cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

sobota, 22 września 2018

Fascynujący świat "kieszonkowych" atlasów wydawnictwa Dorling Kindersley


Od jakiegoś czasu czujemy przesyt autorskimi publikacjami dla dzieci popularyzującymi nauki ścisłe i przyrodnicze. Niby nie ma nic złego w nietypowych, często zabawnych ujęciach tematów przerabianych w przedszkolach, szkołach podstawowych czy średnich, takie książki mają przecież urozmaicić naukę. Coraz częściej jednak spotykamy się z powtarzaniem materiału należącego do programu nauczania przedmiotów nazywanych najpierw ogólnie przyrodą, potem szczegółowo: biologią, geografią, fizyką, chemią. Oryginalność kolejnych modnych i szeroko nagradzanych pozycji wydawniczych sprowadza się najczęściej do warstwy graficznej. Problem w tym, że z nowoczesnych, w niektórych przypadkach wręcz eksperymentalnych ilustracji dziecko nie jest w stanie zbyt wiele się nauczyć. A pamiętajmy, że przeznaczone dla młodych czytelników książki przytaczające informacje z jakiejś dyscypliny naukowej w założeniu mają w pierwszej kolejności pełnić rolę pomocy dydaktycznej, funkcja zabawki, pocztówki, plakatu czy ćwiczenia z wyszukiwania powinna być tylko dodatkiem. Takie przekonanie miałam dotychczas, ale moje poglądy chyba odchodzą do lamusa. W tej chwili w Polsce przyjmuje się, że książki popularnonaukowe może pisać każdy: autor beletrystyki, ilustrator, redaktor, pani z telewizji. Czytelność czcionek, przystępność i poziom tekstu oraz efektywność nauczania schodzą na dalszy plan, ma być zaskakująco i designersko, a najlepiej trendotwórczo i z popularnym nazwiskiem.
Wśród dziesiątek wariacji na temat zoologii, astronomii czy anatomii człowieka udało nam się wyłowić kilka perełek, ale dopiero seria atlasów kieszonkowych wydawnictwa Dorling Kindersley spełniła nasze skromne (naprawdę!) oczekiwania. W Polsce publikacją serii "DK Fascynujący świat", w skład której wchodzą "Atlas dinozaurów", "Atlas ludzkiego ciała", "Atlas zwierząt" i "Atlas kosmosu", zajęło się wydawnictwo Solis. Oryginalne tytuły angielskie zawierają słowo "pocket", jednak, w porównaniu z aktualnymi polskimi standardami wydawniczymi w zakresie książek przyrodniczych dla dzieci, są to raczej wysokiej jakości encyklopedie niż kieszonkowe atlasy. Obiektywnie rzecz biorąc, mamy do czynienia z serią bogato ilustrowanych atlasów opatrzonych minimalną dawką tekstu. Wspomniane cztery pozycje zostały ujednolicone pod względem formatu (dużego, aż 25x36 cm), grafiki na okładce, typografii, liternictwa i objętości (48 stron). Wszystkie tomy kuszą trwałością (twarde oprawy), ładnym papierem i ogromem czytelnie podanej wiedzy. Sądząc po szczegółowości i szerokim zakresie tematycznym, seria może być przydatna uczniom na każdym etapie szkoły podstawowej, a w ich przeglądanie, zwłaszcza fotograficznego "Atlasu zwierząt", zaangażują się też przedszkolaki.

"Atlas dinozaurów. 140 niesamowitych stworzeń z czasów prehistorycznych" jest dobrą propozycją dla dzieci, które już wyrosły z pierwszej, wczesnoprzedszkolnej fascynacji dinozaurami, chciałyby uporządkować oraz wzbogacić zdobyte kiedyś wiadomości i które umieją już czytać. Ten typ publikacji trudno bowiem czytać wspólnie z rodzicem, na głos, ponieważ większość informacji rozmieszczona jest według szablonu: nazwa, nazwa z podziałem na sylaby (!), ilustracja, opis liczący od jednego do trzech zdań, wypełnienie tabelki z kategoriami "okres występowania", "długość", "pochodzenie skamielin", "środowisko", "pokarm". Ponadto w książce znajdziemy obszerne, podzielone na segmenty wprowadzenie (o rekonstrukcji dinozaurów, powstawaniu skamielin, czasach przed i po dinozaurach, podziale na okresy, kategoryzacji dinozaurów i ich wymarciu), okazjonalne ciekawostki ("czy wiecie, że..."), większe ilustracje na początku rozdziałów ("Dinozaury", "Sąsiedzi dinozaurów", "Gady morskie", "Gady latające") i przy wybranych gatunkach, osobne notatki o określonych grupach zwierząt, dwie strony dodatków ("Prehistoryczne rekordy", "Największe dinozaury", "Odkrycia dinozaurów"), dwustronicowy słowniczek oraz indeks. Ilustracje nie zostały wykonane w zapierającej dech w piersiach technologii, są raczej przeciętne, ale jako grafiki poglądowe sprawdzają się doskonale.
Z kolei "Atlas ludzkiego ciała. Poznaj i zrozum swoje zdumiewające ciało" spodoba się starszym dzieciom, które już uczą się w szkole o budowie ciała ludzkiego. Młodsi (poniżej 10 lat) mogą czytać i oglądać na wyrywki, jeśli treść książki odpowiada ich zainteresowaniom, na przykład chcieliby zostać lekarzami (są zdjęcia, jakimi operują lekarze, i obrazy z mikroskopów!) albo czują potrzebę zgłębiania, czemu boli ich noga czy jak to się dzieje, że z człowieka wydobywa się głos. Publikacja jest pełna dużych, wyraźnych ilustracji, pokazujących przekroje, układ wewnętrzny, powiększenia komórek i wszystko to, co w podręcznikach wydaje się zbyt małe i nieczytelne. Często pojawiają się również zdjęcia, niekiedy połączone z grafikami, jak w przypadku podrozdziału o mowie. Już kilkakrotnie przejrzeliśmy z synem cały "Atlas ludzkiego ciała", zawsze czytając wybrane fragmenty, i na pewno jeszcze wielokrotnie do niego wrócimy. Autor (Richard Walker) zgromadził w jednym miejscu wszystkie najważniejsze informacje o anatomii człowieka, zadbał też o rzetelność i przystępność tekstu, w tym o ciekawe, obrazowe porównania ("Cała powierzchnia kosmków jelitowych rozłożona na płaskiej powierzchni, pokryłaby kort tenisowy"). Książka została podzielona na 6 krótkich tematów wstępnych, 6 właściwych rozdziałów ("Kształt ciała", "Krew i limfa", "Płuca i oddychanie", "Układ pokarmowy", "Kontrolowanie ciała", "Rozmnażanie i rozwój") oraz 3 dodatki ("Twoje niesamowite ciało", słowniczek, indeks).
"Atlas zwierząt. 200 gatunków zwierząt z całego świata" już na pierwszy rzut oka jest ładną książką i przyciąga dziecko. Charakterystykom niemal wszystkich zwierząt towarzyszą fotografie bardzo dobrej jakości. Rysunkami opatrzono tylko opisy waleni, ale i tego nie jestem pewna, bo jeśli to są ilustracje, to bardzo realistyczne. Podstawowym adresatem atlasu jest uczeń poznający strukturę świata przyrody, jednak równie dobrze, na swój dowolny i ulubiony sposób, mogą z niej korzystać młodsze dzieci. Korzyści z użytkowania tej publikacji przez przedszkolaki są niezliczone i nieocenione, wystarczy wymienić kształtowanie wrażliwości na świat, świadomości ekologicznej, naukę kategoryzacji otoczenia czy opisu kolorów. To wszystko sprawy ogólne, ale oczywiście istnieją też konkretne efekty nawet nie czytania, a tylko oglądania tej książki. Dzięki "Atlasowi zwierząt" maluchy oswoją się na przykład z informacją, że gąbki i koralowce to nie rośliny, a właśnie zwierzęta. Każdemu zwierzęciu towarzyszy graficzne porównanie jego wielkości do wzrostu człowieka (lub jego dłoni – 14 cm, a nawet palca – 4 cm), co wpływa na wyobraźnię dziecka. Gatunki zagrożone opatrzono odpowiednią, stałą i przyciągającą uwagę tabliczką. Zastosowano tradycyjny podział zwierząt (ssaki, ptaki, gady, płazy, ryby, bezkręgowce), przenosząc go na nazwy rozdziałów atlasu. Jak zwykle dostajemy też kilka stron wstępu (również z fotografiami i wyjątkowo interesującym wykresem pokazującym pomniejszanie się zbioru organizmów od królestwa: zwierzęta, przez typ: strunowce, po gromadę: ssaki), dodatek o rekordach, słowniczek i indeks.

"Atlas kosmosu. 170 planet, gwiazd i statków kosmicznych" to pozycja rozszerzająca światopogląd dziecka na cały Wszechświat. Poza wszelkimi walorami edukacyjnymi, sprawdza się jako narzędzie relaksacyjne, co przetestowałam na sobie. Wieczorna lektura, a zwłaszcza oglądanie mgławic czy galaktyk wywołuje piękne sny. Takie książki rozbudzają marzenia o przyszłym zawodzie zdobywcy kosmosu czy ziemskiego naukowca z głową w chmurach. Omawiany atlas zawiera podstawowe informacje o badaniach kosmosu, w możliwie prosty sposób definiuje pojęcia takie jak planetoidy, komety, meteoryty czy galaktyki, wskazuje najważniejsze zagadnienia i sfery zainteresowania astronomii. Już czytając spis treści chce się to wszystko poznać, zobaczyć, przeżyć, w końcu kogo nie zachęciłyby podrozdziały zatytułowane "Co tam jest?", "Wielki wybuch" czy "Z czego zrobiony jest Wszechświat?"? Pod listą rozdziałów zamieszczono legendę oznaczeń stosowanych w całej książce, a dotyczących skali wielkości (obiekt a Ziemia, obiekt a Księżyc, obiekt a człowiek) oraz lokalizacji (mapy Ziemi, mapy nieba). Typologie ciał niebieskich oraz przestrzeń kosmiczną, do której należymy, poznamy dzięki rozdziałom "Układ słoneczny", "Gwiazdy i mgławice" oraz "Galaktyki". Dla młodych ludzi specjalizujących się w technice, zafascynowanych działaniem i typami sprzętów oraz pojazdów służących do penetracji kosmosu, najciekawsze będą rozdziały "Obserwacja kosmosu" ("Jak działa teleskop", "Teleskopy naziemne", "Teleskopy kosmiczne") oraz "Badanie kosmosu" ("Rodzaje statków kosmicznych", "Rakiety", "Statki kosmiczne", "Misje załogowe", "Stacje kosmiczne"). Lubiącym ciekawostki historyczne i ogólne spojrzenie na ewolucję badań kosmicznych spodobają się krótkie notatki włączone do poszczególnych rozdziałów oraz dwustronicowy dodatek "Historia badań kosmicznych".
Atlasy z serii "DK Fascynujący świat" nie tylko dobrze wyglądają na półce dziecka, ale też w magiczny sposób nigdy się na niej nie kurzą. Właściciel sięga po nie często, kiedy potrzebuje coś sprawdzić do szkoły lub w choćby króciutkiej chwili nudy. W tych książkach zawsze znajdzie coś ciekawego, czego jeszcze nie wiedział, nie zauważył poprzednio, zapomniał narysować albo opowiedzieć rodzicom czy dziadkom. Komplet atlasów Dorling Kindersley gwarantuje zabawę i naukę bez końca, bo fotografii i realistycznych ilustracji nie można mieć dość, w przeciwieństwie do artystycznych wariacji graficznych, które mają bardzo ograniczoną użyteczność dydaktyczną –starszym dzieciom szybko się przejadają, przy kolejnych podejściach do książki nie wnoszą nic nowego, a mogą wypaczać pojęcie o prawdziwym wyglądzie zwierząt, ciała człowieka czy ciał niebieskich. Książkom opublikowanym w Polsce przez SOLIS ufam, bo zostały napisane przez fachowców i przez specjalistów sprawdzone (konsultacje obejmowały także wersje polskie tekstu), a Dorling Kindersley jest znanym wydawcą koncentrującym się na leksykonach, poradnikach oraz przewodnikach. Nieprzypadkowe, wyspecjalizowane wydawnictwo znacząco wpływa na mój wybór książki dla syna, bo przekłada się na jakość i wartość publikacji. Z wymienionych powodów bywam zawiedziona produktami książkowymi, jakie teoretycznie mają służyć popularyzacji nauki, ale w rzeczywistości sprowadzają się do popularyzacji sztuk plastycznych, bo też ukazują się nakładem wydawnictw literackich czy publikujących głównie książki obrazkowe (najczęściej i to, i to), prawdopodobnie niezatrudniających na stałe redaktorów naukowych czy konsultantów w danych dyscyplinach nauki. W serii "Fascynujący świat" nie rządzi moda, koncept albo dowcip ilustratora, tylko wiedza, dokładnie tak, jak oczekiwaliśmy sięgając po atlasy przyrodnicze.
Bożena Itoya

DK Fascynujący świat. Atlas dinozaurów. 140 niesamowitych stworzeń z czasów prehistorycznych, praca zbiorowa, konsultacja: Professor Michael J Benton, tytuł oryginału: DK Pocket Eyewitness Dinosaurs, tłumaczenie z języka angielskiego: Michał Koper, Wydawnictwo SOLIS Andrzej Koper, Warszawa 2016.
Richard Walker, DK Fascynujący świat. Atlas ludzkiego ciała. Poznaj i zrozum swoje zdumiewające ciało, tytuł oryginału: DK Pocket Eyewitness Human Body, tłumaczenie z języka angielskiego: Michał Koper, konsultacja merytoryczna: lek. med. Paweł Skoneczny, Wydawnictwo SOLIS Andrzej Koper, Warszawa 2016.
DK Fascynujący świat. Atlas zwierząt. 200 gatunków zwierząt z całego świata, praca zbiorowa, konsultacja: Dr Kim Dennis-Bryan, tytuł oryginału: DK Pocket Eyewitness Animals, tłumaczenie z języka angielskiego: Michał Koper, Wydawnictwo SOLIS Andrzej Koper, Warszawa 2016.
DK Fascynujący świat. Atlas kosmosu. 170 planet, gwiazd i statków kosmicznych, praca zbiorowa, konsultacja: Dr Jacqueline Mitton, tytuł oryginału: DK Pocket Eyewitness Space, tłumaczenie z języka angielskiego: Michał Koper, konsultacja merytoryczna: Karol Wójcicki, Wydawnictwo SOLIS Andrzej Koper, Warszawa 2016.

Kiedy mniej znaczy więcej



"Pewnego dnia Taylor postanowił coś zbudować" - tak zaczyna się krótka opowieść o smutku, złości, rezygnacji i powracającej chęci działania, przedstawiona przez Cori Doerrfeld w książeczce "A królik słuchał". Obserwujemy, jak chłopiec powoli tworzy misterną konstrukcję z klocków, widzimy skupienie na jego twarzy. Niestety, jak to w życiu małego dziecka bywa, w pewnym momencie pojawia się Niszczyciel (przedstawiony jako stado ptaków, ale rodzice bez problemu rozpoznają w nim koleżankę, kolegę, młodsze rodzeństwo... albo największego wroga wielkich budowli z klocków - grawitację) i budowla rozpada się. Zrozpaczony maluch zwija się w kulkę.

Oczywiście każdy rodzic doskonale zna ten scenariusz. Życie maluchów obfituje w większe i mniejsze porażki, skutkujące gwałtownymi wybuchami emocji. I pewnie wszyscy rodzice znają również poczucie bezradności, kiedy stoją nad skulonym dzieckiem i bardzo chcą pomóc, ale wszystkie ich starania są albo ignorowane, albo wywołują atak agresji.

Do bohatera książeczki również podchodzi procesja pocieszycieli - alegorycznych postaci zwierzęcych, odwołujących się do różnych stylów zachowań rodzicielskich. Jest ich cały wachlarz: rozpaczanie, złość, wyręczanie, bagatelizowanie, negowanie czy zachęcanie do odwetu. Wszystkie są jednakowe pod tym względem, że usiłują zaangażować chłopca w proces rozwiązywania problemu siłą w momencie, w którym nie jest on na to gotowy. Kiedy im się to nie udaje, odchodzą, pozostawiając go sam na sam ze swoimi emocjami.

Tylko mały, cichy królik potrafi dokonać tego, co nie udało się wszystkim ciociom dobra rada: po prostu być. W towarzystwie milczącego zwierzaka dziecko przechodzi przez wszystkie stadia emocji, które siłą próbowały wywołać u niego inne zwierzęta, stopniowo odzyskując dobry humor i chęć działania.

Alegoria ma to do siebie, że może być odbierana na różnych płaszczyznach przez poszczególne grupy wiekowe. I tak, jak dorośli i dzieci w różny sposób odczytują klasyczne bajki, tak i w tej historii każdy zwróci uwagę na coś innego. Większość z nas z dużym prawdopodobieństwem odnajdzie siebie w którymś z zaaferowanych (i przecież życzących dziecku jak najlepiej) zwierząt. Kiedy widzimy dziecko w rozpaczy, nam także pęka serce, więc robimy, co w naszej mocy, żeby mu pomóc. Odrzucani i ignorowani, musimy nieraz - podobnie jak zwierzęta z książki - mierzyć się z własną złością na niewspółpracujące dziecko. Czy następnym razem, kiedy wzburzony maluch schowa się pod stołem, będziemy kangurzycą, słoniem, wężem? A może uda nam się choć raz zostać królikiem, który daje dziecku dokładnie to, czego w momencie emocjonalnego rozedrgania najbardziej potrzebuje: obecność i milczące ciepło. Trudno uwierzyć, że za pomocą kilku prostych zdań i rysunków można przekazać tak wiele w temacie podejścia do dziecka borykającego się z trudnościami.

Dzieci natomiast odnajdują własny klucz do lektury. Mały bohater od pierwszej strony wzbudza sympatię (to w dużej mierze zasługa przeuroczych, komiksowych ilustracji, znakomicie odzwierciedlających emocje), a rozgrywający się na pierwszych kartkach książki dramat natychmiast przykuwa ich uwagę - przeżywają zniszczenie budowli z klocków, a potem w napięciu czekają na finał opowieści. Moja córka wczuła się w sytuację Taylora do tego stopnia, że widząc plany zbudowania przez chłopca kolejnej budowli z klocków (przedstawionej na ilustracji jako półprzezroczyste, jasne kontury), zdecydowała, że chce koniecznie je pokolorować, żeby stały się rzeczywistością.

"A królik słuchał" dołącza do serii książek wydawnictwa Mamania, które poprzez historyjki dla dzieci przekazują solidną wiedzę na temat psychologii i emocji. Jeśli podobała Wam się "Kropka", koniecznie sięgnijcie też po "A królik słuchał". Jest to bez wątpienia jedna z ładniejszych i ciekawszych pozycji, które w ostatnim czasie zdarzyło mi się czytać. Prosta, czytelna i estetyczna, z rodzaju tych, które po jednej lekturze zapadają w pamięć. Z pewnością będziemy do niej jeszcze wracać.
Joanna Pietrulewicz

"A królik słuchał", Cori Doerrfeld, Mamania 2018

Świat wokół nas: Ptaki, Drzewa, Grzyby. Gry edukacyjne


"Świat wokół nas" jest serią gier edukacyjnych typu memory opracowaną przez firmę Jacobsony pięć lat temu i nadal wzbogacaną o nowe pozycje. My sięgnęliśmy po trzy tytuły: "Ptaki", "Drzewa" oraz "Grzyby". Jeszcze nigdy nie bawiliśmy się tak dobrze przy "memo", choć mamy za sobą całe lata – przedszkole i ponad połowę szkoły podstawowej – doświadczeń. Rywalizacja wciągnęła nas na cały weekend, choć wydawało się, że w tej dziedzinie jesteśmy już emerytami. Okazuje się jednak, że gry "Świat wokół nas" znakomicie sprawdzają się w rodzinnych rozgrywkach, nawet jeśli w pobliżu nie ma żadnego malucha, tylko nastolatek i dorosły.
Nasze pierwsze wrażenie dotyczące gier "Świat wokół nas" było bardzo pozytywne. Tytuły adresowane do dzieci i rodzin, czy to książki, czy zabawki, rzadko bywają białe. Zazwyczaj jesteśmy bombardowani kolorami, a wydawnictwo Jacobsony wpadło na genialny pomysł: kwadratowe, białe pudełko z jedną fotografią i czytelną, prostą nazwą, a w środku kwadratowe, białe karty memo (kartoniki) z pojedynczymi fotografiami i czytelnymi, prostymi nazwami. To jest po prostu design nad designami! Wygląd i technika wykonania gier spełniają wszelkie nasze oczekiwania oraz zachcianki. Wyraźne liternictwo i minimalizm treści zapewniają czytelność, a także efektywność nauki, bo przecież mamy do czynienia z grami edukacyjnymi i ich użyteczność w procesie nauczania jest zagadnieniem podstawowym. Fotografie są wysokiej jakości, zajmują większą część kart (o wymiarach 5x5 cm). Wydawnictwo zadbało o trwałe pudełka, nie nazbyt duże (16x16 cm), co ważne, bo gigantyzm jest częstą przypadłością w świecie planszówek i innych gier. Po zdjęciu folii okazuje się, że opakowanie zostało wykonane z bardzo miłego w dotyku kartonu, nie tego "aksamitnego", z jakiego produkowane są okładki książek, ale solidniejszego, niezbierającego naszych odcisków palców.

Kiedy rozpakowałam grę "Ptaki. Świat wokół nas", podałam ją synowi pytając, czy nie uważa, że jest miła w dotyku i śliczna. Potwierdził, ale dodał, że nie tak bardzo jak "ciepłe, ruchliwe woreczki" w Ogrodzie Botanicznym, gdzie kilka lat temu wzięliśmy udział w akcji liczenia ptaków. Syn miał wówczas okazję trzymać w dłoni i wypuścić na wolność sikorę modrą (modraszkę), chwilę wcześniej odłowioną, opisaną i przez moment przed oswobodzeniem przechowywaną w takim właśnie bawełnianym woreczku. To jedno z głęboko zakorzenionych w moim dziecku doświadczeń, które zadecydowały o jego ornitologicznej pasji i miłości do skrzydlatej braci. Wiadomo, doznania empiryczne zawsze najmocniej utrwalą podobne fascynacje, ale gdyby nie zaplecze merytoryczne, dziecko widziałoby wokół siebie tylko "kochane ptaszki", a nie konkretne gatunki, rasy (gołębi), ptaki zimujące i wędrowne, samce oraz samice, podloty i osobniki dojrzałe. Gra memory "Ptaki" sprawdzi się jako wstęp do nauki rozpoznawania popularnych gatunków ptaków polskich, może być też impulsem rozbudzającym zainteresowanie przyrodą podwórka i lasu albo sposobem na utrwalenie wiedzy zdobywanej w szkole czy nawet przedszkolu. My znaliśmy wszystkich 20 modeli zerkających na nas z ptasiego memo, może z jednym wyjątkiem (syn kojarzył gatunek, ale nie był pewny nazwy w zestawieniu z wyglądem), a mimo to bawiliśmy się znakomicie i właśnie do tego tytułu Jacobsonów wracamy najczęściej. Seria "Świat wokół nas", mimo profilu edukacyjnego, sprawdza się zatem także jako zabawa dla osób całkiem dobrze wyedukowanych w danej materii.

Nasze przyrodnicze obycie zostało wywrócone do góry nogami w grze "Grzyby. Świat wokół nas". Tu, dokładnie odwrotnie niż w przypadku "Ptaków", znaliśmy jeden, a nie kojarzyliśmy dziewiętnastu gatunków. Cóż, od razu widać, że grzybów się w naszej rodzinie nie zbiera i nie jada, może poza pieczarkami, których w tej grze memo akurat nie ma (jest pieczarka bulwiasta, ale wygląda inaczej niż te sklepowe...). Bohaterowie zostali ładnie sfotografowani i opatrzeni podpisami, przy czym nazwy grzybów trujących wyróżniono kolorem czerwonym (czcionka przy grzybach jadalnych jest czarna). Funkcja edukacyjna tej gry jest zatem wzmocniona: uczymy się nie tylko wyglądu i nazw grzybów, ale także ich rozróżniania. Ta wiedza może ocalić życie, o czym młodsi gracze niekoniecznie wcześniej wiedzieli. W pudełku poza 40 kartami memory znajdziemy zdjęcie muchomora zielonawego (zwanego sromotnikowym) w formacie pocztówkowym z przesłaniem od Polskiego Towarzystwa Mykologicznego: "Nie jesteś pewien – nie jedz!" oraz dokładnym opisem wyglądu grzyba, jego środowiska występowania oraz trującego działania. Inne tytuły z serii "Świat wokół nas" zawierają tylko powiększoną, pocztówkową wersję jednej z kart, bez charakterystyki. Zasady i zalety gry (z punktu widzenia dydaktyki) zostały każdorazowo wyłożone na bokach i odwrocie pudełka, dlatego wewnątrz nie znajdziemy instrukcji.
Jako ignoranci w dziedzinie grzyboznawstwa najwięcej nauczyliśmy się z memo z maślakami, muchomorami, koźlarzami i innymi bywalcami podszycia polskich lasów, ale to gra "Drzewa. Świat wokół nas" okazała się dla nas najtrudniejsza. 

Mimo że spacerując po parku czy innej gęstwinie potrafilibyśmy nazwać większość pokazanych przez Jacobsony liści, znalezienie i zapamiętanie par kart nie było proste. Sfotografowane gałązki są po prostu bardzo do siebie podobne, wzrok i pamięć płatają więc figle. Po odkryciu fotografii naszej swojskiej lipy szerokolistnej, a następnie brzozy brodawkowatej, i ponownym ich zakryciu, po prostu zgłupieliśmy – która leżała gdzie? Podobny kryzys nastąpił przy sośnie pospolitej i modrzewiu europejskim. To wyższy poziom memory, bo zapamiętywać trzeba nie tylko położenie kart z konkretnym obrazkiem, ale też umiejscowienie określonych napisów (nazw gatunkowych drzew). Do tego dochodzi zabawa w obserwację szczegółów, bo wszystkie liście są zielone, ale niektórym towarzyszą owoce (czasem też zielone). "Drzewa" polecam więc graczom w wieku powyżej siedmiu, może nawet ośmiu lat, młodsi, niepotrafiący biegle czytać, mogą sobie nie poradzić z zadaniem i oddać rozgrywkę walkowerem. Ale my uwielbiamy wyzwania, dodatkowo komponowanie zielnika w bodajże czwartej klasie szkoły podstawowej syna sprawiało nam dużą frajdę, więc chętnie organizujemy mistrzostwa w rozpoznawaniu i odnajdywaniu gałązek polskich drzew, czasem wygrywając, kiedy indziej przegrywając (to głównie ja), z rzadka remisując.
Szczerze mówiąc, takie ćwiczenia pamięci i koncentracji najbardziej przydadzą się otępiałym umysłom dorosłych, zazwyczaj zapętlonych w obowiązkach zawodowych i domowych, którzy czas wolny poświęcają najczęściej czynnościom pasywnym, jak oglądanie seriali lub granie na PSP, a ewentualny aktywny tryb życia rozumieją jako rekreacyjne uprawianie sportu. Dbanie o aktywność mózgu nie jest w modzie. Spróbujcie zmierzyć się w grze memo ze swoimi dorastającymi dziećmi, a zobaczycie, że uczący się na co dzień nastolatek ma większe szanse od nas, choćby nawet nie miał wprawy w tego typu zabawach. Nam pozostaje nabywanie tej wprawy, także po to, by partnerować dzieciom w ich rozwoju i zabawie, być "czynnie obecnym", nawet gdy są już duże, mogłyby pójść do swojego pokoju i zająć się komputerem czy innym monitorem. Czynnik integrujący rodzinę jest obok efektywności dydaktycznej i estetyki trzecią największą zaletą gier "Świat wokół nas".
Od strony praktycznej rozgrywka w każdą z opisywanych gier przebiega sprawnie i ciekawie. Kart jest dostatecznie dużo, by nie było nam zbyt łatwo, a że są odpowiedniej, poręcznej wielkości i grubości, nie mieliśmy problemu z ich odwracaniem. Rozkładając elementy (rewersem do góry) trzeba pamiętać o tym, by wszystkie były zwrócone napisami w kierunku graczy, a nie bokiem czy "do góry nogami", bo jeśli będziemy obracać karty w trakcie gry, zapomnimy, co gdzie leżało. Rywalizacja nieprędko (jeśli w ogóle) się nudzi, oczywiście o ile jesteście fanami tego typu układanek pamięciowych. My po kilku rozgrywkach w "Ptaki", "Grzyby" i "Drzewa" postanowiliśmy połączyć żetony z trzech gier. Wybraliśmy więc po 6 par kart z "Drzew" i "Grzybów" oraz 8 par z naszych ulubionych "Ptaków", tak, by liczba wyszukiwanych obrazków zgadzała się z tą z podstawowego wariantu każdej z gier (40 kart, 20 par). Taka wersja zabawy również była bardzo ciekawa, a walka zażarta. Łączenie kart z różnych zestawów Jacobsonów daje ciągle nowe, niezliczone możliwości rozgrywki, bo w skład serii "Świat wokół nas" wchodzi jeszcze 5 gier ("Ssaki", "Ryby", "Owady", "Kwiaty polne", "Tworzę"), a w zapowiedziach jest kolejna ("Ptaki . Część 2"). Nie możemy się doczekać dalszych kombinacji pamięciowych!
Bożena Itoya

Ptaki. Świat wokół nas, gra edukacyjna, wydawca: Jacobsony, 2013.
Drzewa. Świat wokół nas, gra edukacyjna, wydawca: Jacobsony, 2015.
Grzyby. Świat wokół nas, gra edukacyjna, wydawca: Jacobsony, 2015.

Kapitan Majtas. Wielka bitwa z Zasmarkanym Cyborgiem



Kapitan Majtas uzależnia i wywołuje gwałtowne emocje: albo jest obiektem uwielbienia, albo przyczyną odrazy. Muszę jednak przyznać, że nie słyszałam jeszcze o osobie, którą by te książeczki odstręczały. Sama nie przepadam za publikacjami i filmami z żartami o różnych wydzielinach, ale "Wielka bitwa z Zasmarkanym Cyborgiem" spowodowała, że uśmiechałam się niemal od początku do końca lektury, z wyjątkiem może dwóch stron, kiedy mocno się krzywiłam. Do tytułowej potyczki dochodzi na półmetku serii "Kapitan Majtas", w szóstej i siódmej z dwunastu "wielkich powieści". Omawiane części noszą bardzo poważne podtytuły: "Część 1: Noc obrzydliwych glutów z nosa" oraz "Część 2: Rozróba głupkowatych roboglutów". Cóż, po te książki na pewno nie sięgną przypadkowi czytelnicy, tytuły nie są mylące i zapowiadają wprost, co zastaniemy w środku. W razie wątpliwości są jeszcze błyskotliwe streszczenia zamieszczone w gwiazdkach na okładkach: "Straszne zmagania!", "Szkoła chlapania!", "Dużo kichania!", "Cieknąca akcja!", "Lepkie upiory!", "Zaraźliwy śmiech!".

Zazwyczaj sekretarkom w szkole nie przysługuje prawo wieszania uczniów na wieszaku za gumę od majtek, lecz panna Anthrope miała za sobą wyjątkowo ciężki dzień. Jak pamiętacie z poprzedniej części, najpierw została obryzgana smarkami, potem niósł ją przez całe miasto oszalały cyberpotwór, a na koniec (co było najgorsze) musiała się opiekować uczniami podczas szkolnej wycieczki. Teraz nadszedł czas zemsty.

Książki z serii "Kapitan Majtas" opowiadają o szalonych przygodach dwóch chłopców, szkolnych dowcipnisiów, którzy między innymi piszą, rysują i dystrybuują własne komiksy o zmyślonym bohaterze, Kapitanie Majtasie, a także hipnotyzują swojego wrednego dyrektora, pana Kruppa, i wmawiają mu, że to on jest łysym bohaterem w gatkach i pelerynie. Tym razem George i Harold zasłyną dwoma wynalazkami: toaletowymi chlapaczami oraz chomikiem strzelającym pestkami (i różnymi innymi rzeczami). Na pierwszy plan wysuwa się postać genialnego, acz niedocenianego wobec konkurencji chlapaczy kujona, Melvina. Wściekły okularnik kombinuje na różne sposoby, jak przebić pomysły George'a i Harolda i zostać docenionym przez świat. Postanawia stać się robotem, a z czasem także największym superbohaterem świata. Aby osiągnąć to ostatnie, musi pognębić i "wykolegować z interesu" Kapitana Majtasa, odbierając mu jego moce.
Wspomniane wątki to tylko część akcji "Wielkiej bitwy z Zasmarkanym Cyborgiem", wartkiej niczym wodospad, jak to zazwyczaj u Dava Pilkey'a bywa. Będą też podróże w czasie, lot pterodaktylem, kradzieże tożsamości i wymiana mózgów, wystrzał w kosmos, no i przede wszystkim inwazja, prawdziwy potop kataru. Wraz z bohaterami odwiedzimy tajemnicze miejsca, jak opustoszała, pokryta pajęczynami biblioteka szkolna, w której (przy zgaszonym świetle) przebywa zapomniana bibliotekarka. Niektórzy dorośli poczują się oburzeni spojrzeniem autora na wycieczki szkolne oraz grono pedagogiczne. Wyobrażam sobie, że rodziców czy nauczycieli może zalać fala goryczy, a władzę nad nimi przejąć imperatyw spalenia na stosie wszystkich "Majtasów". Ale to są książki dla dzieci i im się podoba, myślę, ze w razie czego chroniłyby Kapitana na wszelkie możliwe i zupełnie nieprawdopodobne sposoby. Mój syn póki co nie organizuje w swojej szkole keczupowych pułapek ani nie walczy z cyborgami waląc w nie billboardami, więc chyba nie wyniósł z tej lektury złych zachowań, za to ubawił się setnie. "Kapitan Majtas" to klasyka "komiksowanych" książek, warto spróbować, czy także do was przemówi okrąglutki zbawca ludzkości, już od ponad dwudziestu lat wołający "Tra-la-laaa!".
Bożena Itoya

Dav Pilkey, Kapitan Majtas. Szósta wielka powieść. Wielka bitwa z Zasmarkanym Cyborgiem. Część 1: Noc obrzydliwych glutów z nosa, tłumaczenie Piotr Jankowski, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017.
Dav Pilkey, Kapitan Majtas. Siódma wielka powieść. Wielka bitwa z Zasmarkanym Cyborgiem. Część 2: Rozróba głupkowatych roboglutów, tłumaczenie Piotr Jankowski, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017.

Sto porad dla nieśmiałych


Książka "Sto porad dla nieśmiałych" Evy Susso naprawdę podobała się mojemu synowi. Kiedy dwunastolatek uznaje książkę za punkt odniesienia, wszystkie późniejsze lektury porównując do tej właśnie, to znaczy, że autorzy osiągnęli duży sukces. Pochwały należą się nie tylko szwedzkiej pisarce, ale także francuskiemu ilustratorowi, Benjaminowi Chaudowi. Na naszej półce stały już cztery książki z jego rysunkami, w tym dwie autorskie, ale po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak pan od "Żegnaj, Skarpetko!" i "Spóźniłem się do szkoły, bo..." radzi sobie z czarno-białym (poza okładką "Stu porad") obrazem.
Wydawnictwo Zakamarki zapowiedziało, że przygody Rolfa znajdą kontynuację w drugim i trzecim tomie, które są w przygotowaniu, i to jest pierwsza wielka zaleta "Stu porad", ponieważ po ich lekturze chce się więcej. Książka jest napisana i narysowana profesjonalnie, ze swadą oraz ogromnym talentem. Nie znaleźliśmy w niej wielkich tragedii, morderstw czy najazdu kosmitów, wątki detektywistyczny i superbohaterski są raczej symboliczno-humorystyczne, a jednak nie sposób oderwać się od czytania. Niewielki rozmiar i ciężar oraz trwałość oprawy, papieru i szycia pozwalają nosić (lub wozić) książkę ze sobą gdzie tylko zechcemy, do szkoły, autobusu, w damskiej torebce,młodzieżowej torbie czy samochodowym schowku. Nasz egzemplarz przeszedł wiele i zupełnie tego po nim nie widać.
Spore przejścia ma za sobą również Rolf, bohater "Stu porad dla nieśmiałych", lat około dziesięciu, czytelnik książki o tytule takim samym, jak ta o nim samym. My trzymamy w rękach beletrystykę, a Rolf – poradnik, bo też rzeczywiście brakuje mu pewności siebie i odwagi w kontaktach z ludźmi. Siostra wchodzi mu na głowę i ośmiesza w trakcie uroczystego obiadu w rodzinnej posiadłości (scena jak z powieści Jane Austen!), w szkole nie jest popularny, ba, raczej gnębiony przez klasową gwiazdę, a poza szkolnymi murami Rolf kocha się w pięknej Ofelii, z którą boi się porozmawiać, nawet, gdy to ona go zagaduje. W wyobraźni przeżywa wspaniałe przygody jako superbohater Errolf, ale w rzeczywistości czuje się słabym szaraczkiem. Szybko jednak okazuje się, że wcale nim nie jest, bo już na początku książki wykazuje się refleksem i odwagą, ratując z opresji babcię, zupełnie jak w swoich fantazjach. Potem co prawda nastąpi niejedna klapa, ale superbohaterskość kiełkuje, wspomagana przez pożyczony od babci niesamowity kapelusz do pokera. Widzieliście kiedyś mściciela i zbawcę uciśnionych w okrągłym, damskim kapeluszu ze sztucznymi kwiatuszkami? Tu zobaczycie.
Największą mocą Rolfa jest pomysłowość, a zaraz po niej następuje wytrwałość. Za supermoc uznaję też posiadanie Dédé, leciwego psa rasy chyba jamnik, a zwłaszcza opiekę nad nim, tę wielką, choć cichą, psio-dziecięcą miłość. To spacerując z Dédé Rolf przeżywa wszystkie przełomy w znajomości z Ofelią, psiak uczestniczy też w tajemniczym planie pokonania klasowego bufona, Huberta. Pies-staruszek i chłopiec-bohater zyskują też dodatkową energię dzięki kresce Benjamina Chauda. Gdyby narysował ich kto inny, nie byliby w pełni sobą. Uwielbiam, gdy czytając książkę odczuwa się tak znakomitą komitywę bohatera, pisarza i ilustratora. Oni naprawdę dobrze się rozumieją, a my z radością dołączyliśmy do tej przyjacielskiej kompanii. Sięgnijcie po "Sto porad dla nieśmiałych", jeśli szukacie ciekawych literackich kolegów czy po prostu chwili relaksu.
Bożena Itoya

Eva Susso, Sto porad dla nieśmiałych, ilustrował Benjamin Chaud, przełożyła ze szwedzkiego Marta Wallin, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018.

niedziela, 16 września 2018

Moje dwa kółka


Przejście od etapu jazdy na rowerze z bocznymi, małymi kółkami do zwyczajnego, dwukołowego pędu bywa wydarzeniem symbolicznym. Dla młodego człowieka może okazać się ważniejsze niż wspięcie się na dwie nogi po długotrwałym raczkowaniu, bo nauki chodzenia jako niemowlęta (czy nieco starsze maluchy) nie jesteśmy świadomi, a kilkulatek odczuwa już satysfakcję z samodzielności i samodoskonalenia. Poza tym raczkujący pędziwiatr stając na własnych nogach zwalnia, kroczy powolutku, a mały cyklista odpinając boczne kółka znacznie przyspiesza, w swoim odczuciu jest zdolny prześcignąć wiatr. Sébastien Pelon uważa chyba podobnie jak ja, bo zagadnieniu nauki pedałowania na dwóch kółkach poświęcił uroczą książkę obrazkową "Moje dwa kółka". W Polsce pozycję tę opublikowało wydawnictwo Tadam, w przekładzie Ewy Balcer.
Jest to lektura nieco refleksyjna, ale też pełna beztroskiej zabawy, można więc powiedzieć, że mieszana gatunkowo. Pod względem formalnym wpisuje się w formę picturebook i przyjaźni się z komiksem. Wrażenia estetyczne wywoływane przez tę książkę porównałabym z piciem oranżady. Wszystko (poza kanciastymi, długimi pejzażami miejskimi) jest tu zaokrąglone, lekkie, unoszące się i ulotne zupełnie jak bąbelki, a wśród spokojnej palety barw wzrok przykuwa zwłaszcza soczystość, niemal odblaskowość pomarańczy. Taka kolorystyka bardzo przypadła nam do gustu, ale zastanowił mnie dysonans między tekstem a obrazem, które w książce tego typu powinny być idealnie zgrane. Otóż w polskiej edycji czapka opisana jako "różowa" na ilustracji jest jaskrawopomarańczowa, podobnie jak niektóre drobne elementy na innych rysunkach (kwiaty, motyle, parasol, znaki drogowe, opatrunek). Tego ciekawego, mocnego akcentu nie znalazłam w ilustracjach udostępnionych na stronie internetowej autora. Wydaje mi się, że kolor podany przez tłumaczkę odpowiada francuskiemu tekstowi i towarzyszącej mu ilustracji, natomiast my zobaczyliśmy jeden kolor, a przeczytaliśmy o innym. Ale może to zadziałały tylko filtry zmieniające odcienie fotografii i innych obrazów internetowych, a zmiana dotyczy wyłącznie przekładu? Swoją drogą, tajemnicza bohaterka, zjawa-towarzyszka, instruktorka jakby usnuta z mgły, nie wygląda na "futrzaną kuleczkę", do tego określenia bardziej pasuje pompon na jej czapce. Przewodniczka bohatera, jego niewidzialna przyjaciółka, przypomina raczej (do złudzenia!) balonowego Baymaxa z filmu "Wielka Szóstka".
Na początku książki widzimy jeden z wielu ponurych miejskich poranków, z którym nie wiadomo co zrobić. Gdzieś za drzwiami, to pokoju, to znów całej kamienicy, jest mama, jej wypowiedzi (w komiksowych chmurkach) otwierają i zamykają właściwą historię, która należy jednak wyłącznie do dziecięcego bohatera. On sam organizuje sobie czas i radzi z trudnościami, uczy się i dorasta wiedząc, że mama gdzieś tam jest, czeka, wspiera, ale nie pcha jego rowerka ani nie każe jechać wolniej, żeby mieć go na oku. I to mimo czułostkowych rodzinnych zwrotów "mój króliczku" i "mamusiu" – jak widać używają ich nie tylko rozpieszczeni maminsynkowie i nadopiekuńczy rodzice.
Chłopiec sam wyrusza na wyprawę swoim czterokołowym rowerkiem, poza miasto, śladem dostrzeżonego na ulicy śmiesznego stwora pedałującego na tylko trochę większym rowerze. Kompania jest wesoła i zaskakująca, a chwilami nawet irytująca, bo "kuleczka" potrafi jeździć bardzo szybko i to z elementami akrobatycznymi. Chłopiec złości się i żąda odczepienia bocznych kółek od swojego pojazdu, bo też tak chce. Kółka znikają w paszczy uczynnej postaci w czapeczce, a potem pozostaje "tylko" pomknąć samodzielnie na "prawdziwym" rowerze. Oczywiście nie jest łatwo, dochodzi do małego "auć", wybuchu płaczu, przytulania, wesołego opatrywania skaleczenia i można próbować dalej. Wydarzenia te opisywane są w licznych kadrach (bez wyraźnych linii), na które zostały podzielone strony przedstawiające kluczową część przygody. W końcu udaje się pojechać prosto, i to nawet w deszczu, a po długiej, wyczerpującej przygodzie (z obowiązkową drzemką) nadchodzi czas na powrót do domu i zdawkową, typowo dziecięcą odpowiedź na pytanie "co robiłeś?". Nieistotne, jak odpowiadają wasze dzieci, gdy wracają ze szkoły czy podwórka, ważne, by dać im okazję do przeżycia własnych "Dwóch kółek" i tysięcy innych przygód. Książka Sébastiena Pelona może je zachęcić do zdobywania świata w pojedynkę, jedynie z dyskretną, niejako zdalną asystą rodziców.
Bożena Itoya

Sebastien Pelon, Moje dwa kółka, tłumaczenie: Ewa Balcer, Wydawnictwo TADAM, Warszawa 2018.

piątek, 14 września 2018

Binio Bill. Rio Klawo


Drugi tom zbiorczy "Binia Billa", podobnie jak pierwszy ("Binio Bill kręci western i... w kosmos!"), pozornie jest pozycją dla dorosłych wielbicieli Jerzego Wróblewskiego, czytujących jego komiksy już w wieku chłopięcym. My nie pretendujemy do miana kolekcjonerów i żadne z nas nie jest chłopcem z lat 80. – mój syn ma 12 lat, a ja... Cóż, płeć się nie zgadza, nie czytywałam też "Świata Młodych", a właśnie w tej gazecie ukazywały się przygody polskiego szeryfa na Dzikim Zachodzie. Mimo że odbiegamy od wyobrażenia o typowym odbiorcy reedycji komiksów Jerzego Wróblewskiego, to bardzo się nam ona podoba. W albumie "Binio Bill. Rio Klawo" znalazły się trzy odcinki serii: "Rio Klawo", "Na szlaku bezprawia" oraz "Binio Bill kontra trojaczki Benneta". Wszystkie poddano renowacji i nadano im żywsze kolory, aż w ogóle nie czuć po nich starości. Tak, tak, dla naszych dzieci filmy i komiksy sprzed 30-40, ba, nawet sprzed 20 lat to nie "klasyka", tylko starocie. Ale nie tym razem.
Zbigniew Bilecki, czyli Binio Bill, to jegomość w dżinsach, kowbojkach, czerwonej koszuli, żółtej kamizelce i pasującym do niej kapeluszu z rondem, posiadacz wielkiej brązowej grzywy, której może mu pozazdrościć nawet ulubiony rumak Cyklon. Choć właściwie posiada równie okazałą, i to śnieżnobiałą. Ten kowbojsko-koński duet ma zadbać o porządek w miasteczku Rio Klawo, jednak część mieszkańców woli bandycki chaos. Binia czekają pojedynki w saloonie, zasadzki na pustyni i przyskrzynianie czarnych charakterów z rewolwerami. Tyle w pierwszym, tytułowym komiksie. Rio Klawo jest także miejscem akcji drugiego odcinka: "Na szlaku bezprawia". Właściwie akcja jest ruchoma, bo Binia wzywa Dakota, w której grasuje niejaka Jane Klamota. Dzielny szeryf wyrusza w podróż, a na drodze stają mu między innymi Indianie i ścierający się z nimi oddział kawalerii. Po czyjej stronie znajdzie się Binio? I jak to możliwe, że stróż prawa zostanie gangsterem napadającym na banki? Ruchliwa akcja okazuje się na tyle wartka, że nastolatek "łyka" drugą część "Binia Billa" błyskawicznie. Samotny jeździec odjeżdża to w stronę zachodzącego słońca, to gdzieś indziej, w komiksie "Binio Bill kontra trojaczki Benneta" przyjeżdża do "spokojnego Rio Klawo" księżycową nocą, wcale nie tak cichą i spokojną. Poranek okazuje się jeszcze bardziej niepokojący, wszak "Mnóstwo ludzi przewija się codziennie przez Rio Klawo. Ceny żywności skaczą do góry, w miarę jak nowi osadnicy postanawiają tutaj pozostać...", a na dodatek w miasteczku grasuje tytułowe trio, w różowych kapeluszach i z białymi czuprynami przypominające sklonowanego Świętego Mikołaja. Pod wodzą leciwego acz energicznego tatusia rzezimieszki rabują i oszukują, ale Binio Bill gwarantuje happy end, nawet jeśli będzie musiał walczyć w pędzącym pociągu. Wiadomo, nie ma Dzikiego Zachodu bez kolei żelaznej, pościgu na dachach wagonów, przepychanek w parowozie i groźnego mostu. Zupełnie nie rozumiem, czemu miałby to być komiks tylko dla dorosłych Piotrusiów Panów, ja też odbyłam z nim bajkową podróż do przeszłości, a było tym weselej, że w scenerii warszawskiego metra. W swoim wagonie z nikim nie walczyłam, no może z niskim poziomem czytelnictwa, także komiksów i również wśród kobiet – drogie panie, bądźmy równie aktywnymi czytelniczkami, co nasze wspaniałe polskie "komiksiarki" scenarzystkami, rysowniczkami i specami od kolorów! Pojęcie typowo męskiego komiksu to staroć, anachronizm zakorzeniony w latach 80. XX wieku i jeszcze dawniejszych czasach. Krótkie gatki, Binio Bill i całe komiksowo są dla wszystkich.
Bożena Itoya

Jerzy Wróblewski, Binio Bill. Rio Klawo, renowacja i kolory: Arkadiusz Salamoński, Jarosław Składanek, Kultura Gniewu / Krótkie Gatki, Warszawa 2018.

czwartek, 13 września 2018

Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu


Książka "Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu" Alexa T. Smitha w angielskim oryginale została wydana w 2017 roku, a dzięki wydawnictwu Zielona Sowa polski, znakomity przekład Piotra W. Cholewy możemy czytać już rok później. W lekturze tej szczególnie rozmiłował się mój dwunastoletni syn, choć potem i ja dołączyłam do grona największych fanów Pana Pingwina. Oczywiście najpierw zwróciliśmy uwagę na sympatyczne rysunki, z których zerkają na nas pękaty bohater i jego z lekka nastroszony partner. Ilustracje są dziełem autora, pojawiają się na niemal każdej stronie książki (a także na wyklejkach i okładce), bywają splecione z kartą gazety, planem muzeum, a najczęściej przypominają szaro-pomarańczowe, pełne szczegółów, dopracowane i wesołe szkice.
Jest to historia debiutującego prywatnego detektywa, który liczy na przygody, sławę i godziwe zarobki, gdyż grozi mu upadłość oraz konieczność opuszczenia swojego (chyba wynajmowanego) londyńskiego igloo i wyniesienia się na Mroźne Południe. Pan Pingwin przewraca tabliczkę na drzwiach biura głoszącą "otwarte" i zaczyna oczekiwać na pierwszy telefon ze zleceniem; w tym momencie rzeczywiście rozlega się dryndanie i adept zagadkowego, pełnego wyzwań życia zawodowego spada z fotela do kosza na papiery. Trudno nie polubić bohatera po takim wstępie, a potem jest tylko lepiej, bo przecież jeszcze nie poznaliśmy Watsona, to znaczy Colina. Asystent Pana Pingwina jest pająkiem i naszym ulubieńcem (zaraz po swoim szefie).
Do "Detektywa, Profesjonalnego Poszukiwacza Przygód" zwraca się z błaganiem o ratunek pani Budyka Gnatek, właścicielka Muzeum Obiektów Extraordynaryjnych, działająca w duecie z bratem, niejakim Montagiuszem. Gnatkowie szukają skarbu ukrytego w muzeum przez ich praprapradziadka, fortuna jest im niezbędna do uratowania popadającego w ruinę obiektu. W wielkim nieporządku, wśród tysięcy gratów i niszczejących eksponatów, rozpoczynają się poszukiwania. Będą tajemnicze wskazówki, ukryte przejścia, podstępy, aligatory, dżungla, zdrady i ratunki.

Kto wkroczy do tej dżungli,
niech ma się na baczności.
Tu straszne kreatury
chowają się w ciemności.

Ich szpony cię rozszarpią,
zagryzą cię ich kły.
Uwierz mi, na ich widok
każdy ze strachu drży.

Skarb czeka już na tego,
co zgodnie z mapą kroczy,
lecz biada człowiekowi,
który ze ścieżki zboczy.

Sir Randolf Gnatek
założyciel muzeum
profesjonalny łowca skarbów

Książkę czyta się świetnie, jednym tchem, przygodowa atmosfera à la Indiana Jones (Pan Pingwin ma nawet podobny kapelusz) czy Jumanji (wierszowane przestrogi) jest umiejętnie podtrzymywana, w fabułę wciągają charakterystyczne postacie i zwroty akcji. Zachwyciłam się również pięknymi zdaniami, które są elementem niezwykle zgrabnego tłumaczenia, podobnie jak zabawne imiona i nazwiska. Tekst został dopracowany do najmniejszego słówka, co naprawdę nie jest normą w polskich przekładach książek dla dzieci i młodzieży. Tu mamy do czynienia z ideałem. "Detektywa Pingwina i sprawę zaginionego skarbu" docenią dzieci płci obojga w wieku powyżej sześciu lat (jak wskazuje wydawca), a także znacznie starsi miłośnicy komiksów i "przygodówek".

Bożena Itoya

Alex T. Smith, Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu, przełożył Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

Niebanalnie o warzywach


"Pora na kalafiora" Agaty Dudek i Małgorzaty Nowak - sądząc po okładce, a nawet po pobieżnym przewertowaniu kilku kartek wydawać by się mogło, że za tym zabawnym tytułem kryje się zupełnie zwyczajna książeczka o warzywach. Jednak Wydawnictwu Dwie Siostry raczej nie zdarza się wydawać pozycji banalnych. Cóż więc świeżego wnoszą autorki do kategorii kartonowych książek dla maluchów poświęconych warzywom?

Mamy więc przede wszystkim charakterystyczne ilustracje Agaty Dudek. Koniec z nudnym, bladym fotorealizmem - zwykły por przybiera formę niemalże plakatową, a kolejne ilustracje, choć wszystkie wykonane w podobnym stylu, są soczyste, tętniące życiem (nawet dosłownie, bo - jak to w przyniesionych z ogródka warzywach bywa - pełno na nich drobnych żyjątek) i nieprzewidywalne.
Czytając kolejne podpisy, odkrywamy, że kolejność warzyw jest nieprzypadkowa - każdą parę coś łączy: kształt, kolor, rodzina, przeznaczenie kulinarne. Dzięki temu nie poznajemy wyłącznie nazw poszczególnych roślin, ale za jednym zamachem uczymy się odróżniać je od tych, z którymi najłatwiej je pomylić. Może por i szczypior nie stanowią wielkiego wyzwania, ale już cukinia i ogórek potrafią być zagwozdką dla wysłanego na zakupy kulinarnego laika. Dzięki takiej formule do "Pora na kalafiora" trafiło wiele warzyw, które zwykle są w tego typu pozycjach pomijane: seler naciowy, burak cukrowy, batat, a nawet... patison (jeśli jesteście ciekawi, co stanowi parę dla patisona, koniecznie zajrzyjcie do książeczki).

Nic tu nie pojawia się przypadkiem. Nawet wspomniane wcześniej żyjątka nie są po prostu zabawnym dodatkiem do głównych ilustracji. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zauważamy, że przy ziemniakach kręci się stonka ziemniaczana, po kalafiorze łazi żarłoczna gąsienica, a po sałacie i szpinaku spacerują ślimaki. A więc chodzi o naszych konkurentów do konsumpcji rzeczonych warzyw! Bardzo prosty i mądry zabieg, który wzbogaca przekaz książki i wprowadza do ilustracji ciekawe urozmaicenie (kiedy znudzą się warzywa, można zawsze pokazywać paluszkiem robaczki). Jednak jako osoba, która zoologię pamięta jak przez mgłę, nie wzgardziłabym jakąś ściągą z nazw tych stworzeń.

Podsumowując: proste, czytelne i barwne ilustracje, wetknięte tu i ówdzie drobne żarciki, które sprawiają, że lektura nie jest dla rodzica nudną rutyną. Jak na książeczkę, która jest "tylko" spisem warzyw - całkiem nieźle.
Joanna Pietrulewicz

Pora na kalafiora, Agata Dudek, Małgorzata Nowak, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2018

Motoryzacyjne szaleństwo


Fora rodzicielskie roją się od próśb zdesperowanych mam i tatusiów: "polećcie książki o samochodach, mamy już chyba wszystko, a nasze dziecko nie ma dość". Jest w tych maszynach coś magicznego, co przyciąga uwagę dzieci, fascynuje je bez reszty. Mruczące, warczące, szumiące, stare, nowe, wielkie, małe, we wszystkich możliwych kolorach (poza - jak ostatnio zauważyła moja zawiedziona pięciolatka - różowym) i o najdziwniejszych kształtach. Jak wielkie miejskie zoo, gdzie nigdy nie wiesz, jakiego nowego osobnika spotkasz na swojej drodze. A biada tym rodzicom, którzy w drodze do żłobka natkną się auto do zadań specjalnych: śmieciarkę czy samochód do oczyszczania studzienek ściekowych - nie pozostaje wtedy nic innego, jak zatrzymać się i obejrzeć cały spektakl w wykonaniu mechanicznego potwora i jego ludzkich pomocników.

Autor "Autochodów", Carl Johanson, składa hołd tej różnorodności i bogactwu form. Z okładki spozierają na nas zwykłe pojazdy: wóz strażacki, traktor, przysadzista osobówka. Ale tuż obok stoi auto w kształcie znaku nieskończoności na kółkach, auto-dinozaur, auto-wieża w kolorowe paski i autobus-rakieta, od razu zdradzając, że nie mamy do czynienia ze zwykłym przeglądem pojazdów mechanicznych, a raczej z czymś w rodzaju snu zwariowanego mechanika.

Już od pierwszej strony zaczynamy - nomen omen - z grubej rury: porośnięty liśćmi dżunglołaz, kroczący kryształ, ciastociąg, transporter chmur, ruropęd, dżambo dżem, jajowóz turystyczny, gumożuj kanciasty, motomoderna, schodochód, księgarówka (pochwały należą się tłumaczce Katarzynie Skalskiej, która musiała te wszystkie nazwy powymyślać). Mój dwulatek przyglądał się kolejnym maszynom ze stoickim spokojem, pięciolatka zanosiła się śmiechem na widok kolejnych zwariowanych automobili.

Dla niepoznaki co parę stron z oparów absurdu wyłaniają się zupełnie zwyczajne pojazdy: a to strona poświęcona różnym modelom wozów strażackich, a to pojazdy z placu budowy, a to znów maszyny kopalniane, rolnicze czy ratunkowe. Wszystkie tak różnorodne w swych formach, że małe dziecko prawdopodobnie nie zauważy, gdzie kończy się rzeczywistość ("traktor z prasą zwijającą"), a zaczyna fantazja ("autokopter") . Co gorsze, w pewnym momencie i dorosły zaczyna się gubić. Czy "odkurzacz uliczny na motorze" to jeszcze prawda, czy już wytwór wyobraźni? Czy istnieją karetki dla słoni i karetki dla żyraf?

"Autochody" to całe trzydzieści trzy obszerne strony wypełnione po brzegi pojazdami mechanicznymi. Z pewnością zadowolą wszystkich małych fanów i fanki motoryzacji. Prosta formuła (auto - podpis) sprawdzi się zarówno w przypadku dwulatka (nie bez znaczenia są wytrzymałe kartki o gramaturze papieru technicznego), który przyjmie wszystkie pojazdy z dobrodziejstwem inwentarza, jak i starszych dzieci, które zrozumieją zawarty w książce humor i elementy absurdu. Nawet dorośli z pewnością docenią ją jako ćwiczenie umysłowe: wariacje wokół tematu "samochód". Może po lekturze puścicie wodze wyobraźni i stworzycie wraz z dziećmi własne "autochody"?
Joanna Pietrulewicz

Autochody, Carl Johanson, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018

Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory


Książka Sylwii Błach jest ilustrowanym (przez Paulinę Daniluk), niepoważnym leksykonem potocznych wyobrażeń potworów z popkultury, opatrzonym literackim komentarzem. Oceniana w ramach tej parakategorii okazuje się publikacją ciekawą, dobrą, konsekwentną, bo niemal bez wyjątków trzyma się konwencji i założeń. Właściwie to książka jedyna w swoim rodzaju, bo wśród bestiariuszy adresowanych do dzieci i młodzieży nie spotkałam się dotąd z takim ujęciem tematu. Były mity greckie dla małych dzieci, wierszyki i baśnie ludowe o słowiańskich istotach mitologicznych, powieści czerpiące z powieści czerpiących z rozmaitych mitologii (głównie greckiej i nordyckiej), a nawet kolorowanka z monstrami pochodzącymi z wierzeń i mitów ludów z różnych stron świata. Ale kompendium zbierającego wiedzę o istotach tak różnych jak zombie, centaur, Slenderman, rusałka, krasnoludek, nekromanta, kosmita czy sukkub jeszcze na półce mojego syna nie widziałam.
Największym walorem publikacji jest właśnie dobór "bohaterów". Dokładnie te fantastyczne stworzenia zajmują nastolatków (młodszych i starszych), ku nim zwracają się gry (także te planszowe), rozmowy, komiksy, literatura, filmy i wreszcie wyobraźnia rówieśników mojego dwunastolatka i jego starszego koleżeństwa. Co prawda panuje tu pomieszanie z poplątaniem, bo obok istot mitycznych znanych z klasycznych opracowań i sztuki pojawiają się stwory wtórne – wytwory (albo przetwory) pisarzy czy filmowców, ale stan ten odpowiada popkulturze, postmodernizmowi i świadomości naszych dorastających dzieci.
Drugim elementem książki Sylwii Błach, jaki najbardziej docenił mój syn, są krótkie opowiadania zamykające każdy rozdział. Autorka we wstępie określa je jako drabble, formę literacką, której jedynym wskaźnikiem jest objętość: dokładnie 100 słów. Według mnie część tych tekstów-ćwiczeń jest zbyt wyrywkowa, ale znalazło się też sporo ciekawych, a "Lekcję polskiego" (zombie) uważam za bardzo udaną. Mojego syna często to właśnie opowiadania zatrzymywały przy lekturze, tekst encyklopedyczny zdarzało mu się pomijać, głównie ze względu na irytujący dla niego "koleżeński", "młodzieżowy" język. Rzeczywiście, i ja zwróciłam uwagę, że tuż obok wysokiego, starodawnego stylu (słownictwo i szyk) pojawiają się potoczne, tu brzmiące sztucznie słowa ("niefajnie") i zwroty ("w sensie" użyte tak, jak w niestarannym języku mówionym).
W "Wampirach, potworach, upiorach i innych" dostrzegłam niestety sporo niefortunnych sformułowań i rozwiązań, wynikających chyba z narracji opartej na luźnej rozmowie z czytelnikiem. Formuła ta, wbrew pozorom, wymaga od autora wielkiego "wyrobienia", a w omawianej książce widać (a raczej słychać, bo przy czytaniu na głos wszelkie niezręczności są wyraźniejsze) szereg niedociągnięć warsztatowych. Autorka nie uniknęła powtórzeń, jak w rozdziale o goblinach (chodzi o stwierdzenia, nie pojedyncze słowa) i zdarza się, że przeczy własnym słowom. Dowiadujemy się na przykład, że celem potworów jest straszenie, ale już Nessi i yeti nie są straszne, choć po chwili okazuje się, że potwory zawsze mają złe zamiary. Dość często miałam wrażenie, że jest to książka nie tylko adresowana do dzieci, ale i pisana przez dziecko, święcie przekonane o istnieniu wampirów czy innych upiorów (i podpisujące się "wampirzyca Sylwia"). Czytamy, że gremliny należą do folkloru miejskiego, którego autorska definicja (w słowniczku) sprowadza się do wierzeń, ale kilka zdań dalej autorka dzieli te stworzenia na "filmowe" i "prawdziwe", czyli przeprogramowuje się z opowieści o popkulturze na tekst literacki (fantastyczny).
Kwestia słowniczka pojawiającego się na początku każdego rozdziału jest zresztą warta szerszego poruszenia. Dobrze, że nie zdecydowano się na przypisy dolne, bo dzieci rzadko zwracają na nie uwagę, podobnie jak na objaśnienia na końcu publikacji. Definiowane słowa bywają rzeczywiście trudne dla młodszego nastolatka, ale przeważnie są jednak banalne. Mój syn powiedział, że nie rozumie sensu opisywania sformułowania "bez liku", terminu "hormon" czy czasownika "interpretować", nie znalazł natomiast wyjaśnienia, co oznacza "nieefektywność" czy kluczowa dla książki "popkultura". A najbardziej zdziwiła dwunastolatka obecność uświadamiającego wprowadzenia do rozdziału "Istoty pozbawione moralności – sukkuby i inkuby". Ten zabieg wydał mu się nie na miejscu, niepasujący do reszty książki. Opowieść o demonach jest jednak moją ulubioną, nie ze względu na tekst, ale dzięki ilustracji. Prace Pauliny Daniluk uprzyjemniają lekturę całych "Wampirów, potworów, upiorów i innych...", bywają zabawne, mgliste, krwiste, mroczne, a obraz seksualnego demona wywarł na mnie największe wrażenie. Chociaż może lepsze są wodnik, gargulce, harpie, trolle, mara, ghula i Slenderman... Naprawdę trudno wybrać, bo ilustratorka sprawiła, że książka Sylwii Błach stała się dla nas wielokrotnie przeglądanym albumem sztuki i sztuczek plastycznych oraz magicznych.
Bożena Itoya

Sylwia Błach, Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory, ilustracje Paulina Daniluk, Wydawnictwo Albus, Poznań 2017.

Cudowna wyspa dziadka. Mój wieloryb


Benji Davies napisał i zilustrował dwie opowieści o świecie małego chłopca: "Cudowną wyspę dziadka" oraz "Mojego wieloryba". Właściwie ten angielski twórca jest autorem jeszcze dwóch książek obrazkowych ("The Storm Whale in Winter", "The Grotlyn") i ilustratorem kolejnej ("All Right Already. A Snow Story", pomijam dwie "książki zabawki", jak w katalogu Biblioteki Narodowej określono publikacje z 2008 roku z ilustracjami B. Daviesa), ale w Polsce ukazały się dotychczas tylko wspomniane tytuły, oba nakładem wydawnictwa Znak Emotikon. Moje serce skradła zwłaszcza "Cudowna wyspa dziadka", jedna z najładniejszych historii o odejściu ukochanego dziadka. Jest to książka krótka, senno-poetycka, bardzo estetyczna i kolorowa, a przede wszystkim dziecięca. Świat jest tu bowiem widziany małymi oczami, wyobraźnia i fascynujące opowieści dziadka mieszają się z rzeczywistością, trochę ponurą, ale przeważnie raczej ciepłą i porywającą, bo bliską fantazji.

Na tyłach domu Syda znajdował się dom dziadka. Wchodziło się tam przez furtkę, ścieżką obok drzewa. Klucz schowany był pod doniczką i Syd mógł wpadać z wizytą, kiedy tylko miał na to ochotę.

Sąsiadem małego Syda jest dziadek-przyjaciel, taki towarzysz zabaw na życzenie, zawsze dostępny, będący bliziutko, niezawodny. Codzienne wycieczki za płot zostaną zaburzone nagłym niepokojem – dziadka nie ma w domu. A może jednak jest, bo woła chłopca na strych, gdzie odkrywa przed nim drzwi prowadzące w najdalszy rejs.

Zarzucili kotwicę i dotarli do brzegu.
Gdzie twoja laska, dziadku? – zapytał Syd.
Dam sobie bez niej radę – odparł staruszek.
(...) Na wzgórzu, między drzewami, czuło się powiew chłodnej bryzy. Znaleźli tam starą chatę. Wymagała solidnego sprzątania, lecz dzięki pomocy innych wkrótce zaczęła wyglądać czysto i schludnie.

Na niesamowitej wycieczce dziadek i wnuk poznają egzotyczną wyspę, znajdują urokliwe lokum, wypakowują bagaż, korzystając z pomocy miejscowych zwierząt i zwiedzają dżunglę. Ilustracje są tu właściwie ważniejsze niż tekst, który toczy się obok, raz czy dwa coś dopowiada, ale więcej informacji i przygód ukrytych jest w obrazkach. Najbardziej zapadł nam w pamięć portret nurkującego dziadka z brodą niczym wodospad; w zrozumieniu historii pomogło zaś śledzenie szczegółów na kolejnych obrazkach: strych przed rejsem, kufer na wyspie, strych po rejsie, strona tytułowa. Nie zdradzę, co wydarzyło się dalej i o jakie odejście dziadka chodzi, ale koncept autora jest bardzo ciekawy i efektowny. Warto poczytać i pooglądać tę książkę z maluchem, który jest zżyty z najstarszymi członkami rodziny. A potem oczywiście rozmawiać i odnajdywać własne cudowne wyspy.
`
Mniej przemówiła do mnie (i mojego syna) książka "Mój wieloryb". Wielorybie ogony na wyklejce wyglądają podobnie do jednej z ilustracji w "Cudownej wyspie dziadka", również chatki z obu opowieści przez chwilę uznaliśmy za ten sam budyneczek, jakby dom wędrujący między książkami Benjiego Daviesa. W drugim picturebook'u nad morzem, właściwie na samej plaży, mieszka sobie inny chłopiec – Noi w czarnej czapeczce. Początkowo nie wiemy, czy miejscem akcji jest wyspa (jak okazuje się później), półwysep czy zwykłe wybrzeże, ale na pewno nie ma tu wielu ludzi. W tle widzimy tylko "wyszarzony" budynek czy budynki, może letniskowe i w tej chwili opuszczone. Poza tatą nie poznajemy żadnej rodziny ani kolegów malucha. Noi bawi się sam, po dokładnym przejrzeniu ilustracji można stwierdzić, że radzi sobie całkiem nieźle. A jeśli jednak samotność mu doskwiera, gdy tata z brodą jak szare korale znika na wiele godzin? Jest jeszcze sześć kotów, ale Noi wynajduje sobie innego towarzysza, albo raczej podopiecznego. Kiedy tata-rybak łowi na morzu, syn przechadza się brzegiem i ratuje z opresji małego wieloryba. Tylko czy to rzeczywiście ratunek dla zwierzęcia, czy raczej dla dziecka? Jak długo da się ukrywać wieloryba w wannie przed tatą i prawdę przed sobą? Morał tej historii jest niewątpliwie mądry i zgrabny, jednak mam wątpliwości, na ile mały czytelnik będzie się identyfikował z sytuacjami z książki, raczej niespotykanymi na co dzień w naszym kraju. Dzieci nie bywają z reguły odseparowane od społeczeństwa i zdane na bliższy kontakt z dziką przyrodą niż z ludźmi. Jeśli jednak traktować "Mojego wieloryba" jako pewną przenośnię, mały traktat o zapracowanych rodzicach i pozostawionych samym sobie dzieciach, to publikacja może mieć pewien potencjał terapeutyczny. Zawsze pozostaje też kontemplacja obrazków, bo jest to książka równie atrakcyjna wizualnie, co "Cudowna wyspa dziadka", choć dużo spokojniejsza, surowsza, bardziej skalista i kameralna, mimo ogromu oceanu otaczającego wyspę Noi.
Bożena Itoya

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, przełożyła Małgorzata Pietrzyk, Znak Emotikon, Kraków 2018.
Benji Davies, Mój wieloryb, przełożyła Małgorzata Pietrzyk, Znak Emotikon, Kraków 2018.

poniedziałek, 10 września 2018

Kobra


Katarzyna Wasilkowska rozpoczyna swoją książkę "Kobra" mocnym uderzeniem. Pierwsza scena przypomina amerykańskie filmy o porwaniach dokonywanych przez UFO, w drugiej natomiast poznajemy (ci, którzy nie czytali "Jowanki i gangu spod Gilotyny") jedenastoletniego Tomka, niegdyś Tomaszka. I co z tego, spytacie? Przecież zawsze na pierwszych stronach powieści poznajemy jej bohatera. Otóż chłopiec ten jest niepełnosprawny, pod względem fizycznym, bo po wypadku amputowano mu nogę, oraz emocjonalnie, bo w wyniku tej samej tragedii stracił ojca, a wyjątkowy jest fakt, że książka wcale nie jest o tym. Autorka obrała najlepszą drogę do integracji: nie podkreśla inności, mówi o swoim bohaterze jak o każdym innym. Drugi rozdział rozpoczyna się natomiast sceną niczym z westernów, wydaje się, że wieś, o której mowa (cel przyszłej podróży Tomka), ma swoich bandytów i nocnego szeryfa, potem porównywanego również do Zorro. Och, jakże byłam zaintrygowana tym preludium, jak chciałabym jeszcze raz przeżywać te cudowne czytelnicze emocje, gdy cała przygoda jeszcze przede mną!

Było późno. Mama leżała na sofie zwinięta w kłębek, oświetlona jedynie sinym blaskiem migającego ekranu telewizora.
Co oglądasz? – zapytał Tomek, przysiadając obok. Wiedział, że tylko bezmyślnie skacze po kanałach, ale chciał, żeby w końcu coś powiedziała.
Mama odłożyła pilot i popatrzyła na syna.
Ta wieś nazywa się Dębowy Borek, to jest pod Warszawą, sprawdzałam w internecie – odezwała się wreszcie zmęczonym głosem. – Wsiądziesz w Gdańsku, a babcia odbierze cię na Centralnym w Warszawie. Dalej pojedziesz z nią. Poradzisz sobie, nie jesteś już mały, prawda? – zapytała łagodnie, prawie czule, aż Tomka ścisnęło w gardle. Rzadko mówiła takim tonem i nigdy nie wiedział, jak się wtedy zachować, chociaż przecież cały czas tęsknił do odrobiny serdeczności. Odchrząknął, przełknął ślinę i nabrał powietrza, opanowując się, żeby nie pomyślała przypadkiem, że jest jeszcze mały.

Ważnym elementem tej powieści jest obraz rodziny po stracie. To, jak rozdrażniona i załamana jest mama po śmierci taty, jak trudno jej unieść ciężar samotności i samodzielnego dbania o rodzinę, jak Tomek usiłuje nie przeszkadzać, nie podpaść krzyczącej mamie, wesprzeć, zrozumieć, a nawet przejąć opiekę nad siostrą i matką... Nie, książka nie jest przygnębiająca, tylko mądra, a to, że bywa poważna, można tylko zaliczyć na jej korzyść. Tak właśnie bywa w życiu, jeśli młodzi czytelnicy nie są w pełni skoncentrowani na sobie, na pewno doświadczają różnych trudniejszych momentów. Cieszę się, że polscy pisarze pokazują rzeczywisty świat, pisanie o problemach nastolatków jest nawet bardzo popularne, jednak wśród nowszych powieści obyczajowych "Kobra" wyróżnia się przynajmniej pod dwoma względami. Po pierwsze, adresowana jest do młodszej młodzieży, stąd nie dotyka spraw licealistów, inicjacji seksualnej czy przenosin do nowej szkoły średniej (lub gimnazjum). Po drugie, trudno powiedzieć, czy jest to książka obyczajowa, chyba bardziej przygodowa, choć głęboko osadzona w naszych polskich realiach. A może kryminał? Albo baśń o dobrej starowince, mędrczyni czy wróżce przemieszczającej się przy pomocy nie karocy, ale niemal równie zaprzeszłego ciemnozielonego Tico.
W kryzysowym momencie życia rodziny na szczęście pojawia się pomysł terapii mamy, na czas której bierze ona urlop, Heniutka, siostra Tomka, ma zapewnioną opiekę, a sam Tomek wyjeżdża do babci ze strony ojca, której dotąd nie poznał. I tu zaczyna się prawdziwa przygoda. Najpierw – niestosująca się do stereotypów babcia, zresztą, jakakolwiek by była, spotkanie z nią to niezwykłe wydarzenie dla kogoś, kto nigdy nie czuł się wnukiem. Potem – wieś, zaskakująca przy porównaniu z filmami, bo z kosmonautą, Sfinksem i lwem. Pierwsze wrażenia to nie wiejskie (typowe lub nie) zwierzęta w obejściu i woda ze studni (zamkniętej, wodociąg pociągnęli już rok temu!). Tomek dociera do babcinego domu nocą i zauważa przede wszystkim głęboką ciemność i ciszę. Autorka, oprócz wydarzeń i osób, doskonale opisuje odczucia, a jej opowieść przesączona jest poezją.

Był bardzo zmęczony, ułożył się więc wygodnie na boku i czekał na sen. Nic z tego.
Cisza była zbyt idealna, by zasnąć. Był przyzwyczajony do swojego osiedla i jego wieczornego języka: szumu samochodów, odgłosów kroków na chodniku, pomarańczowego światła ulicznych latarni.
Wkładał głowę pod kołdrę i wyjmował, zatykał uszy i puszczał gwałtownie. Bez różnicy – ciemność i cisza.

Tytuł książki oznacza wspominanego już szeryfa czy superbohatera, który swoje nocne akcje filmuje i udostępnia w internecie. Tak, tak, to znak naszych czasów, a Katarzyna Wasilkowska zdecydowanie za nimi nadąża. Podobnie jak babcia Tomka, choć ta jej zgoda na nowoczesność jest dość gorzka. Cóż, w "Kobrze" zastaniemy wieś taką, jaką przeważnie bywa we współczesnej Polsce. Wygląda inaczej niż idylliczne wyobrażenia mieszczuchów czy nawet miejsca, w które zazwyczaj wyjeżdżają na wakacje lub przeprowadzają się zbuntowane nastolatki z powieści obyczajowych.

Myślałem, że tu będzie bardziej wiejsko, znaczy rolniczo – wyznał. – Jakoś mało zwierząt i pól.
U nas gleba słaba. – Babcia pokiwała głową. – Ciężko było coś wyhodować. A jak jeszcze do supermarketów przyszło wszystko i każdy mógł sobie kupić, co chciał, w dodatku tanio, to ludzie posprzedawali ziemię. Teraz miastowi przyjeżdżają i budują się na nowych działkach. Oni też myślą, że tu wieś. Tylko że sami nie widzą, jak powoli tę wieś zamieniają w miasto.
Tomek zerknął ukradkiem na babcię, która kątem oka złapała jego spojrzenie.
Patrzysz, czy mi nie żal? – Uśmiechnęła się. – Nie żal. Czego żałować? Że świat się toczy swoim torem? Wszystko ma swój czas, a czasu nie zatrzymasz. Ale ludzie wciąż próbują, gonią się z czasem. Zatrzymasz jadący pociąg? Strach próbować.
Coś białego odbiło się od przedniej szyby, i jeszcze jedno, i znowu. Tomek pochylił się, żeby spojrzeć w niebo.
Śnieg? Grad? – zapytał z niedowierzaniem, patrząc na unoszące się w pełnym słońcu białe kuleczki.
Styropian – odparła babcia. – Jest pogoda, to wszyscy wzięli się za robotę. Ocieplają na zimę.
Pojawiły się pierwsze domy. Ogromne, luksusowe, z wielkimi dachami obok chylących się drewnianych chatek czy szarych smutnych klocków. Wokół wielu z nich uwijali się półnadzy opaleni mężczyźni, mocując styropianowe płyty na elewacji.

Na miejscu Tomek przeżywa szereg niespodzianek (niektóre wiążą się z mrocznymi rodzinnymi tajemnicami) prowadzących do wewnętrznej przemiany, jakiej doświadczają wszyscy rasowi bohaterowie literaccy. Postać ta jest bowiem spokrewniona z całym panteonem dziecięcych detektywów, członków "paczek", młodszych i starszych braci połączonych z rodzeństwem więzią tak mocną, że aż wzruszającą dla czytelników. Trochę jakbyśmy odkrywali nieznane dotąd losy detektywa Blomkvista, rodziny z Saltkråkan, dzieci z Bullerbyn czy braci Lwie Serce. Bliskość świata Astrid Lindgren to nie wszystko, "Kobrę" można też określić jako "przygodówkę" w starym, dobrym polskim stylu, à la Nienacki, Niziurski czy Bahdaj, ale lepszą, bo powieść Katarzyny Wasilkowskiej nie trąci myszką i nie jest tak wyraźnie "chłopięca", jak licząca kilkadziesiąt lat klasyka rodzimej literatury młodzieżowej. Są tu kobiety-bohaterki, "zwykłe" babki, matki, małe siostrzyczki, sąsiadki, wiejskie dziewuszki służące komuś za przyszywaną siostrę heroiny z życia wzięte, naprawdę i na co dzień kogoś ratujące. W okresie mody na książki o "dziewuchach", wojowniczkach oraz buntowniczkach, niedościgłych idolkach podszytych geniuszem, panie z "Kobry" przemówiły do nas dużo bardziej, bo są z naszego świata.
Autorka zagwarantowała nam nie tylko ciekawą lekturę, ale też turlanie się ze śmiechu. Jako miłośnicy językowych igraszek ubawiliśmy się zwłaszcza czytając dialogi z udziałem mieszkańców Dębowego Borku (poza pisemnymi instrukcjami Heniutki, szalonymi i urzekającymi, co więcej, chyba z życia wziętymi!).

Organista powiadał, zie to sam diabeł – zaśmiał się gardłowo krępy osobnik, odsłaniając samotny ząb na przedzie.
Siedział obok pana Józusia i pił z takiej samej butelki. Miał robocze ubranie ubrudzone białą farbą i za duży kaszkiet, mimo upału naciągnięty głęboko na uszy.
A ty co, Mieciu, Radziowi nie pomożesz? Masz gajerek, jak cię mogię, w sam raz na jaką fuszerkię – zadrwił Ambroziak.
O organiście mi tu bajerów nie wstawiaj, ten to wszędzie szatana widzi.
Powiadał, zie od probościa słysiał – spoważniał Miecio i schował ząb. – Zie mu powiadali te, co tu psiez całę zimę motokrosy po lesie jeździli. A juś kaźdy gadał, zie na nich tylko diabła nasłać, jak ani policja rady nie dali. Aż tu oni same przyśli do probościa i mówią, zie diabeł się im ujawił pośrodku lasu i zabronił jeździć. I jeście im kazał do probościa się stawić, zieby pokazał, jakie groby mają pośprzątać.

Lokalsi zapewniają rozrywkę na każdym kroku: pod sklepem, przed kościołem i podczas mszy ‏– o, tu szczególnie! Trudno było mi się pozbierać po ataku śmiechu, który towarzyszył czytaniu o śpiewach i grze organisty, kościelnych kreacjach pań czy miejscowych donosach i wojenkach. Polskości jest w "Kobrze" znacznie więcej, także poważniejszej, historycznej. Tomek pod wpływem miejscowych pasjonatów historii spędza wakacje na zgłębianiu dziejów regionu, zwłaszcza działań wojennych i rodzinnych wspomnień z czasów drugiej wojny światowej. Będzie coś o osobistym spotkaniu z Hitlerem, o Hubalu, o moście z czołgu (zob. niżej), o lokalnym klubie historycznym. Autorka nie przynudza, ale skutecznie popularyzuje historię i rozbudza w dzieciach chęć poznawania przeszłości swojej okolicy. Katarzyna Wasilkowska nie jest oczywiście pierwszą przedstawicielką polskiej literatury przygodowo-historycznej dla młodzieży – bardziej doświadczony czytelnik na pewno skojarzy "Kobrę" choćby z "Panem Samochodzikiem". Wątki motoryzacyjne są zresztą ważnym elementem omawianej książki.
Poza atmosferą powieści z dzieciństwa dzisiejszych dziadków, pojawiają się i same te książki, czytywane przez pewną dziewczynkę z Dębowego Borku. Jest i mój ulubiony wątek bibliotek oraz bibliotekarzy żyjących książkami. Nie zabrakło również techniki easter egg, pochodzącej co prawda z gier komputerowych, ale stale stosowanej w polskim komiksie i coraz częściej również w beletrystyce. Motywy czy postaci z popkultury pojawiają się na gościnnych występach w filmach, albumach komiksowych i tym podobnych, a w pewnym popularnym serwisie internetowym, którego użytkownicy zakładają własne kanały i stają się "komenterami", roi się od specjalistów śledzących najdrobniejsze nawiązania w kinowych czy growych przebojach. Jednak kiedy w nowej powieści dla młodzieży czytana jest inna, niedawno wydana powieść dla młodzieży, sprawę wykryje tylko prawdziwy znawca wśród literackich detektywów. Mam nadzieję, że zainteresowanie nastolatków rodzimą literaturą będzie pączkowało także dzięki takim zabiegom, jak polecanie "Detektywów z klasztornego wzgórza" w "Kobrze". Jeśli młodzież będzie czytać podobne skarby, nigdy nie zazna nudy, bo jak można się nudzić mając taką wyobraźnię i takie spojrzenie na świat jak Lina, wytrawna czytelniczka? Szkoda, że Tomek i Lina nie mają swojego kanału, od razu bym ich zasubskrybowała.

Ten most jest zrobiony z czołgu, wiesz? – powiedziała Lina, wystawiając twarz do słońca migoczącego między liśćmi.
Tomek przyjrzał się kładce ułożonej z dziwnych, trójkątnie zakończonych, metalowych płyt. Osobliwie wyglądało tow sielankowej scenerii, jakby siedzieli pośrodku szeroko rozwartych wnyków. Lina otworzyła jedno oko. – No z czołgu, takiego po Niemcach. Ludzie go rozebrali i przerobili na mostek. Fajnie, nie? W dorosłości zostanę pisarką. Napiszę bajkę o czołgu, który musiał odpokutować swoje grzechy, służąc ludziom za mostek.

Na zakończenie zwrócę uwagę na jeszcze jeden, bardzo ciekawy aspekt książki Katarzyny Wasilkowskiej. Czytając "Kobrę" czuje się, jak znakomicie autorka zna i rozumie dzieci oraz młodzież. Niewymuszony, prawdziwy język to jedno, ja zwróciłam uwagę przede wszystkim na pokazywanie świata takim, jak widzą go dzieci, na bezbłędne oddanie sposobu myślenia inteligentnego, ale nie jakoś wyjątkowo genialnego nastolatka. Kiedy Tomek zauważa wielkiego zwierza za ogrodzeniem, autorka nie pisze, że to ogromny pies w boksie, ale tak, jak uważa bohater: lew w klatce. Takie podejście dodaje lekturze kolorów, emocji, może też krztynę poezji i wzruszenia, na przykład gdy Tomek martwi się o swoją siostrzyczkę, bo jest od niej daleko i nie może ochronić Heniutki przed całym złem wszechświata. Przeczytajcie tę książkę koniecznie, nawet jeśli wasze dzieci są na nią jeszcze za małe lub już za duże. To po prostu dobra proza, zresztą znajomość świata młodych przyda się każdemu rodzicowi, a niektóre fragmenty "Kobry" rozśmieszą dorosłych może nawet bardziej niż dziecięcych czytelników, bo obraz naszego "dorosłego" społeczeństwa jest tu trafniejszy niż w wielu felietonach czy esejach. W tych tekstach zresztą rzadko kto odważy się rozpracować marketingowe, pseudocharytatywne kity, którymi jesteśmy na co dzień karmieni, tymczasem Katarzyna Wasilkowska znakomicie podsumowała skalę dobroczynności znanych sklepów. Jak? Dajcie się zaprosić na wielkie otwarcie marketu ALFA Żołądek w Dębowym Borku, sami zobaczycie. Kiełbasa z grilla, baloniki, piwko i disco polo gratis.
Bożena Itoya

Katarzyna Wasilkowska, Kobra, okładka Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.