Kiedy ostatnio uczestniczyłam z synem w festiwalu filmów dla dzieci i młodzieży "Kino w Trampkach", oglądaliśmy film za filmem, wszystkie z jakimś dziecięcym lub nastoletnim problemem w tle, a ja rozmyślałam, jak wielki potencjał tkwi w polskiej literaturze obyczajowej. Historie, które stały się podstawą produkcji filmowych, ambitnych, dobrych, nagradzanych i wyświetlanych na festiwalach, nie umywają się do niektórych współczesnych powieści dla młodzieży, jakie ukazują się choćby nakładem wydawnictwa Literatura w ramach serii "Plus minus 16". Najlepszym przykładem prozy, która aż prosi się o przeniesienie na ekran i międzynarodową popularność jest "Ani słowa o Zosi!" Zuzanny Orlińskiej.
Nie
jest to typowe dziewczęce czytadło, czy, jak mówi Jasiek, jeden z
bohaterów powieści, "literatura dla pensjonarek", ale
błyskotliwa proza dla młodzieży, i to niekoniecznie tylko
dziewcząt, po prostu dla nastolatków lubiących książki ciekawe,
inteligentne, zabawne, ale nie głupkowate. "Dystans" jest
w tej powieści słowem kluczem i sama Zuzanna Orlińska potrafi
spojrzeć z boku na twórczość własną czy innych autorów
piszących dla dzieci, a także na życie pisarza. W "Ani słowa
o Zosi!" pojawia się bowiem ciekawy zestaw postaci i motywów:
tytułowa Zosia jest bohaterką książek dla młodzieży pisanych
przez Joannę Ciszewską-Chrobot, mamę Tosi, bohaterki tej właśnie
powieści. Popularną pisarkę podziwiają wszystkie dziewczęta,
tylko nie Antonina, która nie chce słuchać o literackiej Zosi i
nie podziela opinii, jakoby jej mama była prawdziwą znawczynią
nastoletnich dusz oraz serc. Czternastolatka jest osóbką bystrą i
ironiczną, próbującą zachować zdrowy stosunek (i odległość)
do rodziców. A kim jest tata Tosi? Także kimś "ze
środowiska", wydawałoby się, mało rozpoznawalnym dla młodych
ludzi ("poetą wielkim, acz niekomercyjnym"), ale do czasu.
Zabiegł
mi drogę (wyglądało to groteskowo, bo teka cały czas obijała mu
się o chude kolana) i wyciągnął rękę:
– Jan
Dereń jestem.
Nie
miałam wyjścia.
– Antonina
Chrobot – mruknęłam niechętnie.
Wytrzeszczył
na mnie oczy:
– Chrobot?
Nazywasz się Chrobot? Super! A wiesz, że jest taki poeta – Marcin
Chrobot?
– Wiem
– stwierdziłam lakonicznie.
–
Naprawdę? – ucieszył się. –
Interesujesz się poezją? Może znasz jego wiersze?
– Nie
– powiedziałam ponuro. – To mój ojciec.
Zapadła
cisza. Chłopak wpatrywał się we mnie z otwartymi ustami.
– Zamknij
buzię – poleciłam. – Wyglądasz jak przygłup.
Posłusznie
zwarł szczęki.
– Ty...
mówisz poważnie? – spytał po chwili.
– Niestety
tak. Ale nie przejmuj się, z taką miną nikomu nie jest do twarzy –
pocieszyłam go.
– Nie,
nie chodziło mi o przygłupa... Pytałem, czy to prawda z tym
Chrobotem?
– Że
jest moim ojcem? Pewnie, że prawda.
– O
rany! – jęknął. – To niemożliwe! Czy ty wiesz, że Marcin
Chrobot to mój ulubiony poeta? Jego "Napowietrzne jazdy"
zawsze noszę przy sobie!
Mówił
z takim żarem, że aż żal mi było z niego szydzić.
Na
początku września oboje rodzice ruszają w pisarskie trasy, mama na
Zamojszczyznę, a tata do Niemiec. Tosia zostaje zmuszona do
towarzyszenia matce, opuszcza więc pierwsze dni szkoły w Warszawie,
by zwiedzać niewielkie miejscowości i bywać na salonach
literackich... w bibliotekach organizujących spotkania autorskie z
uczniami. W tej niespodziewanej i niechcianej podróży poznaje dwóch
chłopców, co działa niezwykle ożywczo, choć płeć przeciwna
dotąd jej nie interesowała i, przynajmniej w jednym z dwóch
wspomnianych przypadków, nadal nie interesuje. Jasiek Dereń jest
chudzielcem szkicującym plenery na wyjeździe organizowanym przez
jego liceum plastyczne, nieco irytującym, ale miłym kompanem
wycieczek, no, nic specjalnego, natomiast David... Amerykański
przystojniak co prawda dość późno zamienia z Antoniną choćby
słowo, ale za to jak wygląda! I w dodatku jest wplątany w małą
aferę kryminalną, która wykwita wraz z pojawieniem się na
Zamojszczyźnie panny Chrobot, pani Ciszewskiej-Chrobot oraz Leny,
będącej wydawcą i przyjaciółką tej ostatniej. Rodzina Tosi
pochodzi właśnie z tego regionu, dom przodków, jak się okazuje
odziedziczony kilka lat wcześniej przez mamę-pisarkę, znajduje się
właśnie tutaj, jego współwłaścicielką jest bardzo energiczna
ciocia-babcia Hala, a wokół budynku węszą podejrzane typy. Czyżby
skarb? Przestępcy? Podstępni podrywacze? I porywacze? Nie zdradzę,
jak rozwinie się ta przygoda, ale jest świetnie opowiedziana i po
mistrzowsku doprawiona historią. Autorka zapewnia również świeży
i autentyczny ogląd relacji rodzinnych, na pewno przyda się on i
młodszym, i starszym czytelnikom, to znaczy rodzicom, którzy mogli
gdzieś po drodze stracić dystans do siebie.
Książka
jest współczesna i lekka, ale wyczuwa się w niej obecność
"duchów światowej literatury", nie tylko z powodu
nawiązań, ale też przez nastrój, trochę przypominający
twórczość Kornela Makuszyńskiego (w końcu Zuzanna Orlińska jest
laureatką nagrody literackiej jego imienia!), czy to dogłębne i
szczere spojrzenie na młodego człowieka, jakie miała Astrid
Lindgren (powieść "Ani słowa o Zosi!" otrzymała drugą
nagrodę w ogólnopolskim konkursie imienia Astrid Lindgren). Jeśli
podobało się wam tropienie skarbów polskiej historii w "Panu
Samochodziku", ale nie mogliście do tej serii przekonać swoich
dzieci, bo wydawała się im starociem lub lekturą tylko dla
harcerzy (i to płci męskiej), spróbujcie z "Ani słowa o
Zosi!". Tak dziś pisze się dla młodzieży o młodzieży i
historii – rodzinnej, regionalnej i powszechnej.
Bożena
Itoya
Zuzanna
Orlińska, Ani słowa o Zosi!, okładka Katarzyna Kołodziej, wydanie
II, Literatura, Łódź 2014.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz