionymi wykrzyknikami i odgłosami, "hopami", "siupami", "ha!" i "ho!". Proszę zapamiętać nazwisko tłumacza, bo to Marceli Szpak uczynił "Pszczółkę" tak wspaniałą lekturą.
Wszystkie te wesołe wersy wyzwalają w dzieciach bzyczenie, fikanie, rymów i przyrody umiłowanie. Rytm, barwy, rysunki czy temat zdają się proste, ale łączący je koncept wyczarowuje z tych elementów książkę artystyczną, bezcenną i niepowtarzalną. Jej odbiór oparty jest na wrażeniach, trudno więc wyrazić słowami wartość "Pszczółki", po prostu trzeba przygarnąć do siebie najbliższe dziecko, otworzyć książkę, czytać na głos i dać się olśnić jej jaskrawej słoneczności.
Bożena Itoya

Kirsten Hall, Isabelle Arsenault, Pszczółka, tłumaczenie: Marceli Szpak, Kultura Gniewu / Krótkie Gatki, Warszawa 2018.

Obrazkowa Zielona Sowa: Trzymaj mnie mocno, Uczucia

Wspólnym mianownikiem książek "Trzymaj mnie mocno" oraz "Uczucia" opublikowanych przez wydawnictwo Zielona Sowa jest osoba tłumaczki (Barbara Supeł). Co prawda obie pozycje mają duży format, pokaźną czcionkę, ilustracje zajmujące całe strony (których jest, właściwie już tradycyjnie, 32), wydają się więc być adresowane do najmłodszych dzieci i należeć do tego samego gatunku: picturebook. Pierwsza z nich, "Trzymaj mnie mocno" Jane Chapman (tekst i ilustracje), nie jest jednak książką obrazkową w tym rozumieniu, tylko opowiadaniem, które może istnieć i być przyswojone również bez ilustracji. Owszem, strona wizualna jest tu przyjemna i dziecko z chęcią obserwuje kolejne miny, wygibasy oraz zachowania wyderki Miki, jej kolegi Amaka czy mamy, ale ilustracje są lustrzanym odbiciem tekstu, relacjonują go, nie dopowiadając niczego od siebie. Oczywiście wcale nie świadczy to źle o książce, po prostu jest ona obrazkowa tylko w potocznym znaczeniu tego określenia, a nie spełnia współczesnej definicji pojęcia (o której pisała między innymi Małgorzata Cackowska na łamach kwartalnika "Ryms" w latach 2009-2010).
Jane Chapman za pośrednictwem "Trzymaj mnie mocno" opowiada kilkuletnim czytelnikom o potrzebie bliskości (także tej fizycznej – ileż tu przytulania!), zaufaniu i o tym, że w kupie raźniej. To krótka, prosta i bardzo rodzinna opowiastka o małej wydrze uczącej się życia w morzu. Po tej lekturze wszystkim zrobi się raźniej, bo przyjemności i niebezpieczeństwa, z którymi ma do czynienia Miki, łatwo przełożyć na życie przedszkolaka albo jeszcze młodszego dziecka. Właśnie maluchom najbardziej spodobają się duże, słodkie portrety wyder unoszących się na powierzchni wody, stroszących futerka, uczących się pływać, chwytających się za łapki czy wyciągających je do siebie w rozpaczliwym geście, gdy szaleje sztorm. Nas ujął szczególnie rybi drobiazg przecinający morską toń, te małe błyszczące przecinki na okładce.
"Uczucia" Libby Walden z ilustracjami Richarda Jonesa zdecydowanie są książką obrazkową (picturebook), ale za to, wbrew pozorom, nie przyjmą się w grupie najmłodszych czytelników. Przynajmniej warstwa tekstowa przerasta możliwości cztero-, pięcio-, a nawet sześciolatka, może go znudzić, zniechęcić, zamiast przekonać do rozmyślań nad ludzkimi uczuciami i emocjami, bo taki właśnie jest cel omawianej publikacji. Pod tym względem ilustracje okazały się mylące – ich styl i kolorystyka sugerują odbiorcę w wieku przedszkolnym, tak też wygląda chłopiec widoczny na każdej stronie. Tymczasem rymowane refleksje na temat przeżyć bohatera będą zrozumiałe dopiero dla starszych dzieci, a może i nastolatków. Niektóre wydały się nam trafne, naprawdę ładne, jak "Smutek", "Samotność" i "Spokój", inne okazały się zbyt podniosłe i metaforyczne nawet w opinii dwunastolatka.

Po niebie sennie suną mgły, gdy w pustej płynę bańce,
I wtedy wiem, nie dla mnie są: gwar tłumów, śmiech i tańce.
Bo dziś nie spojrzy na mnie nikt i nikt mnie nie usłyszy.
Sam jeden senną nucę pieśń pośrodku wielkiej ciszy.

Poetyckie rozważania autorki, z dużym udziałem tłumaczki, sprawiają wrażenie nierównych. Dosłownie, bo w tekście zastosowano zróżnicowane odstępy – czasem (więc brak konsekwencji!) mniejsze między tytułem a pierwszym wersem, a większe pomiędzy wersami. Niby szczegół, ale przy trzech-pięciu linijkach na stronie i całej konwencji picturebook interlinia naprawdę jest istotnym elementem książki. W przenośni zaś wierszyki są nierówne, ponieważ czasami gubią rytm, a ponadto różnią się poziomem, lekkością / ciężarem, czytelnością / zawiłością odniesień.

Gdy pragnę czegoś wiele dni, a ktoś wśród wiru zdarzeń
Odjedzie, jakby nigdy nic, ze skarbem z moich marzeń,
Zielony dym oblepia mnie, nie mogę go powstrzymać,
Bo coś, co inny posiadł już, dla siebie chcę zatrzymać.

Moje zastrzeżenia poza formą tekstu wzbudza sama treść: zakres omawianych odczuć, które w większości nazwałabym raczej emocjami niż uczuciami, oraz podejście do nich. Ja i mój syn pojmujemy wstyd zupełnie inaczej, dużo szerzej niż "Wstyd" Libby Walden i Barbary Supeł. Trema stanowi co prawda jakąś pochodną, najwyżej odmianę wstydu, ale ograniczanie tego odczucia do lęku przed występami publicznymi jest ogromnym uproszczeniem, jeśli nie przekłamaniem. Dla dziecka trema towarzysząca prezentacjom scenicznym i im podobnym oznacza strach, paraliż, a przecież wstyd pojawiający się z powodu pochwały czy choćby spojrzenia osoby, która ci się podoba lub imponuje, może być tożsamy z zaskoczeniem, szczęściem, "motylami w brzuchu". O tym odcieniu wstydu czy zawstydzenia autorka nie wspomina. Obawiam się, że jednowymiarowe traktowanie uczuć może zaszkodzić czytelnikowi. W książce w ogóle dominują negatywne, a przynajmniej tak opisane, bo każdy mógłby je przeżyć inaczej, uczucia i emocje. Z przedstawionych pozytywnie wymienić mogę "Odwagę", "Radość", "Ekscytację" i "Spokój". Pastelowość tej "książeczki" na pierwszy rzut oka kojarzy się z łagodnością dzieciństwa, ale po jej lekturze barwy te łączą się w naszych wspomnieniach raczej z melancholią, osobnością, mgłą czy niepewnością.
Koncept graficzny książki "Uczucia" uważam za ciekawy i udany niezależnie od tekstu. Publikację można opowiadać po swojemu, bardziej lub mniej dosłownie niż zrobiły to autorka i tłumaczka. Głównym pomysłem przyciągającym czytelników miało być okienko prowadzące bohatera od okładki, przez wszystkich 10 uczuć (oraz wstęp i zakończenie), aż do ostatniej karty, na której chłopczyk został namalowany. Idea "książeczki z dziurką" nie jest jednak niczym nowym i dziecko, które już jej zaznało, nie zachwyci się "Uczuciami" tak bardzo, jak spodziewają się autorzy tej publikacji. Nam do gustu przypadły przede wszystkim same obrazy wewnątrz książki, emocjonalne i marzycielskie ujęcia świata wewnętrznego, pejzaże malowane wrażeniami, a nie konkretami. Pod chmurkokształtne okienko każdej ze stron można też podsunąć własne zdjęcie, rysunkowy portret lub samą myśl o sobie, wpasować się w graficzną opowieść. Właśnie to połączenie czytelnika ze światem przedstawionym jest celem pisarzy, ilustratorów, wszelkich twórców książek.
Bożena Itoya

Jane Chapman, Trzymaj mnie mocno, przełożyła Barbara Supeł, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Libby Walden, Uczucia, zilustrował Richard Jones, przełożyła Barbara Supeł, Wydawnictwo Zielona Sowa, Wydanie II, Warszawa 2018.

Lot Osvalda





Ależ to wielka i lotna książka! Trudno mi nie zakrzyknąć w zachwycie nad publikacją, która formatem przypomina dawne perełki: "Krecika w mieście" czy Profesora Filutka, przy czym mam na myśli i dosłownie duży rozmiar, i wymiar literacko-satyryczny oraz fizis (ludzkich) bohaterów. Otóż w książce Thomasa Baasa "Lot Osvalda" poznajemy statecznego jegomościa w nieokreślonym, przynajmniej średnim wieku, pod krawatem, w garniturze, wysokim meloniku i w miejskiej dżungli całkowicie usatysfakcjonowanego regularną, dość monotonną codziennością. Filutek miał pieska, zaś Osvaldo, współczesny francuski krewny profesora z pasków komiksowych publikowanych niegdyś w "Przekroju", posiada ptaszka Fiu-Fiu. Szczebiot i przyjaźń skrzydlatego współlokatora są dla Osvalda może najważniejszym fundamentem poukładanego życia, ale pędzący swój żywot w klatce Fiu-Fiu smutnieje i przestaje śpiewać. Codzienność szarzeje, choć u autora i zarazem ilustratora "Lotu Osvalda" nadal jest zielona z nieznacznymi czerwonymi akcentami, do których należą ptaszek, jego trele oraz włosy przystojnej sąsiadki. Jak w wielu dobrych zagadkowych nowelach, czy to literackich, czy filmowych, Osvaldo szuka pomocy w tajemniczym, "pachnącym" szamanem miejscu. Spodziewa się znaleźć tu coś, co odbuduje energię Fiu-Fiu, obudzi go ze smętnego odrętwienia.

Następnego wieczoru Osvaldo przechodził obok dziwnego sklepu, którego nigdy wcześniej nie zauważył.
Pełno w nim było rzeczy pochodzących z odległych krajów, o których Osvaldo nawet nie słyszał. W całym tym rozgardiaszu zwróciła jego uwagę mała roślinka.
Ona jest bardzo wyjątkowa, proszę pana – powiedziała sprzedawczyni. – Pochodzi z samego serca dżungli.
Uszczęśliwi każdego, komu ją pan podaruje.

Czy roślina okaże się magiczna, czy uszczęśliwi tylko obdarowanego, czy też pomoże lub zaszkodzi obdarowującemu – przekonacie się sami. W tym punkcie opowieści miejska dżungla budynków o nieokreślonej lokalizacji (pasujących właściwie do każdego czasu i miasta nowożytnej Europy) ustępuje miejsca prawdziwej dżungli, w którą śmiało zagłębia się Osvaldo poszukujący szczęścia – dla przyjaciela, siebie, w ogóle. A tytuł książki musimy zinterpretować samodzielnie, autor tylko pobudza nas do nieco filozoficznych rozmyślań.
Ta prosta, acz fascynująca przygoda porwała nawet mojego dwuletniego bratanka. "Lot Osvalda" może każdego oczarować czym innym: gigantyzmem kart, a co za tym idzie ilustracji, równocześnie tak oszczędnych, choć też pełnych szczegółów, cieni i maźnięć pędzla; zamkniętym, skromnym zestawem kolorów; kreską, czasem sprawiającą wrażenie szkicu (ale artystycznego i dopracowanego) czy wreszcie samą historią. Nam spodobały się wszystkie wymienione aspekty tej wyjątkowej lektury, która mogłaby być napisana i narysowana równie dobrze 100 lat temu, współcześnie i za kolejny wiek. W naszej rodzinie na pewno będzie i wtedy.
Bożena Itoya

Thomas Baas, Lot Osvalda, tłumaczenie Przemysław Szczur, Wydawnictwo Tadam, Warszawa (brak daty wydania).

wtorek, 10 lipca 2018

Rodzinne poradniki Carol Vorderman: Muzyka. Jak uczyć się skutecznie – jakie to proste!


Książka "Muzyka jakie to proste!" na stronie tytułowej została opatrzona charakterystyką "Kolorowy przewodnik po zasadach muzyki, z którymi skomponujesz swój pierwszy utwór! W prezencie płyta CD" i jest to celny opis, oddający też ton publikacji. Wydawnictwo Arkady udostępniło bowiem serię przewodników Carol Vorderman, angielskiej autorki przemawiającej do nas w przejrzysty sposób, w formie krótkich notatek i ze wsparciem kolorowych ikonografik oraz przedziałek przypominających studenckie notatki czy zawodowy organizer. Moja pobieżna kwerenda internetowa wykazała, że pani couch jest w Wielkiej Brytanii telewizyjną gwiazdą, co wyjaśniałoby jej zdjęcie na okładce (którego umiejscowienie i w ogóle obecność wydały mi się zaskakujące), jednak w Polsce pozostaje chyba anonimowa i na przewodnik "Muzyka – jakie to proste!" patrzymy obiektywnie, bez okrzyków "O! To ona!".
Książka okazała się możliwie najbardziej przystępna, choć pozostaje publikacją specjalistyczną, jak na pozycje popularnonaukowe przystało. Jej kompozycja, stopniowanie trudności zagadnień, zwięzłość prezentowanych definicji i częste zapisy na pięciolinii sprawiają, że czytelnik rzeczywiście uczy się, nie ociąga i nie zniechęca. Grupę odbiorców stanowią według mnie przede wszystkim rodziny, w których wiedza muzyczna jest nikła lub żadna, oraz nastolatki. Tu znajdzie pomoc na przykład młody człowiek marzący o brzękaniu na jakiejś gitarze, ale nie mający żadnego doświadczenia ani wsparcia specjalisty. Przewodnik "Muzyka – jakie to proste!" zawiera między innymi dział "Instrumenty i głosy", w którym znalazłam rozdział "Zespoły rockowe" z rysunkami i króciutkimi opisami podstawowych instrumentów wykorzystywanych przez kapele, oraz dział "Style i gatunki muzyczne", gdzie wspomniano instrumenty z różnych regionów świata i epok. Początkującemu marzycielowi, bo jeszcze nie muzykowi, pomoże również dział "Baza wiedzy" zamykający całą publikację, zbudowany z plansz omawiających wartości rytmiczne nut i pauz, oznaczenia taktowe (metrum), tonacje i znaki przykluczowe, akordy, gamy; a także słownik obcojęzycznych terminów muzycznych (dalej zamieszczono również Indeks symboli muzycznych i Słowniczek), tabele prezentujące epoki muzyczne oraz grafy opisujące rodziny instrumentów. Mój dwunastoletni syn z pewnością wykorzysta tę książkę w szkole, choćby do prezentacji na lekcjach muzyki, łącznie z tymi czysto praktycznymi, bo właśnie do tego służy płyta zawierająca moc dźwięków (odpowiednie fragmenty leksykonu zostały oznaczone ikoną głośnika, by ułatwić korzystanie z nagrań we właściwy sposób). Przyda mu się dużo bardziej niż paraliterackie, zbliżone do "książek obrazowych" gawędy o muzyce, w ostatnich latach (a może nawet roku!) publikowane przez rozmaite wydawnictwa "dziecięce" niewyspecjalizowane w poradnikach.
Zamiast na pierwszą sympatię dziecka do muzyki reagować od razu zapisywaniem go do konkursów talentów (zwłaszcza tych telewizyjnych) lub ściąganiem aplikacji musical.ly, lepiej zacząć od kupna książki "Muzyka – jakie to proste!". A jeśli pozycja ta okaże się jednak zbyt skomplikowana, cóż, może waszej pociesze nie są pisane nuty. Tego, co przedstawiła Carol Vorderman nie da się pominąć, zignorować, nie umieć – taka właśnie jest muzyka. Genialny samouk nieradzący sobie z technikami i teorią zdarza się bardzo rzadko, dziecko, które nie ma serca i cierpliwości do podstaw ujętych w leksykonie "Muzyka – jakie to proste!" zapewne odnajdzie się w innej dziedzinie. A kolejna książka Carol Vorderman uprości proces nauki, pomoże w trenowaniu wytrwałości i może jednak muzyka powróci do zestawu ambicji i celów młodego człowieka.


"Jak uczyć się skutecznie jakie to proste!" jest typowym poradnikiem dla osób szukających rozwiązania konkretnego problemu, w tym wypadku jest to przyswajanie wiadomości. Adresowany do rodzin, nam wydał się przeznaczony przede wszystkim dla nastolatków samodzielnie szukających sposobu na udoskonalenie siebie jako ucznia czy studenta. Jest to, mówiąc najprościej, nauka nauki dla lekko niedouczonych. Wydawca adresuje opis okładkowy do dorosłych – rodziców, ale trudno mi uwierzyć, by dojrzali ludzie, absolwenci jakiejkolwiek szkoły, wykonujący dowolny wyuczony zawód, nie zdawali sobie sprawy z większości zagadnień przedstawionych w publikacji Carol Vorderman. Niektóre techniki opanowuje, podświadomie lub z pomocą nauczycieli, już dziesięciolatek (mający dobre wyniki w szkole), a rodzice, również intuicyjnie, wprowadzają je nawet ucząc dwulatka zabaw, mówienia, zasad zachowania się. Tu oczywiście zostały zebrane wskazówki ogólne i specjalistyczne, z których skorzystają bardziej zaawansowani uczniowie lub studenci, niemniej uważam, że grafiki, tabele, modele, dymki i inne formy prezentacji treści odpowiadają poziomowi osób posiadających duże braki w wiedzy na temat zdobywania wiedzy, problemy z koncentracją oraz przyswajaniem informacji tekstowych (autorka przeważnie wpisuje tekst w ikony, by nie tracić uwagi nieuważnego czytelnika). Ja otwarłam szeroko oczy na widok podrozdziałów "Rozwijanie umiejętności czytania" i "Ocenianie informacji", ale może rzeczywiście istnieją odbiorcy poradników nieświadomi, że te umiejętności są niezbędne by "uczyć się skutecznie". Książka jest jednak zbyt obszerna (256 stron pokaźnych rozmiarów) dla osób, które dopiero dowiedzą się o roli czytania w nauce. Całość tekstu i ikonografiki podzielona została na 8 części: Jak się uczymy, Przygotowanie i określanie celów, Pozyskiwanie informacji i ich wykorzystywanie, Nauka online, Techniki powtarzania materiału, Technika zdawania egzaminów, Radzenie sobie z lękiem oraz Materiały i źródła.
Seria "(...) jakie to proste!" wydała mi się tajemnicza, bo wielodziedzinowa – obok "Muzyki" i "Jak uczyć się skutecznie" w wydawnictwie Arkady ukazały się bowiem przewodniki "Matematyka", "Biologia, chemia, fizyka" oraz "Programowanie". Czyżby autorka była wszechstronnie wykształcona? Kto w dzisiejszych czasach posiada tak ogromną wiedzę i potrafi "trenować" w jej zdobywaniu? Na pasję pedagogiczną i popularyzatorską wskazuje notka o Carol Vorderman zamieszczona na pierwszej stronie publikacji "Jak uczyć się skutecznie jakie to proste!", jednak biogram ten rozpoczyna się od określenia: "ukończyła Cambridge University. Jest jedną z najbardziej lubianych brytyjskich prezenterek telewizyjnych", co nie wzbudza mojego zaufania. Po nazwisku autorki wymieniany jest sztab współautorów i konsultantów, czytelnik więc zastanawia się, na ile Carol Vorderman jest autorką, a na ile twarzą serii poradników. Jednocześnie doświadczony zespół wpływa pozytywnie na poziom merytoryczny każdej z publikacji i jej skuteczność, warto więc, w razie potrzeby dokształcania lub nauki od podstaw, popracować z kolorowymi poradnikami i przewodnikami Carol Vorderman.

Bożena Itoya

Carol Vorderman, Muzyka – jakie to proste!, z angielskiego przełożyła Katarzyna Gajewska, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2017.
Carol Vorderman, Jak uczyć się skutecznie – jakie to proste!, tłumaczenie Joanna Kolczyńska, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2017.

A u nas powstanie!


Książka Magdy Podbylskiej "A u nas powstanie!" z ilustracjami Katarzyny Bukiert to przedsięwzięcie zakończone sukcesem, bo jest dokładnie tym, czym miała być. Autorka nie podszywa się pod powieść przygodową z elementami edukacyjnymi (popularyzacja nauk historycznych), ale wykorzystując konwencję książki w książce przedstawia nam pewną poznańską rodzinę, swoją opowieść snując w dwóch planach czasowych: we współczesności oraz na przełomie lat 1918 i 1919. Jest to prosty, dobrze napisany utwór literacki, dopełniony klimatycznymi rysunkami odzwierciedlającymi tylko "dawniejszą" część fabuły, która zresztą stopniowo przejmuje dominację także w płaszczyźnie tekstu. Im bardziej zaawansowana lektura, tym dłuższe są partie tekstu poświęcone Grześkowiakom – powstańcom wielkopolskim, a tym krótsze fragmenty dotyczące Grześkowiaków – dzisiejszych, dwudziestopierwszowiecznych poznaniaków. Ale wszystko zaczyna się i kończy właśnie w domu Oli, Wojtka i ich rodziców, których odwiedza dziadek. Ambicją starszego pana jest przekazanie najmłodszemu i średniemu pokoleniu wiedzy o rodzinnych dziejach, i to dawniejszych niż sam sięga pamięcią. Zapał opowiadacza poszerzony został o szczegółowe sprawozdanie z wybuchu i pierwszych dni powstania wielkopolskiego na ulicach Poznania oraz w innych miejscowościach Wielkopolski. W książce znalazły się nawet mapy.

Nie jestem już młody, a czas płynie coraz szybciej. Wiele spraw chciałbym jeszcze załatwić przed śmiercią, ale boję się, że nie wszystko zdążę.
Jesteś chory? – spytał zaskoczony tata.
Dziadek usiłował równo ułożyć kartki, ale nie najlepiej mu szło.
Martwię się czymś innym: że gdy ja umrę, o pewnych rzeczach nigdy się nie dowiecie. Kiedy żył jeszcze mój ojciec, często opowiadał nam różne historie. – Dziadek spojrzał na Olę i Wojtka, którzy półleżąc na krzesłach, mieli znudzone miny. – Widzę, że was to wcale nie interesuje, ale mam do was prośbę. Czy mogę liczyć na to, że wysłuchacie pewnej opowieści? Nie chcę tej wiedzy zabierać ze sobą do grobu.
Zapadła całkowita cisza. Dziadek najwyraźniej uznał ją za dobrą monetę, bo ciągnął niezrażony:
Nie chciałbym, żebyście sami po cichu czytali tę historię, bo zależy mi na tym, żeby móc z wami od razu porozmawiać. Wszystko wyjaśnić i dopowiedzieć. No i nie ukrywam, iż obawiam się, że sami nawet do niej nie zajrzycie. Czy nie mielibyście nic przeciwko temu, żebym od razu zaczął?
No wiesz, trochę nas zaskoczyłeś... – Tata przesiadł się na sofę.
Ola spojrzała błagalnie na mamę, ale ta zajęta była zbieraniem paproszków ze stołu.
Oczywiście, że nie – powiedziała w końcu mama. – A o czym jest ta książka? Miejmy nadzieję, że dzieciom się spodoba.
Dziadek poprawił się na krześle, założył okulary i zaczął czytać swoim niskim, gardłowym głosem.

Na początku współczesne wstawki pełnią funkcję wprowadzenia – dziadek tłumaczy okoliczności historyczne i koligacje rodzinne. Później kompozycja tekstu ulega niewielkiej zmianie, bo komentarze seniora rodu stają się krótsze i rzadsze, zmienia się też ich cel, służą bowiem głównie objaśnieniu relacji narodowościowych i sąsiedzkich w Poznaniu po odzyskaniu wolności przez Polskę, ale przed przyłączeniem do niej Wielkopolski. W drugiej połowie książki swoje uwagi wygłaszają niemal wyłącznie coraz bardziej zainteresowani opowieścią słuchacze: tata, mama, Ola i Wojtek Grześkowiakowie. Bohaterowie przechodzą tym samym znaczącą przemianę, bo początkowo nawet rodzice są zmieszani, gdy dziadek proponuje przeczytanie swojej książki na głos, a rodzeństwo kojarzy słowo "powstanie" tylko z warszawskim zrywem z 1944 roku. Ciekawe, jak wielu młodych Polaków tak ma.

Nie mieli w domu polskich książek? – zdziwiła się mama. – Nawet Sienkiewicza?
Powieści Sienkiewicza drukowane były wcześniej w polskich gazetach, w odcinkach. Książkowa wersja to musiał być prawdziwy rarytas...
I dostali tę książkę od Niemca? Od wroga? – zapytał z powątpiewaniem tata.
Takie były czasy. Mieszkali drzwi w drzwi. Pożyczali od siebie krzesła na przyjęcia, razem kisili ogórki, jeździli na grzyby, pożyczali sobie sól i dzielili się przepisami na najlepsze placki. I nagle mieli się przestać szanować? Dlatego że historia tak się potoczyła? Przyjaźnisz się przecież z człowiekiem, a nie jego narodowością!

Co sprawia, że współczesne dzieci, początkowo otwarcie okazujące niechęć do udziału w rodzinnych wspomnieniach, angażują się w wydarzenia relacjonowane przez dziadka? Po pierwsze, działa tak bliskość historii: ta sama rodzina, to samo miasto. Po drugie, do młodzieży (i rodziców) przemawia ciepły, realistyczny wizerunek przodków, w 1918 roku będących ludźmi młodymi i dziećmi. Pradziadek i prapradziadek Kazimierz jako kilkuletni Kaziu, najmłodszy, śmieszny członek rodziny – to na każdym zainteresowanym zrobi wrażenie, bo nawet oglądając zdjęcia własnych rodziców w wieku szczenięcym odczuwa się zdziwienie, niedowierzanie i rozbawienie. Tymczasem ten mały człowiek, Kaziu Grześkowiak, wówczas ledwie bierny świadek wielkich wydarzeń, przekazał swoje odczucia i obserwacje kolejnym trzem, czterem pokoleniom, a spisane w formie wspomnień czy książki dla dzieci na pewno trafią i do kolejnych potomków.

To w końcu Niemcy byli dobrzy czy źli, bo już nie rozumiem – powiedziała Ola.
Sami widzicie, jakie to były trudne czasy – zaczął cicho dziadek. – Niemcy byli sąsiadami Grześkowiaków przez wiele, wiele lat. Pomagali sobie jak tylko mogli w tych ciężkich dla wszystkich czasach. Ale jednocześnie Niemcy byli zaborcami, którzy przywłaszczyli sobie polskie ziemie. Historia nigdy nie chce być prosta. Inną drogą toczą się losy państw i narodów, a inną zwykłych, dobrych ludzi. – Dziadek wytarł chusteczką oczy, poprawił okulary i czytał spokojnym, nieco zachrypniętym głosem.

Znaczenie powstania wielkopolskiego dla historii narodu i ziem polskich, choćby jako jednego z niewielu zwycięskich zrywów narodowowyzwoleńczych, jest niewątpliwie istotne, ale w tym miejscu interesuje nas nie perspektywa naukowa / historyczna, tylko powodzenie omawianej książki w czytającej rodzinie. "A u nas powstanie!" świetnie promuje historię, regionalność (a przecież wydało ją warszawskie wydawnictwo BIS!), wewnętrzne zróżnicowanie polszczyzny (wyrazy z gwary poznańskiej występują w tekście oraz słowniczku na końcu książki) i wspólnotowość, przy czym oczywiście nie jest pozycją tylko dla poznaniaków. Gdziekolwiek tkwią nasze korzenie, książka Magdy Podbylskiej na pewno wzbogaci nasze kontakty rodzinne i pobudzi najmłodszych z nas do rozsądnego myślenia, choćby o małej ojczyźnie, która nie zawsze musi należeć do tylko jednego narodu. Ilustracje Katarzyny Bukiert utrzymują i atmosferę tekstu, i jego poziom. Zwłaszcza jeden obraz wywołuje refleksję, wzruszenie czy potrzebę rozmowy: widziane z góry drewniane schody, na półpiętrze przelękniony czarny kot zerka w dół, gdzie na stopniach znikają jego państwo z walizkami. Powstanie wielkopolskie było wielką wygraną poznańskich Polaków, ale też chwilą, gdy niemieccy mieszkańcy miasta musieli zostawić swoje domy z całym dobytkiem i wyjechać. Wielu dorosłych nie potrafi rozliczyć się z historią swojego kraju czy regionu, może młodym się to uda. Na pewno, jeśli będą czytywać książki tak mądre, jak ta.

Bożena Itoya

Magda Podbylska, A u nas powstanie!, ilustracje Katarzyna Bukiert, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2018.

Kino w Trampkach 2018 (część 2.)



Szósty festiwal filmowy dla dzieci i młodzieży Kino w Trampkach zakończył się 17 czerwca, ale pisanie i czytanie o nim ma sens i później, ponieważ wybrane filmy będą, jak co roku, wyświetlane na pokazach edukacyjnych oraz podczas kolejnej edycji festiwalu. Rok temu proponowałam wychowawcy mojego syna wycieczkę klasy na film "Labirynt" (w ramach Kina w Trampkach), plan się nie powiódł, ale kilka miesięcy później szkoła wzięła udział w zamkniętym seansie tego właśnie filmu. W latach 2015-2017 przegapiliśmy kilka obrazów, które nas interesowały, ale nie martwiliśmy się tym za bardzo, bo organizatorzy Kina w Trampkach zawsze zapewniają retrospektywne spojrzenie na poprzednie edycje wydarzenia. Podczas tegorocznego festiwalu skorzystaliśmy z oferty sekcji "Kinotrampkowe perełki" oglądając starszy film o ustalonej już pozycji: "Chłopiec i gwiazdy" (Australia 2012). Po jego obejrzeniu doskonale rozumiem, czemu nadal jest wyświetlany.
Choć początkowo wydaje się dość monotonny i ściśle związany z tradycjami rdzennych mieszkańców Australii, film jest znakomicie rozegrany – pod względem rozwoju akcji oraz występu aktorów, zwłaszcza młodych. Jest tu dojrzała przyjaźń, pełna wsparcia, bezgranicznej akceptacji i zaufania typu "z tobą mogę konie kraść", wiążąca ludzi właściwie całkiem młodych (dwóch około dziesięcio- / dwunastoletnich chłopców), ale w ciężkich realiach dorastających znacznie szybciej i brutalniej niż przeciętny widz Kina w Trampkach. Jednak rozdarcie między zwyczajami przodków i przywiązaniem do ziemi a pokusami zamożnego, zglobalizowanego, anonimowego świata dotyczyć może równie dobrze małego Aborygena i jego rówieśnika Ślązaka. Niejedna kultura i towarzyszący jej mały język wymarły lub są krytycznie zagrożone wymarciem przez "rozsądne" myślenie dorastających ludzi, którzy przestają się utożsamiać z małą ojczyzną: po co mam tu zostawać, tu nie ma perspektyw, wyjadę, tam będzie mi lepiej, stanę się częścią centrum, a nie peryferii. Tylko czy takie wielkie, wymarzone miasta są jakąś społecznością, czy młodzież opuszczająca swoją grupę (miejscowość, mały naród), udając się na wygnanie w miejsce bez korzeni i hierarchii porządkującej codzienność, nie przegrywa życia? Sprawdźcie, co wynika z buntu chłopca od gwiazd przeciwko zacofaniu dziadka, z tęsknoty za matką, która wyjechała do pracy i się nie odzywa, ze spontanicznej walki, jaką bohater podejmuje z korporacją górniczą planującą zburzenie domu (właściwie rudery...), w którym mieszka z dziadkiem. To opowieść pełna energii, pięknych krajobrazów i relacji. Do tego dochodzi refleksja nad wpływem przemysłu wydobywczego na zanikanie tradycyjnych społeczności, języków regionalnych i związku człowieka z przyrodą. Jeśli problem wydaje się wam odległy, wystarczy przeczytać podstawowe informacje o naszych sąsiadach zza zachodniej granicy – Łużyczanach, Słowianach żyjących w Niemczech, gdzie całe łużyckie wsie były wysiedlane i zrównywane z ziemią przez kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego. Przesiedlony do miasta mikronaród, skoncentrowany dotychczas wokół zwyczajów, struktur i języka ludności wiejskiej, w nowych okolicznościach po prostu zanika. Nie bez przyczyny Pete z filmu "Chłopiec i gwiazdy" w wielkim mieście znajduje pomoc tylko na jego obrzeżach, i to u aborygeńskiego "kowboja", człowieka podobnego do dziadka.
W odbiorze filmu bardzo przeszkadzało fatalne zachowanie widowni (pokaz odbył się w kinie Luna), wśród której znalazła się również, jak sądzę po odpowiedzi na moje upomnienia, młodzież należąca do zespołu Kina w Trampkach. Uczniowie (film rekomendowany dla widzów 11+), którzy przyszli na seans, brylowali też nonszalancją, brakiem zainteresowania i bezczelnością podczas wstępnej pogadanki, czy raczej nieco filozoficznego wprowadzenia w formie profesjonalnej, ale prostej prezentacji multimedialnej i takichże pytań, w założeniu mających pobudzić do myślenia. Nie chciałabym być na miejscu występującego gościnnie specjalisty i zupełnie nie rozumiem, czemu opiekunowie grup szkolnych nie reagowali na niekulturalne zachowanie swoich wychowanków.
Podczas festiwalu po raz pierwszy skosztowaliśmy przepięknej i wyjątkowej sekcji "Kino w trampkach. NATURALNIE!". Byliśmy oczarowani filmem "Mali giganci" (Stany Zjednoczone 2014), rekomendowanym dla dzieci w wieku powyżej 7 lat. Był to jedyny pokaz 3D w ofercie festiwalu, ale my wybraliśmy się na niego bardziej jako wielbiciele wielkiego świata małych gryzoni niż fani tej technologii. Wrażenia z seansu są niepowtarzalne, porównywalne chyba tylko do mojej nastoletniej fascynacji filmem "Mikrokosmos" i nieco późniejszym "Makrokosmosem". Problemy i inicjacje myszokształtnych bohaterów "Małych gigantów" można odnieść do ludzkiego dorastania, co czyni z filmu nie tylko przyrodniczą, ale i uniwersalną (z lekkim przymrużeniem oka), symboliczną balladę o samodzielności czy codziennych małych-wielkich walkach młodzieży. Czuć tu i potęgę świata, i kina, i poczucia humoru.
Drużynę "Najlepsze z sezonu" reprezentował na Kinie w Trampkach między innymi "Cloudboy" (Belgia, Szwecja, Norwegia, Holandia 2017). To film adresowany do dzieci i młodzieży powyżej dziewięciu lat, o którym można powiedzieć dużo dobrego. Najogólniej rzecz biorąc, z naszego punktu widzenia był zaskakujący, pod kilkoma względami nietypowy. Relacje i sytuacje pokazane tu jako normalne, polskiemu dziecku (i dorosłemu też) mogą się wydać ewenementem. Najpierw zwróciliśmy uwagę na to, że w dwóch rodzinach, których częścią jest lub staje się dwunastoletni Niilas, to ojcowie po rozwodzie sprawują stałą opiekę nad dzieckiem. Drugim zaskoczeniem było podejście twórców do widza. Po filmie dotarło do nas, że nikt w nim nam niczego nie wykładał, nie przekonywał, nie podawał na tacy, albo coś zrozumieliśmy i poczuliśmy, albo nie. Ale nie wyobrażam sobie, by do któregokolwiek z widzów nie dotarła choć część mocnych emocji targających bohaterem. Dla mnie okazały się przejmujące do szpiku kości.
Niilas wyjeżdża na wakacje z przymusu, a na miejscu czekają na niego ludzie żyjący i wyglądający zupełnie inaczej niż mieszczuchy, do których sam się zalicza. W pierwszych scenach łatwo ocenić bohatera po pozorach, jako modnisia, stereotypowo rozpieszczonego jedynaka, niechętnego czy niezdolnego do współpracy. Poznajemy małe zwyczaje celebrowane w domu Niilasa i jego taty (niderlandzkojęzycznych Belgów), stały cykl ich życia w przytulnych czterech ścianach i dwuosobowym układzie, a potem nagle zostajemy przerzuceni w wielką górską zieleń Laponii (a zatem Finlandia), ogromną otwartą przestrzeń, inny język (szwedzki!) i większą grupę ludzką. Tu wszystko jest obce i jakby przeciwne bezpiecznej obrzędowości miasta, odczuliśmy to nawet my, siedząc w kinowych fotelach, a co dopiero sam uczestnik niechcianej eskapady. Czynniki zewnętrzne potęgują podstawowy problem Niilasa: przyjechał tu do matki, której nie widział od lat, i jej nowej, dotąd mu nieznanej rodziny. "To twój brat. A to twoja dodatkowa siostra". Chłopiec jest zażenowany, obrażony i wściekły, całą swoją energię i pomysłowość angażuje w izolowanie się od przybranego rodzeństwa i matki, w sprawianie złego wrażenia. Dąży tylko do natychmiastowego powrotu do domu. To chwilami dramatyczna, ale przeważnie budująca historia o odzyskiwaniu i pozyskiwaniu rodziny, o zaciekłości, która łatwo może doprowadzić do niechcianej tragedii, a nie do oczekiwanego oczyszczenia "ale im powiedziałem / pokazałem". A także po trosze o Ronji i Birku XXI wieku.
Dla specjalistów i laików film ten może wydać się ciekawy ze względu na prawdziwszy, niecukierkowy obraz rodziny patchworkowej. Mnie nie tylko zainteresował, ale i zafascynował "w gorącej wodzie kąpanym" bohaterem oraz pięknymi plenerami, które od obejrzenia filmu widuję co dzień, gdy tylko zamknę oczy. Naprawdę warto zobaczyć "Cloudboy'a", nie sugerując się opisem filmu przytaczanym w katalogu festiwalu i rozkładanej ulotce z planem projekcji – wspomniano w nim wydarzenia, które w filmie w ogóle nie miały miejsca.
Również w przypadku filmu "Z całych sił" (Francja 2017) jego opis w folderach Kina w Trampkach zawierał pewną nieścisłość, a przede wszystkim w żaden sposób nie ostrzegał przed ostrym charakterem produkcji. Sądząc po wieku i reakcjach publiczności na sali kinowej, większość młodych widzów i ich opiekunów nie miała pojęcia, jakie obrazy i treści zostaną zaprezentowane. Organizatorzy rekomendowali tę pozycję z Konkursu filmów młodzieżowych dla wieku: 14+, ale w szerokiej dystrybucji i codziennym repertuarze polskich kin dużo łagodniejszym filmom przypisuje się etykietę "16+". "Z całych sił" to kino niepokorne, kipiące gniewem, ukazujące walkę z bezsensem świata, miłość przyziemną, fizyczną i gorycz właściwie metafizyczną. Ten film oglądałam sama, ze względu na poprzeczkę wieku zawieszoną przez organizatorów ponad wrażliwością mojego dwunastoletniego syna. Gdy wyszłam z sali kinowej, pierwszym sprecyzowanym słowami wrażeniem był "baudlerowski dekadentyzm w XXI wieku". To obraz naprawdę dotkliwy, wstrząsający, jedyny taki.
Przede wszystkim zwraca uwagę francuski, dla nas rażąco bezpośredni, bo odległy od polskiego sposób mówienia o współżyciu młodych ludzi i o seksualności w ogóle. Od naszych rodzicielskich i pedagogicznych oczekiwań odstaje także konstrukcja bohatera, jego zachowania, inicjacje, wybór drogi pod prąd. Również postawy dorosłych odbiegają od normy – to żadne drogowskazy, to pogrążanie młodych ludzi w rezygnacji i wypaczeniach społecznych. Tu dostaje się chyba każdemu, z widzem na czele. Sposób pokazania Francji wielonarodowej, wielowyznaniowej, wielokulturowej zaskakuje i prowokuje do dyskusji.
Drukowane zapowiedzi festiwalu nie zdradziły też za wiele o filmie "
Fortuna" (Szwajcaria / Belgia 2018), czy raczej pominęły określenia naprowadzające ewentualnego widza na klimat tego obrazu, ale za to wyspoilerowały tajemnicę budującą nastrój początku opowieści. Ja odebrałam ten film jako cichy, ambitny ze względu na spokój i alegoryczność, interesujący, ale niekoniecznie dla nastolatków (wiek 14+), bardziej dla zupełnie dojrzałych koneserów kina. Tymczasem "Fortuna" wygrała Konkurs filmów młodzieżowych, zyskując tytuł najlepszego pełnometrażowego filmu młodzieżowego, "wyjątkową parę trampek" i nagrodę finansową (1500 euro). Wybór Jury Młodzieżowego był dla mnie zadziwiający i wskazuje na inny charakter oraz cele festiwalu niż te dotąd przeze mnie obserwowane.
Kino w Trampkach okazało się ambitniejsze, bardziej niszowe i artystyczne od naszych (rodzinnych) zainteresowań, rozstrzygnięcia konkursów świadczą o odejściu od rozrywki na rzecz sztuki, od naturalnego przecież identyfikowania się młodego widza z bohaterem do, niestety muszę przyznać, nieco sztucznego podziwu dla odmiennych perspektyw. Akt wsparcia czy manifestacja poglądów – tym stała się nagroda Jury Młodzieżowego, bo nie wierzę, by czternastolatki przebywające ze mną na sali kinowej podczas projekcji "Fortuny" (jedna niezbyt liczna klasa) głęboko i osobiście przeżywały ten obraz. Dlaczego? Wystarczy wspomnieć o kilku elementach świata przedstawionego opowieści, pomijając nawet jej formę wizualną.
Bohaterką filmu jest czternastoletnia, ciemnoskóra dziewczynka, mówiąca w jednym z wielu afrykańskich języków, francuskim posługująca się słabo, a właśnie tak porozumiewają się ludzie w miejscu, w którym aktualnie mieszka Fortuna. Po morskiej ucieczce, przebytej w ładowni małej łodzi (poza tym nie dowiadujemy się nic o powodzie, punkcie wyjścia, przebiegu i celu emigracji), znalazła się bowiem w szwajcarskim klasztorze, gdzie bracia zakonni goszczą grupę uchodźców z rozmaitych krajów. Losem dziewczynki interesują się jedynie mieszkające z nią Romki oraz księża, organizujący nie tylko pomoc prawną (legalizacja pobytu), medyczną i doraźną (ubrania, jedzenie), ale i kontakt z istotami najbliższymi samotnemu dziecku – zwierzętami z klasztornego obejścia. Fortuna darzy uczuciem jeszcze kogoś, ale w tym przypadku nie ma mowy o opiece, jaką sprawują nad nią faktycznie tylko księża. Religijność odgrywa ważną rolę w fabule, sporo tu modlitw w różnych językach i do różnych bogów. Nie chcę zdradzić, z jakim problemem i szczęściem boryka się Fortuna, ale widz zetknięty zostanie z wielkimi dylematami moralnymi, zwłaszcza tymi nadającymi miłości lub jej brakowi... znamiona przestępstwa.
Czy to brzmi jak historia dla współczesnych polskich nastolatków? Zaintrygowało mnie, co takiego dostrzegło w "Fortunie" Jury Młodzieżowe Kina w Trampkach. Niestety, uzasadnienie werdyktu zacytowane na stronie festiwalu zabrzmiało dla mnie nieprzekonująco, jak frazy wyjęte z dojrzalszych tekstów krytycznych. To film cenny, ale jego ocena pozbawiona jest świeżości i nie pasuje do młodzieżowego punktu widzenia: "Główną Nagrodę dla najlepszego pełnometrażowego filmu młodzieżowego otrzymuje Germinal Roaux za film Fortuna. Za przemyślaną, minimalistyczną i wysmakowaną formę, która pozostawia przestrzeń na refleksję; za dotknięcie aktualnego tematu wielokulturowości i pokazanie go z różnych perspektyw".
Werdykty wszystkich zespołów jurorskich dostępne są na stronie internetowej Kina w Trampkach, nie będę ich przytaczać, odniosę się tylko do nagród przyznanych filmom, które widzieliśmy i o których wspomniałam w dwuczęściowym sprawozdaniu. Poza "Fortuną" jest to tylko "Żywiciel" (Kanada, Irlandia, Luksemburg 2017), wspaniała animacja opisana w pierwszej części mojego sprawozdania z Kina w Trampkach 2018. Film twórców "Sekretów morza" i "Sekretu księgi z Kells" nie wygrał konkursu dziecięcego, zyskał natomiast Nagrodę ECFA (Europejskie Stowarzyszenie Filmów dla Dzieci) dla pełnometrażowego filmu, którego jury "wybrało film, który uważa za niezwykle ważny dla współczesnego świata. Film może poszerzyć horyzonty młodym ludziom ale też starszym pokoleniom. Pokazuje jak ważna jest równość i pokój. Mamy wielką nadzieję, ze film trafi do kin i zobaczy go tak dużo widzów, jak to tylko jest możliwe. Wierzymy bowiem, że ten film może coś zmienić"; a także Główną Nagrodę Jury Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych, które swój werdykt uzasadniło następująco: "przyznajemy filmowi o pewnej dziewczynce, której determinacja i heroizm jest apelem kobiety w świecie reżimu. Pełna symboli animacja i opowieści mityczne porządkujące świat widza wciągają nas w podróż po Kabulu. Patrzymy z bliska i znów wierzymy, że walka o rodzinę ma sens".
Podtrzymuję swoją opinię z pierwszej części sprawozdania – szóste Kino w Trampkach jest najlepszą z dotychczasowych edycji festiwalu. Jednak spojrzenie na całe wydarzenie zmusza mnie do delikatnej weryfikacji wcześniejszych wniosków – po prostu trafiliśmy na świetne, zróżnicowane filmy, których obejrzenie dla nas, zapalonych kinomaniaków, było wielkim świętem. Głośne brawa dla rady programowej Kina w Trampkach!
Bożena Itoya

Festiwal Kino w Trampkach – informacja organizatora:
Kino w Trampkach – coroczny festiwal filmowy dla dzieci i młodzieży – najbardziej pozytywny, inspirujący, przyjazny.
Kino w Trampkach to przygoda! Filmy z dobrym przesłaniem, bardzo różnorodne. Obejrzymy kilkadziesiąt filmów z kilkudziesięciu krajów od Australii, przez Afrykę, obie Ameryki, Europę i Azję. Będziemy wszędzie!
Kino w Trampkach to nie tylko pokazy filmowe, to także wydarzenia towarzyszące, warsztaty, spotkania, liczne konkursy.
6. edycja odbędzie się w dniach: 7-17 czerwca 2018 r.
Gramy w Lunie, Kinotece, FINA i w puszczy.

czwartek, 28 czerwca 2018

Czacha się buntuje


"Czacha się buntuje" jest długo przez nas wyczekiwaną kontynuacją pierwszej książki Joanny Jagiełło dla młodszej młodzieży – "Pamiętnika Czachy" z 2014 roku. Od tamtej premiery minęła 1/3 życia mojego syna, trudno się zatem dziwić, że właściwie zapomniał przygody Amelii Parch. Usłyszawszy o powrocie najweselszej z dziesięcioletnich bohaterek literackich, czym prędzej ponownie przeczytaliśmy pierwszy tom jej zwierzeń i bezpośrednio po nim tegoroczny sequel. To był wspaniały maraton Czachy!
Tym razem polska Pippi i żeński Mikołajek w jednym kontempluje świat, przeżywa katusze związane z nowymi obowiązkami właścicielki psa oraz sprawdza się jako aktywistka społeczna. Aktywizowaną społecznością bywa i rodzina, i klasa, i cała szkoła. W nowym roku szkolnym Amelia vel Czacha niekiedy chadza na zajęcia (i do zdjęcia) poczochrana i właściwie w piżamie, bo przed lekcjami musi wyprowadzać uroczego Bustera, nowego, "psiego" członka rodziny. Ale to nie co dzień, ponieważ ta dziewczynka ma dwa domy – mówiąc dorosłymi słowy, rozwiedzeni rodzice Czachy sprawują nad nią opiekę naprzemienną, więc pół tygodnia mieszka ze starszą siostrą (z wcześniejszego małżeństwa mamy), Busterem, mamą i jej chłopakiem, a w pozostałe dni z tatą i jego dziewczyną. Tę skomplikowaną sytuację czytelnik rozpracowuje bardzo szybko dzięki ilustrowanemu "katalogowi rodzinnemu" i prostym wyjaśnieniom narratorki. Wszystkie wymienione osoby, a także dziadek-jogin, koleżeństwo z klasy, sąsiedztwo z bloku, współpasażerowie z autobusu i kilka innych postaci, wystąpią w zwariowanym spektaklu rozpisanym na 30 rozdziałów. Czacha zaś przeważnie pełni funkcję reżyserki tego pozytywnego chaosu. Naszą sympatię zyskała przede wszystkim jako inicjatora lub sprawczyni takich akcji jak walizkowy protest Klubu Bunt, szkolna akademia poprowadzona przez dziadka, dobieranie mamie towarzystwa do uprawiania chodu z kijkami, pożyczka udzielona Panu Pijakowi z bloku, zarabianie na domowych porządkach u sąsiadów czy spontaniczny sylwester.
Książkę Joanny Jagiełło czyta się bardzo dobrze z kilku powodów. Pierwszym jest lekkie, szalone, trochę zadziorne poczucie humoru. Drugim – szczerość autorki, piszącej otwarcie o blaskach i cieniach rodziny "patchworkowej", polskiej edukacji, posiadania zwierząt domowych czy ogólnie dorastania. Kolejną przyczyną znakomitej przyswajalności lektury jest dobrze skonstruowana postać tytułowej Czachy, jej wiarygodność dziesięcioletniego oryginała. Do jej świata zostajemy skutecznie wciągnięci także dzięki dwojakim ilustracjom: tym głównym, autorstwa Marty Krzywickiej, i pobocznym bazgrołkom z pamiętnika Czachy (narysowanym przez Joannę Jagiełło). W obu ujęciach rzeczywistość i portrety ludzi są dalekie od ideału, ale bardzo zabawne, podtrzymują atmosferę tekstu nie przyduszając go. Wśród atutów powieści Joanny Jagiełło trzeba wymienić także budowę fabuły, świetnie komplikowaną i po prostu wciągającą młodego czytelnika w kolejne wyzwania codzienności. Wydarzenia i "numery" Czachy nawarstwiają się, prowadząc do spektakularnego finału, którego przeczytanie zajęło mi wyjątkowo długo z powodu dławienia się śmiechem. "Czacha się buntuje" to scenariuszowy majstersztyk, porównywalny z najlepszymi komediami filmowymi.
Bożena Itoya

Joanna Jagiełło, Czacha się buntuje, zilustrowała Marta Krzywicka, rysunki Czachy: autorka, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

Listy w butelce. Opowieść o Irenie Sendlerowej


Nowa książka biograficzna Anny Czerwińskiej-Rydel ukazała się w związku z obchodami Roku Ireny Sendlerowej. Choć adresowana do dzieci, jest to pozycja bardzo dojrzała, zbudowana z trzech części, osiemnastu rozdziałów, pod którymi dość często pojawiają się przypisy historyczne, epilogu, kalendarium życia i czasów Ireny Sendlerowej. Książka opatrzona została również obszernym wstępem Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka, fotografiami, na których widnieje Irena Sendlerowa odbierająca Order Uśmiechu, oraz ilustracjami Macieja Szymanowicza. Obrazy te podtrzymują artystyczny charakter "Listów w butelce", poza sferą plastyczną mamy jednak do czynienia z publikacją popularnonaukową. Znane mi wcześniej utwory biograficzne tej autorki były raczej krótkimi powieściami, jednak zakres i sposób prezentacji wiadomości o życiu Ireny Sendlerowej oddala "Listy w butelce" od literatury pięknej, a zbliża do ładnego, rozpisanego na scenki podręcznika historii.
Na początku książki czytelnik zostaje przeniesiony do sierocińca prowadzonego przez Janusza Korczaka, by uczestniczyć w przedstawieniu teatralnym żydowskich dzieci. Postać i działalność "Panadoktora" pojawiała się już w "wojennej" literaturze dziecięcej wielokrotnie, jednak tu jej obecność ma raczej charakter symboliczny, służy prezentacji ideałów i motywacji, jakimi kierowała się Irena Sendlerowa. To ostatnie chwile wychowanków Henryka Goldszmita, jego bezwzględny szacunek i poświecenie dla dzieci ukształtowały bohaterkę, o której opowiada Anna Czerwińska-Rydel. A ilustracja-plakat Macieja Szymanowicza obrazująca odjazd Korczaka z Umschlagplatz to chyba najmocniejszy fragment książki, doskonale dosadny, zapadający w pamięć i artystycznie doskwierający. Mówi więcej niż niejeden film poświęcony zagładzie.
Właściwa historia ratowania żydowskich dzieci poprzez przemycanie ich za mur warszawskiego getta rozpoczyna się w drugiej części książki, zatytułowanej "Jak ukryć listy". Co ciekawe, i cytat otwierający ten segment utworu, i tytuł książki, i jej okładka sugerują, że "Listy w butelce" to jakieś wiadomości przekazywane przez małych ludzi uciekających z getta, ich wołanie o pomoc, może adresowane do dzisiejszych dzieci, może do całej ludzkości. Tak my zinterpretowaliśmy tropy zostawiane przez autorkę i ilustratora, tymczasem okazało się, że "listy" to wykazy, indeksy, spisy dzieci – podopiecznych Ireny Sendlerowej, którymi zajmowała się co prawda tylko chwilę, ale taką decydującą o ich losie.
Zanim została uśmiechniętą starszą panią, pijącą sok z cytryny by przypieczętować prawo do noszenia Orderu Uśmiechu, Irena Sendlerowa była piękną, energiczną, serdeczną młodą kobietą, przekradającą się do warszawskiego getta jako siostra Jolanta. Zakres pomocy, jaką tam wnosiła, powiększał się, by wreszcie sprowadzać się do transportu nie rzeczy, ale ludzi, i nie ze strony polskiej na żydowską, ale w kierunku przeciwnym. W niezwykły projekt zaangażowanych było wiele osób i jedna organizacja (Żegota), jego przebieg z szerokiej, wieloletniej perspektywy (którą przyjęła autorka "Listów w butelce") okazał się wielkim sukcesem, ale wtedy, w 1942 roku, zdawał się szaleństwem. O niebezpieczeństwie przedsięwzięcia świadczy historia aresztowania, więzienia i przesłuchiwania Ireny Sendlerowej, bo i te ciężkie, ponure, zdawałoby się beznadziejne chwile zostały opisane w książce. Właściwa akcja "Listów w butelce" sięga tylko roku 1943, ale załączona korespondencja (część 3. książki) i szczegółowe kalendarium z życia Ireny Sendlerowej prowadzą opowieść znacznie dalej, do chwili, gdy przed dziesięciu laty zmarła "matka dzieci Holokaustu".
Według mnie publikacja jest przydatna i przyjazna dla starszych uczniów szkoły podstawowej, czyli od trzeciej / czwartej klasy wzwyż. Ośmio- czy dziewięciolatki nauczą się z "Listów w butelce" historii okupowanej Polski. Jednak czytająca (bo to nie książka dla początkujących!) młodzież w wieku powyżej 10 lat już to wszystko wie, czy więc jest sens "przerabiać" z nią utwór Anny Czerwińskiej-Rydel? Tak, bo w przypadku starszych dzieci książka porządkuje wcześniej zdobytą wiedzę i pozwala poznać miejsce Ireny Sendlerowej w "małej" historii drugiej wojny światowej, zrozumieć zależności między wielkimi decyzjami politycznymi a życiem zwyczajnych ludzi. Mój syn wysłuchał tej opowieści z zainteresowaniem, nie chciał przerywać lektury, mimo że oceny w szkole były już wystawione i nie planował zabłysnąć przed nauczycielami znajomością historii siostry Jolanty. Na pewno jednak jeszcze nie raz ten skarbiec wartości przyda mu się i w szkole, i po prostu w życiu, gdy przyjdzie mu podejmować własne trudne decyzje.
Bożena Itoya

Anna Czerwińska-Rydel, Listy w butelce. Opowieść o Irenie Sendlerowej, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

Ala Baba. Kosmiczne zadania


Zeszyt ćwiczeń "Ala Baba. Kosmiczne zadania" był dla nas dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Publikacja została przygotowana przez Joannę Wachowiak (tekst i koncepcja) i Teresę Zalewską Hoyę (rysunki), a więc autorki książki "Ala Baba i dwóch rozbójników" (obie publikacje ukazały się w wydawnictwie BIS). My sięgnęliśmy po uzupełnienie wartościowej lektury, ale z "Kosmicznych zadań" skorzystają również osoby nieznające przygód Ali, wielkiej kreatorki Kosmosu.
Na 47 czarno-białych stronach w formacie A4 mieszczą się całe pokłady pomysłów, zabaw, humoru i "aktywizatorów" wyobraźni. Autorki pobudzają do działania nie tylko małe dłonie i spostrzegawczość czytelników, ale też pielęgnują ich sprawność i kreatywność językową. Zadania są wszechstronne, ciekawe, świeże i błyskotliwe. Rozwiązując je młody człowiek wciela się w bohaterkę literacką, która w pierwotnej książce wymyślała całe światy i odkrywała je przed młodszymi braćmi. Tutaj to my tworzymy: nazwy obiektów należących do osiedla "Kosmiczne", wizerunki stworzeń przywiezionych w dziwacznych (wiele mówiących) pojemnikach do minizoo na planecie Frajdus, lustrzane odbicia nas samych jako stworów z 8 rozmaitych światów, fantastyczne rozwinięcia niby zwyczajnych imion, a tak naprawdę kosmicznych skrótowców (np. mój syn rozszyfrował "POLA" jako "Polsko-Ormiański Lek Antypadaczkowy", a "AZOR" jako "Antykwariat Zepsutych Oczu Rabusiów"), podobiznę najmniej sympatycznej formy życia z planety Y-7541, na której najsympatyczniej wypada coś przypominającego ziemskiego krokodyla, pozytywne przekazy o Ziemi adresowane do kosmitów porozumiewających się tylko rysunkami, definicje kosmicznych znaków drogowych (czy innych tabliczek informacyjnych), propozycje nazwy sklepu ze słodyczami sprowadzanymi z całego kosmosu (wymyśliliśmy m.in.: "Droga mleczna, czekoladowa i ciągutkowa", "Smakołyki z galaktyki", "Donuty z obcej chaty", "Słodkości z przyszłości"), zestaw kosmicznych zwyczajów Kretongan (odpowiadamy na pytania o ich zwierzęta domowe, letniska, ulubione prezenty, przebieg kataru, powitania i in.), nazwy i podobizny krzyżówek różnych zwierząt zamieszkujących stację badawczą profesora Mózgowca, patenty na ulepszenie naszych ziemskich przedmiotów, definicje haseł ze słownika obcych, zastosowania tajemniczego przedmiotu zostawionego nam przez poprzedniego użytkownika rakiety, krajobraz zapomnianej planety, ledwie zarysowany na wyblakłej pocztówce, spis czynności, które mógłby za nas wykonywać wymarzony robot i działań, jakie wolimy pozostawić sobie samym, nazwy dotychczas bezimiennych gwiazdozbiorów. Jest jeszcze kilka innych ćwiczeń otwartych, bardzo indywidualnych, gwarantujących świetną rozrywkę i personalizację "Kosmicznych zadań". Ponadto w zbiorze znalazły się bardziej tradycyjne łamigłówki – znajdujemy: skomplikowaną drogę ucieczki z planety Graturn, pięć szczegółów różniących dwie istoty podszywające się pod mieszkańców Lusterusa, nazwy obcych planet ukryte wśród rozrzuconych liter, dwie identyczne postacie w tłumie kosmitów; łączymy kropki w dowolny sposób i wyobrażamy sobie, co przedstawia powstały tak rysunek (trochę jak wróżba z wosku) czy wykonujemy ćwiczenie przygotowane przez komputer pokładowy, miłośnika "połącz ponumerowane kropki" (od 1 do 211, więc to zadanie dla starszych dzieci).
W "Ali Babie. Kosmicznych zadaniach" zachwyciło mnie podejście do języka. Wspomniałam już o ćwiczeniach słowotwórczych czy tych z formułowania wypowiedzi, ale warto zwrócić też uwagę, jak Joanna Wachowiak zwraca się do dzieci. Niewiele tu zwykłych, króciutkich poleceń, królują dłuższe, "pisarskie", zgrabne i zabawne, jakby wyimki z literatury. Użytkownik "Kosmicznych zadań" niepostrzeżenie korzysta i uczy się czegoś już czytając treść zadań. Zbiór ćwiczeń jest zresztą ogólnie doskonale skonstruowany, czytelny i praktyczny pod względem czcionki, obrazków, miejsca na samodzielną pracę, typu papieru i numeracji zadań (jest ich 26). Jeśli jeszcze nie mieliście w rękach tej pozycji, koniecznie spróbujcie, nawet jeżeli nie czytaliście "Ali Baby i dwóch rozbójników" i na co dzień nie pałacie sympatią do "książek aktywnościowych". Te zabawy zachęcają do czytania, wypowiadania się, bycia radosnym i twórczym.
Bożena Itoya

Joanna Wachowiak, Ala Baba. Kosmiczne zadania, rysunki Teresa Zalewska Hoya, Wydawnictwo BIS, Warszawa.

środa, 20 czerwca 2018

Wierusz i Nikt – historia i legenda Wieruszowa


W 2017 roku wydawnictwo Literatura wydzieliło ze swojej serii "A to historia" cykl dla najmłodszych dzieci, publikując książki historyczne z okienkiem w okładce: "Podarunek królowej Jadwigi" Beaty Ostrowickiej oraz "Bursztynowy szlak" Grażyny Bąkiewicz. Po udanym debiucie tego bloku wydawniczego nadeszła pora na nieco poważniejszą kontynuację. Trzecia książka adresowana do starszych przedszkolaków i młodszych uczniów została napisana przez Pawła Wakułę, pomysłodawcę i jednego z autorów cyklu opowiadań "Zdarzyło się w Polsce" oraz autora tomu "Jagiełło pod prysznicem" – publikacji adresowanych do dzieci co najmniej dziewięcio-, a raczej dziesięcioletnich oraz nastolatków. Indywidualne opowiadanie "Wierusz i Nikt", choć teoretycznie wydane w ramach cyklu dla najmłodszych, spodoba się również wcześniejszym, starszym czytelnikom Pawła Wakuły. Właściwie jest to książka bez ograniczeń wiekowych, ani górnych, ani dolnych. Młodsi czytelnicy mogą przyswoić opowieść jako dobrze opowiedzianą legendę, a starsi uwzględnić odniesienia do prawdziwych miejsc (ziemia wieluńska, Śląsk, Wieruszów, Wrocław i in.), osób (najważniejsze to królowie i królowe, zwłaszcza "Władysław, syn wielkiego Jagiełły", Elżbieta Luksemburska i Władysław Pogrobowiec) oraz wydarzeń, które w historycznym epilogu zostały scharakteryzowane jako rozgrywające się "za panowania Władysława Warneńczyka i Kazimierza Jagiellończyka".

Ale choć zbóje drwili z prawa i śmiali się prosto w twarz staroście królewskiemu na zamku w Bolesławcu, to jak ognia lękali się jednego człowieka – Klemensa Wierusza.
Był to rycerz z potężnego rodu, od dawna osiadłego w ziemi wieluńskiej. Jego przodkowie zbudowali murowany kasztel, wokół którego z czasem rozrósł się gród zwany Wieruszowem. Ojciec Klemensa, Bernard, ufundował u bram miasta klasztor dla paulinów i drewniany kościółek pod wezwaniem Świętego Ducha. To właśnie stamtąd, po modlitwie przed cudownym obrazem Pana Jezusa Pięciorańskiego, Klemens ruszał do boju z raubitterami.

Paweł Wakuła od pierwszej strony stosuje konkretny, odrobinę stylizowany i przez to dość surowy ton opowieści. Pojawiają się co prawda elementy frazeologizacji charakterystycznej dla legend i innych gawęd, ale przede wszystkim autor wprowadza dzieci w świat literatury historycznej, w której od dziś będą spotykać takie pojęcia czy sformułowania, jak "ufundować", "osiadły" / "osiąść", "kasztel", "raubitter" (to słowo zostaje wyjaśnione). Językowi odpowiada treść, również pozbawiona złagodzeń, wyłaniająca czarny charakter spośród osób pozornie najbardziej dobrotliwych, relacjonująca trudy więzienia czy rozgrywki polityczne królów, wcale nieprzypominających tych bajkowych. Konwencja ta sprawdza się bardzo dobrze, utrzymując atmosferę opowieści i uwagę czytelnika aż do ostatniej strony.
Książka poruszy wielu odbiorców: tych, którzy lubią zgłębiać dawne dzieje, i tych o wrażliwych sercach. Jest to historia Klemensa Wierusza, rycerza potężnego, wzbudzającego lęk i szacunek, ale też cierpiącego na wspomnienie dawno zmarłej żony. W toku opowieści okaże się on wyjątkowo wytrwały i silny, może właśnie tą smutną, utraconą miłością, która jednak go ocali. Konstrukcja fabuły wydała mi się bardzo ciekawa, bo w literaturze dla dzieci nieczęsto się zdarza, by główny bohater znikał z kart na pokaźną część książki. W roli protagonisty zastępuje go wówczas dzielny rybałt (grajek), Dobko, który w ciągu pięciu lat "z chłopca zmienił się w młodego mężczyznę". Dojrzewanie Dobka zostało podporządkowane wartościom, jakimi nasiąkł służąc na zamku Klemensa Wierusza, oraz poszukiwaniom zaginionego rycerza. Finał, przypominający wyzwania stawiane przed bajkowymi książętami, pokrzepia czytelniczą duszę i dobrze komponuje się z wcześniejszymi, nieco pesymistycznymi obrazami walk politycznych i niesprawiedliwości, w jakie uwikłane było także duchowieństwo. Naprawdę warto podsunąć tę książkę swoim uczniom, dzieciom, wnukom czy przyjaciołom, a już koniecznie – rodzinom odwiedzającym biblioteki i księgarnie.
Bożena Itoya

Paweł Wakuła, Wierusz i Nikt, ilustrował Marek Szal, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

wtorek, 12 czerwca 2018

Kino w Trampkach 2018 (część 1.)


Festiwal filmowy dla dzieci i młodzieży Kino w Trampkach, w tym roku odbywający się w stolicy po raz szósty, realizuje spójną i przejrzystą wizję kina dla młodych. Nie tych w klapkach, którzy stawiają na pełen urlopowy luz, prostą rozrywkę bez żadnego przesłania. Nie dla tych też, którzy przy niedzieli albo zmuszani przez szkołę udają się w wyjściowych pantoflach lub lakierkach na adaptację szkolnej lektury czy innej perły kultury wysokiej, zazwyczaj odległej samym adresatom. Na ten festiwal chodzimy w trampkach, bo to nie męczarnie, a żywa kultura, bo jako widownia należymy do olbrzymiej przestrzeni między masową rozrywką a przymusową lekturową nudą i martwą klasyką. To wspaniale, że ktoś myśli o młodzieży, która nie chce oglądać tylko YouTube'a i blockbusterów, ale też niegotowej jeszcze na krytyczne, akademickie dyskusje o specyfice tej czy owej szkoły filmowej.
W pierwszy festiwalowy weekend udało nam się obejrzeć pięć filmów, przy czym cztery z nich miały wówczas premierę polską ("Ariol", "Tybetańska piosenka") lub warszawską ("Pokój 213", "Żywiciel"). Już po tych kilku, bardzo zróżnicowanych doświadczeniach wiemy, że to najlepszy festiwal filmowy, w jakim dotąd uczestniczyliśmy, a w przypadku mojego syna pod uwagę bierzemy aż osiem podobnych wydarzeń w ciągu czterech lat. Na taką ocenę wpływa przede wszystkim program Kina w Trampkach, ale również przesympatyczna obsługa, bardzo sprawna kampania informacyjna w Internecie, radiu oraz instytucjach kultury. Ten festiwal jest wszędzie wokół nas, ciągle mamy okazję o nim dyskutować.

Przygodę z tegorocznym Kinem w Trampkach rozpoczęliśmy od "Dużej Ryby i Begonii" (Chiny 2016), pełnometrażowego filmu animowanego uwzględnionego w sekcji "Najlepsze z sezonu". Dla dzieci nieznających podobnych produkcji japońskich historia szesnastoletniej Chun ze świata między bogami a ludźmi może się okazać prawdziwym kinowym objawieniem. Podkreślam: "kinowym", bo pełni filmu można doświadczyć tylko oglądając go na naprawdę dużym ekranie, w warunkach domowych wrażenia byłyby dużo słabsze. Efekty wizualne są przynajmniej równie ważne, co sama opowieść. A poznaliśmy bardzo długą, rozbudowaną, malowniczą legendę, w którą wniknęliśmy z wielkim entuzjazmem. Mierziło nas jedynie zdecydowanie za długie i zbyt rzewne zakończenie oraz festiwalowa kopia filmu wyposażona nie tylko w polski dubbing, ale i w krzykliwe, żółte napisy w języku angielskim, niepokrywające się z dźwiękiem, wyprzedzające akcję, przez co zdradzały nadchodzące wydarzenia (film opisano kategorią wiekową 10+, a na tym etapie edukacji polskie dzieci już dość dobrze znają angielski – uczą się go obowiązkowo od przedszkola).



Kolejną, jeszcze bardziej godną polecenia animacją jest "Żywiciel" (Kanada, Irlandia, Luksemburg 2017), o którym wiele osób usłyszało w związku z nominacja do Nagrody Akademii Filmowej za najlepszy film animowany roku 2017. Koprodukcja Aircraft Pictures i Cartoon Saloon (studio odpowiedzialne za "Sekrety morza" i "Sekret księgi z Kells") Oscara nie zdobyła, ale ma szansę na jedną z nagród Kina w Trampkach, bo wyświetlana jest w sekcji "Konkurs filmów dziecięcych. Filmy pełnometrażowe", ocenianej przez Jury Dziecięce (przyznające nagrodę główną festiwalu), Jury Rodziców, Jury Europejskiego Stowarzyszenia Filmów dla Dzieci ECFA, Jury Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych dla filmu o największym potencjale dystrybucyjnym w kinach studyjnych oraz, po raz pierwszy, przez Jury Muzyczne. Bieżące pokazy festiwalowe to prawdziwa gratka, bo "Żywiciel" na razie nie znalazł się w regularnym repertuarze polskich kin. Oby to się zmieniło, bo każdy powinien kiedyś zobaczyć ten film.
Rozważając rodzinną lub szkolną wyprawę do kina nie powinniśmy bać się trudnego tematu "Żywiciela", sztuka filmowa, wyobraźnia i dziecięca moc równoważą tu wszystkie smutki. I nie dajcie się zwieść pozorom, to film nie tylko dla dziewcząt, choć bohaterką jest dziewczynka (Parvana), a zajawki mogą sugerować, że "Żywiciel" wpisuje się w nurt czy modę na opowieści dla małych buntowniczek. Opowieść osadzona jest w realiach współczesnego Afganistanu przetłumaczonych na język animacji i baśni. Niesprawiedliwość, jaka spotyka na co dzień Parvanę, jej rówieśniczki i dojrzałe kobiety wzbudza w widzu żal i złość, chęć działania i zarazem ulgę, że żyjemy w bezpieczeństwie i dostatku. Cały obraz został perfekcyjnie skomponowany, nie znaleźliśmy nic, co moglibyśmy zarzucić czy to scenariuszowi, czy muzyce, czy reżyserii. Poza głównym, przyziemnym nurtem historii snuje się równoległa baśń Parvany-opowiadaczki, ale nie tylko przy tych sekwencjach trwaliśmy przed ekranem jak zaczarowani. Przyciąganie działało przez cały seans. Polecamy "Żywiciela" wszystkim starszym miłośnikom magii kina, niezależnie od preferencji gatunkowych. Festiwal Kino w Trampkach rekomenduje film dla widzów powyżej 12 lat i właśnie z dwunastolatkiem wyszliśmy z filmu tak zachwyceni, że bez wahania zaznaczyliśmy na kuponie głosowania (plebiscyt publiczności Konkurs Filmów Dziecięcych) po pięć na pięć gwiazdek. Spodziewam się, że mój syn kiedyś, gdy będzie już dorosły, może nazwać ten film swoim "dziecięcym olśnieniem" (jak brzmi tytuł jednej z sekcji Kina w Trampkach).



Zupełnie innym typem animacji jest "Ariol" (Francja 2017), wyświetlany premierowo w sekcji "Najlepsze z sezonu". To wesoła, lekka i wyjątkowo wierna oryginałowi adaptacja popularnego komiksu francuskiego duetu Emmanuel Guibert (tekst) i Marc Boutavant (rysunki). W Polsce humorystyczne historyjki o człekopodobnym osiołku-okularniku (na pierwszy rzut oka sądziłam, że to mucha), jego szkolnych, miłosnych i domowych perypetiach wydaje gdańska oficyna Adamada. W poszczególnych tomach (dotychczas w przekładzie na język polski ukazały się cztery) zawartych jest po kilka historyjek, podobnie też skonstruowany został film. Ja oglądałam ekranizację przed lekturą oryginału i byłam tak po prostu filmowo uszczęśliwiona, ale mój syn czytał wcześniej dwie części "Ariola", stąd spojrzenie porównawcze było nieuniknione. Organizatorzy Kina w Trampkach rekomendują animację dla wieku 7+, a młody widz i czytelnik "Ariola" uznał, że to "wcale nie są książki dla takich małych dzieci". Sam, mając 12 lat, bawił się dobrze i czytając, i oglądając, jednak w wersji filmowej przygody bohaterskiego osiołka wypadają łagodniej, rzeczywiście "7+", a komiksy, według nas obojga, raczej nadają się dla czytelników 10+, ponieważ poczucie humoru bywa w nich ostrzejsze, bliższe złośliwości i nastoletniemu patrzeniu na świat.
W miniony weekend poza trzema animacjami obejrzeliśmy dwa filmy aktorskie o dzieciach i z dziećmi królującymi w obsadzie. Plan projekcji Kina w Trampkach zdobyliśmy w osiedlowej bibliotece już jakiś czas przed festiwalem i od razu wypatrzyliśmy wśród filmów horror. Jedyny film opisany kategorią "Strach się bać" (w sekcji "Najlepsze z sezonu") wyróżnił się bardzo pozytywnie, wszak dla nas to radość się bać! Od razu zaznaczyliśmy w harmonogramie "Pokój 213" (Szwecja 2017) jako "must-see", bo zapowiadało się dobre kino rozrywkowe dla widzów powyżej 10 lat. Nie zawiedliśmy się. Gdy nastolatek stwierdza, że bardziej bał się tego niż "Tego" (wiem, nie powinien oglądać, ale widział już straszniejsze rzeczy), to znaczy, że "wielkie", dorosłe, rozreklamowane na cały świat i powszechnie dostępne amerykańskie kino zostało pokonane przez "mały", młodzieżowy, szwedzki film festiwalowy.

Siła tego obrazu tkwi w jego naturalności. Akcja rozgrywa się bowiem w naszych czasach, w europejskiej rzeczywistości, wśród prawdziwych zachowań młodszych nastolatków, ich zamiłowania do prankowania i snucia miejskich (w tym wypadku raczej... wiejskich) legend. Bohaterka, dwunastoletnia Elvira, i jej dwie nowe koleżanki uczestniczą w letnim obozie, który organizowany jest w tym samym pensjonacie od kilkudziesięciu lat. Niefrasobliwi, ale najwyraźniej dobrze znający się na rzeczy opiekunowie kolonii pomagają tylko w kluczowych momentach czy to kryminalnych, czy uczuciowych, ale przeważnie historia dotyczy wyłącznie świata i relacji dzieci. Dziewczęta zaprzyjaźniają się, potem kłócą, wzajemnie obmawiają, oglądają za chłopcami i droczą z nimi. Przede wszystkim jednak próbują dowiedzieć się, czemu ich tytułowe lokum ma złą sławę i jest katalizatorem tajemniczych zdarzeń. Klimat tego filmu jest porażający, wręcz niesamowity, dawno tak świetnie się nie bawiliśmy i nie baliśmy. Charakteru dodaje doskonała realizacja dźwięku i naturalne aktorstwo młodzieży. Obóz Elviry trwał tylko tydzień, film o nim – osiemdziesiąt minut, ale był to czas po brzegi naładowany przeżyciami, niezapomniany!



Po wybitnej rozrywce przyszedł czas na trochę refleksji. "Tybetańska piosenka" (Chiny 2017) stanowi świetny przykład kina poszerzającego horyzonty. Film znalazł się w sekcji "Konkurs filmów dziecięcych. Filmy pełnometrażowe" z rekomendacją dla widzów od 9 lat. Dla tych znajdujących się bliżej dolnej granicy wieku "Tybetańska piosenka" może być szokiem kulturowym. Typowy europejski dziewięciolatek czy dziesięciolatek ma znacznie większe pojęcie o fantastycznych światach Harry'ego Pottera czy którejś z gier komputerowych niż o przyziemnym życiu swoich rówieśników w innych rejonach naszej planety, choćby w Chinach. Historia tybetańskich dzieci pielgrzymujących do chińskiej telewizji na konkurs talentów okazała się dla polskiego widza egzotyczna i kształcąca pod kilkoma względami.
Po pierwsze, pełno w niej górskich krajobrazów, tradycyjnych strojów, instrumentów, śpiewów, zwyczajów i innych elementów kultury ludowej, zestawionej z nowoczesnym, wielkim miastem z całą jego komercją i wyścigiem szczurów. Babcia Dromy nie chce pozwolić dziewczynce na wyjazd, argumentując: "wystarczy, że umiesz prząść". Takie podejście do przyszłości i potencjału dziecka zapewne będzie obce rówieśniczkom mojego syna i ucieszy je wiadomość, że prawdziwa Droma osiągnęła sukces wyjeżdżając do szkoły w Stanach Zjednoczonych, wylatując z tybetańskiego gniazda. "Tybetańska piosenka" jest bowiem filmem opartym na faktach.
Po drugie, bohaterami filmu są uczniowie tybetańskiej szkoły dla niewidomych dzieci, przy czym placówka ta nie jest nazywana sierocińcem czy domem dziecka, ale poznajemy rodzinę tylko jednego z dzieci (głównej postaci żeńskiej), pozostałe zdają się być pod wyłączną opieką nauczycieli. Polskiemu widzowi dzieci te wydadzą się po prostu biedne, czy to z uwagi na warunki finansowe i rodzinne, czy ślepotę. Nie widzieliśmy dotąd kinowego filmu familijnego, w którym tak bezpośrednio, jasno, szczerze i bezpretensjonalnie mówiono i pokazywano życie niewidomych. Praca twórców, w tym wykonawców, "Tybetańskiej piosenki" to kamień milowy w dziedzinie integracji.
Po trzecie wreszcie, film jest skonstruowany inaczej niż przywykliśmy. Uwagę moją i syna przykuły zarówno scenariusz, zdjęcia, montaż, jak i ogólny sposób odnoszenia się do widowni. To drugi chiński film na tym festiwalu, jaki widzieliśmy, i drugi, w którym przesadnie starano się nas wzruszyć. Może to taki model kinematografii, inny sposób oddziaływania na widownię i odczuwania przez nią, w każdym razie nas drażniły fragmenty, w których niemal pokazywano nam tabliczkę z napisem "aplauz przez łzy". Dla przeciętnego polskiego dziecka czy nastolatka w "Tybetańskiej piosence" było też dużo zbyt długich scen. Za wspólny mianownik kulturowy można natomiast uznać harleyowców występujących w filmie – brać motocyklowa nie zna granic, jest taka sama na całym świecie, pomocna i przygodogenna.
Na zakończenie tej części sprawozdania przepraszam innych widzów uczestniczących w drugim (podczas Kina w Trampkach i w całej Polsce) pokazie "Tybetańskiej piosenki" za moje szeptanie, o ile je słyszeli. Nie mogłam nie wyjaśnić pokrótce synowi, czym jest Tybet. To przecież nie taki sobie zwykły region Chin, hasło "wolny Tybet" pobrzmiewa czasem (zbyt rzadko!) również w polskich mediach. Twórcy chińskiego filmu nie wyjaśnili tego niewygodnego zagadnienia ani trochę, a ja uważam, że trzeba być fair play wobec widza-dziecka. Kwestia okupacji politycznej, religijnej, kulturowej, powinna być rozumiana i poruszana przez Polaków, szczególnie w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Dobrze, by widzowie byli świadomi, o jakiej wolności śpiewa dziewczynka w finałowej tybetańskiej piosence i że ten piękny modulowany śpiew niewidomego chłopca to coś więcej niż melancholia chińskich górali. To prawo do głosu Tybetu w ramach "The Voice of China" czy nieznającego granic "The Voice Kids". Warto podyskutować z młodym widzem, jak zinterpretowałby wielką pieszą wędrówkę bohaterów – co więcej poza swoją "pełnosprawnością" czy normalnością chcieli pokazać i udowodnić. Eksplorujmy z dziećmi świat kina (i ten prawdziwy) rozważnie, nie ograniczając ich myślenia do prostych widokówek, ale podsuwając im rozmaite konteksty.
Bożena Itoya

Festiwal Kino w Trampkach – informacja organizatora:
Kino w Trampkach – coroczny festiwal filmowy dla dzieci i młodzieży – najbardziej pozytywny, inspirujący, przyjazny.
Kino w Trampkach to przygoda! Filmy z dobrym przesłaniem, bardzo różnorodne. Obejrzymy kilkadziesiąt filmów z kilkudziesięciu krajów od Australii, przez Afrykę, obie Ameryki, Europę i Azję. Będziemy wszędzie!
Kino w Trampkach to nie tylko pokazy filmowe, to także wydarzenia towarzyszące, warsztaty, spotkania, liczne konkursy.
6. edycja odbędzie się w dniach: 7-17 czerwca 2018 r. Gramy w Lunie, Kinotece, FINA i w puszczy.